Na rynku nie brakuje gier, które oferują charakter rozgrywki podobny do Minecrafta. Wiecie, jest chociażby Valheim, Vintage Story, Enshrouded, Terraria. Do wyboru jest natomiast zaskakująco mało produkcji, w których świat niczym w Minecrafcie zbudowany jest z dużych wokseli. Niedawno dołączyło do nich jednak Hytale, które mimo wielu przeciwności losu po latach zadebiutowało w ramach wczesnego dostępu. Ale czy warto w tę produkcję zgrać? W skrócie: Tak. Już wyjaśniam, dlaczego.
No właśnie, wspomniałam o przeciwnościach losu, z jakimi Hytale miało do czynienia. O jakich przeciwnościach losu mowa? W skrócie musicie wiedzieć, że jeszcze do niedawna można było pomyśleć, że ta gra nigdy nie ujrzy światła dziennego.
Prace nad Hytale ruszyły już w 2015 roku. Za grę odpowiadało Hypixel Studios – z tym samym zespołem, który prowadził w Minecrafcie słynny serwer Hypixel. Początkowo studio finansowało proces rozwoju gry samodzielnie, ale wkrótce uzyskało w tym zakresie pomoc od Riot Games.
W 2018 roku ukazał się pierwszy zwiastun Hytale – zwiastun, który w ciągu miesiąca doczekał się 31 milionów wyświetleń, W 2020 roku studio Hypixel zostało w całości przejęte przez Riot. Premiera gry planowana na 2021 została zaś wielokrotnie przesunięta, między innymi dlatego, że skala produkcji cały czas rosła. Ku zaskoczeniu wielu, w 2024 roku ogłoszone przeniesienie gry na nowy silnik, a ten proces miał potrwać do końca roku. Niemniej jednak 23 czerwca 2025 roku, po ponad 10 lat prac, gra został anulowana, a studio Hytale… zamknięte.
Na szczęście nadzieja umiera ostatnia, bo Simon Collins-Laflamme, założyciel Hypixel Studios, postanowił, że nie da swojemu projektowi umrzeć i zaczął starać się o nabycie Hytale od Riot Games. Te starania okazały się owocne, bo w listopadzie minionego roku Collins-Laflamme zdołał prawa do Hytale odkupić. Potem ponownie zapowiedział premierę gry, zatrudnił z wielu deweloperów, którzy dotychczas nad nią pracowali i wkrótce potem, bo 13 stycznia 2026 roku, wydał ją we wczesnym dostępie – na starym, a nie na nowym silniku, ale dla graczy nie powinno mieć to oczywiście większego znaczenia. Wow.
No dobra. Pytanie brzmi, w jakim stanie Hytale ukazało się na rynku. W jakim stopni jest ukończone? O tym mogłam przekonać się tylko grając.
Wczesny dostęp, ale nie taki jak myślisz
To co zwraca uwagę to fakt, że Hytale nie jest dostępne na platformie Steam. Grę można zakupić za pośrednictwem dedykowanej strony internetowej, która zawiera też launcher do pobrania. Collins-Laflamme usprawiedliwia to tłumacząc, że gracze często oceniają gry z Wczesnego Dostępu na Steam jak pełnoprawne produkcje, zostawiając przedwczesne negatywne recenzje. No cóż, trudno nie przyznać mu racji.
Od razu zaznaczę, że Hytale nie kosztuje dużo, bo zakup podstawowej wersji bez szeregu dodatkowych elementów kosmetycznych, to wydatek rzędu około 90 złotych. Co ważnę, tę grę odpalicie nie tyko na Windowsie, ale też na Linuxie i sprzęcie Apple z układami Apple M2 lub nowszymi.
Pierwsze kroki Orbis (bo tak nazywa się świat w Hytale)
Po uruchomieniu gry miałam okazję przejść przez zaskakująco rozbudowany, ale intuicyjny kreator postaci, który pozwala na stworzenie własnego awatara. Jasne, do Minecrafta możemy wgrać dowolną skórkę postaci, stworzoną samodzielnie lub przez kogoś innego, ale wbudowany kreator ma swój urok.
Na ten moment Hytale oferuje dwa główne tryby rozgrywki – eksploracyjny, czyli odpowiednik survivalu z Minecrafta, a także kreatywny. Od razu powiem, że tryb kreatywny oferuje tu znacznie więcej opcji niż w Minecrafcie, ale w tym tekście skupię się na trybie eksploracyjnym, w którym grałam solo, lokalnie. Dostępne są już też jednak internetowe serwery gry i jest możliwość hostowania serwera lokalnie, dla grupy znajomych. W przyszłości mają zadebiutować też minigry i tryb przygodowy.
Co ciekawe, tworząc swój własny świat możemy nieco zmodyfikować pewne zasady rozgrywki. Dokładniej mówiąc, skrócić lub wydłużyć cykl dnia i nocy, a także wpłynąć na stopień konsekwencji wiążących się ze śmiercią postaci – ilość gubionych przedmiotów oraz poziom utraty wytrzymałości przez uzbrojenie i narzędzia.
Po trafieniu do mojego pierwszego świata gry spotkało mnie kolejne zaskoczenie: stary silnik daje radę. Obawy o to, że rezygnacja z nowej technologii Riotu sprawi, iż gra będzie wyglądać przestarzale, okazały się bezpodstawne. Hytale wygląda dokładnie tak, jak zapamiętałam to z legendarnego zwiastuna z 2018 roku, a może nawet lepiej. Stylistyka jest spójna, oświetlenie klimatyczne, a animacje – to one robią największą różnicę. Sposób, w jaki nasza postać się wspina, macha mieczem czy wchodzi w interakcje z otoczeniem, sprawia, że świat wydaje się żywy i dynamiczny, a nie sztywny i statyczny.
Jak wygląda świat gry? Tak jak Minecraft jest proceduralnie generowany, z podziałem na biomy. Tutaj różne biomy charakteryzują się jednak różnym poziomem trudności. Poza tym znajduje się w nim znacznie więcej gotowych struktur i zróżnicowanych mobów. Bardzo szybko poczułam, że eksploracja w tej grze jest ciekawsza niż w Minecrafcie – nie dlatego że Minecrafta już bardzo dobrze znam, bo grałam w niego latami, a dlatego że Hytale zostało zaprojektowane tak, by eksploracja miała sens.
Różne biomy skrywają tu różne zasoby. Można trafić w nich na wioski uroczych Kweebeców albo agresywnych Trorków i innych frakcji. Nie trudno też o katakumby pełne goblinów, wieże zamieszkane przez szkielety, tajemnicze, opuszczone miasta, no ale najlepsza jest niespodzianka, która skrywa się pod ziemią w biomie zalanym lawą. Sory, musicie ją odkryć sami, dla własnej satysfakcji. Czuć, że za tym projektem stoją ludzie, którzy latami analizowali, czego brakuje graczom w Minecrafcie. Warto wspomnieć o ciekawym systemie wspomnień, który pozwala odblokowywać dodatkowe nagrody właśnie poprzez eksplorację. Dodam też, że gra ma wbudowaną mapę.
Więcej niż tylko kopanie
Co możemy robić w Hytale oprócz eksplorowania świata gry? Oczywiście walczyć z przeciwnikami, uprawiać rolę, hodować zwierzęta, a przede wszystkim craftować i budować.
System walki jest tu mięsisty – do wyboru jest szereg typów broni, a każda z nich ma swój unikatowy specjalny atak. Są tu też nawet kostury pozwalające operować magią, ale ich jeszcze nie sprawdziłam.
Mechaniki związane z uprawą roli i hodowlą zwierząt na pewno wymagają jeszcze dopracowania, bo zwierząt jeszcze nie można rozmnażać, a kwestia nawadniania roślin budzi wątpliwości – niektórzy gracze podobno są w stanie nawadniać je blokami wody, ale w moim przypadku działała tylko konewka. Do wyboru już jest jednak kilkadziesiąt nasion, z których jest w stanie wyrosnąć mnóstwo przeróżnych roślin.
Wisienką na torcie jest tu jednak kwestia budowania. Na start gra oferuje całe mnóstwo przeróżnych bloków. Przykład? Samych typów drzew jest tu więcej niż w Minecrafcie, a poza tym możemy tu stawiać nie tylko poziome, ale też pionowe „slaby” czyli płyty. Ta gra pozwala stworzyć naprawdę niesamowite budowle, którym klimatu dodaje ambientowe oświetlenie – bo źródeł tego oświetlenia jest tu mnóstwo.
Crafting został tu rozwiązany w inny sposób niż w Minecrafcie, bo nie polega na łączeniu przedmiotów. Jasne, do stworzenia pewnych rzeczy potrzebujemy szeregu zasobów, ale nie chodzi tu o to, aby odpowiednio ułożyć je na siatce 9×9, a dokonać dwóch klików na odpowiednim stole craftingowym – odpowiednim, bo ta gra ma dedykowane stoły do twrzenia narzędzi, broni, zbroi, mebli i budulców. Ba, są też stoły do tworzenia mikstur, a nawet… portali.
Optymalizacja i błędy
Czy jest idealnie? Oczywiście, że nie. To wciąż wczesny dostęp. Zdarzyły mi się w grze drobne błędy, a gra potrafiła nieco zlagować przy generowaniu gęstego lasu, nawet na mocnym sprzęcie. Jednak w porównaniu do wielu innych tytułów startujących we wczesnym dostępie, działa zaskakująco stabilnie.
Werdykt: Feniks powstał z popiołów
Widać, że Hytale nie jest grą ukończoną, ale zawartości ma na pewno mnóstwo. Podejrzewam, że wkrótce, po około dwóch tygodniach rozgrywki, odkryję w niej wszystko, co już mogłam, ale na pewno jeszcze mam w niej dużo do roboty. Przede mną przede wszystkim jeszcze dużo budowania. Chętnie pobawię się też więcej trybem kreatywnym.
Ale czy warto wydać na ten tytuł te 90 złotych? Moim zdaniem tak. To gra bardzo podobna do Minecrafta, ale jednocześnie tak bardzo się od niego różniąca, że nie daje wrażenia deja vu. To projekt stworzony z pasji, która wylewa się z każdego postawionego woksela. Mimo braku Steama i burzliwej przeszłości, Hytale w końcu jest z nami. I wygląda na to, że zostanie na długo. Widać, że twórcy starają się już rozwijać, bo już otrzymała dwie pierwsze aktualizacje, a kolejne są w drodze.
Helldivers 2 to tytuł, który od momentu premiery wzbudzał niemałe emocje. Mam wrażenie, że większość graczy zachwycała się jego intensywną akcją i satysfakcjonującym systemem walki, a tylko nieliczni narzekali na panujący w nim chaos, wysoki poziom trudności i okazjonalne problemy techniczne. Jednak mimo że o tej grze było tak głośno, nic nigdy nie skłoniło mnie, by ją wypróbować – aż do teraz. W końcu i ja, zachęcona do zabawy przez znajomych, przekonałam się, co Helldivers 2 ma do zaaferowania. Wniosek? To gra, która właśnie dopiero w towarzystwie znajomych osiąga swój pełen potencjał.
Na wstępie warto wspomnieć, na czym gra w Helldivers 2 polega
W skrócie, wcielamy się w niej w tytułowych Helldiversów – żołnierzy, którzy walczą „w obronie” swojej planety Superziemi. Jako Ci żołnierze wypełniamy misje na przeróżnych innych planetach, walcząc z Terminidami, Automatonami, a także Illuminatami – oczywiście szerząc demokrację jak bohaterowie Żołnierzy kosmosu (ang. Starship Troopers).
W Helldivers 2 nie tworzymy własnych postaci. Otrzymujemy za to własny statek, którym możemy poruszać się po galaktyce, arsenał który możemy spersonalizować, poszerzyć i ulepszyć dzięki zdobytym poziomom doświadczenia i walucie, a także możliwość łączenia się w grupy z innymi graczami i kooperacji.
W tej ostatniej kwestii Helldivers 2 daje pewną swobodę. Jeśli chcemy, możemy zamknąć się na innych graczy i zablokować im dostęp do naszej rozgrywki. Możemy też pozwolić na to, aby w szerzeniu demokracji pomogli nam inni, którzy zechcą do nas dołączyć, czy to z poziomu konsoli czy peceta. Możemy też sami dołączyć do grup innych graczy albo zagrać wyłącznie ze znajomymi.
Ja w Helldivers 2 grałam zarówno sama, jak i z losowymi graczami oraz znajomymi. Najprzyjemniej grało mi się jednak ze znajomymi. Dlaczego?
Kooperacja? Tak, ale tylko z odpowiednią ekipą
Zacznijmy od tego, że rozgrywka w Helldivers 2 jest dosyć… powtarzalna. Tak, trzeba to powiedzieć. Misje przygotowane przez deweloperów są bowiem bardzo schematyczne i mało zróżnicowane. Zatem, łatwo wpaść tu w rutynę, zwłaszcza na niższych poziomach trudności. W przypadku wyższych brak odpowiedniej komunikacji z kolei utrudnia zabawę. Czasami nawet najlepszy sprzęt nie rekompensuje tego, że nikt nie odzywa się na czacie głosowym. Wszystko zmienia się, gdy na polu bitwy stajemy ze „znajomymi twarzami”, które wspólnie z nami siedzą na Discordzie.
Tak, w każdą grę multiplayer gra się lepiej ze znajomymi, ale Helldivers 2 to czołowy reprezentant spełniający tę regułę. Gra w Helldivers 2 ze znajomymi to bowiem nieustanne balansowanie między chaosem a taktyką, gdzie każdy błąd może zakończyć się spektakularną katastrofą – i salwą śmiechu.
Powtarzalność znika w dobrym towarzystwie
Sukces misji w tym tytule szczególnie na wyższych poziomach trudności zależy od zgrania i wzajemnego wsparcia. W drużynie każdy ma zadanie do wykonania – jeden rozstawia wieżyczkę, drugi wzywa nalot, trzeci osłania tyły, a czwarty… no z tym bywa różnie. Ale największą frajdę w Helldivers 2 daje właśnie to, że tu nie wszystko idzie doskonale. System ognia sojuszniczego sprawia, że nie trudno o powód do śmiechu. Kiedy jedna osoba przez przypadek wezwie z orbity zrzut bomb prosto na głowę towarzysza, a inna z paniką stawia wieżyczkę pośrodku starcia, zaczyna się prawdziwa zabawa. To właśnie te momenty, pełne emocji, spontanicznych reakcji i improwizowanej współpracy, tworzą to, co najlepsze w tej grze. A gdy grasz ze znajomymi, to na bieżąco żartujesz z tych momentów, zapominając o powtarzalności samej rozgrywki.
Podsumowując – graj, ale nie samotnie
Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy zagrać w Helldivers 2, weź moje przemyślenia pod uwagę. Jeśli nie masz znajomych, z którymi mógłbyś spędzić w tej produkcji czas, podejrzewam, że ta bardzo szybko Ci się znudzi. Zbierz zatem grupę znajomych, zachęć ich do tego, aby też kupili Helldivers 2 (na dowolnej platformie, bo gra obsługuje crossplay), wyposażcie się w mikrofony, odpalcie Discorda i zacznijcie grać razem.
Dopiero wtedy zobaczysz, jak wiele ta gra ma do zaoferowania – i ile śmiechu potrafi przy tym dostarczyć. Nie chodzi tu tylko o samo wykonywanie misji i strzelanie do przeciwników, ale o te wszystkie nieprzewidziane sytuacje, które powstają z połączenia ognia sojuszniczego, nieporozumień i typowo ludzkich błędów. Każda z takich chwil buduje wspomnienia, które zostają na dłużej. Jedna nieudana misja potrafi dać więcej frajdy niż dziesięć udanych, jeśli kończy się ogólnym chaosem i wspólnym śmiechem.
Helldivers 2 jest trochę jak impreza: możesz pójść na nią sam, ale dopiero w gronie znajomych nabiera sensu. I nawet jeśli na koniec wszyscy skończycie martwi na polu bitwy, to i tak będziecie chcieli wrócić po więcej. Bo w tym całym zamieszaniu i absurdzie chodzi właśnie o zabawę – a ta smakuje najlepiej, gdy współdzielisz ją z innymi.
Grand Theft Auto V zadebiutowało dokładnie 17 września 2013 roku, a to oznacza… tak, że ma blisko 12 lat. Oczywiście posiadacze pecetów mogą cieszyć się tą grą dopiero od 2015 roku, ale mniejsza o to. Ważniejsze jest to, że nadal nie możemy grać w GTA VI! Oczywiście, premiera tej produkcji jest już jednak dosyć blisko. W związku z tym postanowiłam ostatnio odświeżyć sobie wydarzenia z GTA V, sięgając po tę grę na nowo. Nie spodziewałam się, że będzie mi się w nią grać tak dobrze.
Okej, na wstępie zaznaczę jedno. Ten tekst poświęcony jest singleplayerowej części GTA V. Nie grałam w GTA Online i nie zamierzam, a dlatego powstrzymam się od jego oceny. Ważny jest też fakt, że odnoszę się tu do GTA 5 w wersji Enhanced. Ta wersja została wydana na PC stosunkowo niedawno, bo w marcu bieżącego roku. Dotychczasowe wydanie, znane dziś pod nazwą Legacy, wciąż jest dostępne na Steam, ale każdy, kto już je posiadał, otrzymał GTA V Enhanced za darmo.
Co wprowadziło GTA V Enhanced? To wersja ulepszona z myślą o konsolach nowej generacji. Wprowadza poprawioną grafikę, dźwięk przestrzenny, szybsze wczytywanie dzięki rozwiązaniu Direct Storage, a także obsługę dla takich technologii jak DLSS i Ray Tracing.
Nowa gra, nowa maszyna, nowe wrażenia
Po raz ostatni w GTA V, to dziś znane jako GTA V Legacy, grałam w 2019 roku. To na tyle dawno, że dziś po prostu nie pamiętam jak dokładnie prezentowała się grafika tej gry. Pamiętam tylko, że wyglądała dobrze, nawet nie przy najwyższych ustawieniach graficznych – bo najmocniejszego komputera to ja nie miałam.
Na szczęście mój dzisiejszy komputer to naprawdę porządna maszyna, zwłaszcza że mój narzeczony ostatnio go ulepszył. Na pokładzie mam RTXa 5080, procesor Intel Core Ultra 7 265K i 32 GB pamięci RAM DDR5. Dlatego po pierwszym uruchomieniu GTA V Enhanced bez jakichkolwiek obaw wymaksowałam ustawienia graficzne gry. Jakość grafiki ustawiłam na Ultra, włączyłam Ray Tracing i DLAA. Potem rozpoczęłam nową rozgrywkę.
Te kilka lat temu nie udało mi się GTA V ukończyć (zauważyłam, że z grami Rockstara mam tak często). Jako że jednak nie pamiętałam, gdzie dokładnie skończyłam zabawę, a poza tym nie wiedziałam, czy zapisy z pierwotnej wersji gry da się przenieść, postanowiłam poznać fabułę tej odsłony serii od nowa.
Pierwsze zaskoczenia i zachwyty (ale upływ lat widać)
Już w pierwszych minutach rozgrywki zaskoczyło mnie to, jak świetnie GTA V Enhanced wygląda. Jasne, pewne tekstury, wyglądające na dość stare, rzuciły mi się w oczy, ale można by pomyśleć, że ta gra miała premierę dopiero co. Odświeżenie grafiki naprawdę dało radę. Na mój pozytywny odbiór gry wpłynęły zwłaszcza odbicia i oświetlenie, które dzięki Ray Tracingowi nadały światu gry większego realizmu.
Oczywiście, prolog do GTA V rozgrywa się w bardzo ograniczonym obszarze, a więc dopiero to, co dzieje się po nim, daje pełniejszy obraz na temat nie tylko oprawy graficznej, ale również optymalizacji gry. Główna część fabuły ma bowiem miejsce w otwartym świecie miasta Los Santos i jego okolic. Mam jednak dobre wieści. W Los Santos grafika wypada jeszcze lepiej, zwłaszcza nocą i po deszczu, kiedy okolicę rozświetlają neony, których światło odbija się od ulicznych kałuż.
W GTA 5 Enhanced urzekły mnie widoki zastane nie tylko w środku miasta, ale też o zachodzie słońca na okolicznych wzgórzach, o każdej porze dnia na plaży, a także nocą na pustyni Grand Senora. Co ważne, w grze nie doświadczyłam problemu z doczytywaniem się tekstur, nawet przy bardzo szybkich pościgach.
Ale czy jest coś, po czym można poznać, że GTA V Enhanced to tylko odświeżona wersja 12-letniej gry? Wspomniane już niektóre tekstury, a także to, jak w grze wygląda… zwykła trawa. To w dużej mierze kolejna dwuwymiarowa tekstura, miejscami dziwnie porozciągana i dość ubogo wzbogacona trójwymiarowymi dodatkami innymi niż krzewy, a przynajmniej zbyt ubogo jak na dzisiejsze standardy.
Podobno w nowej wersji gry nie działa też większość modów. Mnie to jednak nie przeszkadza, bo nie czuję, bym kiedykolwiek miała z nich korzystać.
Rozgrywka nadal daje frajdę
Po tych wszystkich latach pozytywne wrażenie wywarła na mnie nie tylko grafika GTA V Enhanced, ale również struktura rozgrywki. Cutscenki nie są nudne i po prostu chce się ich słuchać. Zadania są dość zróżnicowane, nawet te poboczne, a rozgrywka nie jest na tyle trudna, by zniechęcała (choć latanie w GTA będę przeklinać zawsze). Świetny feeling dają też mechaniki gry, czy to podczas jazdy wszelakimi pojazdami, czy podczas strzelania bronią.
Dotychczas GTA V Enhanced ukończyłam w 30 procentach i kto wie, być może tym razem zdołam tę część serii faktycznie przejść. Trzymajcie kciuki!
Czekając na GTA VI…
To, jak ponadczasowe jest GTA 5, zwłaszcza po odświeżeniu grafiki gry, daje mi nadzieję na to, że warto było czekać na GTA VI tak długo. Już nie mogę doczekać się momentu, w którym zobaczę Vice City na konsoli nowej generacji (albo na pececie, ale to zapewne kilka lat później ). Jestem bowiem przekonana, że oprawa graficzna w nowej grze będzie prezentować się jeszcze lepiej, o niebo lepiej.
Oczywiście grafika to jednak nie wszystko, dlatego liczę na to, że GTA VI zaoferuje ciekawą fabułę, satysfakcjonujące zadania do wykonania, a przede wszystkim – że będzie świetnie zoptymalizowane i pozbawione problemów technicznych.
Overwatch 2 nie został przyjęty przez graczy zbyt ciepło, a to rzecz jasna nie miało miejsca bez powodu. Ba, deweloperzy z Blizzarda na przestrzeni rozwoju tej produkcji wielokrotnie rozczarowali graczy. Raz, że ceny skórek dostępnych w sklepie w grze od samego początku porażały (i porażają dalej), a dwa że nigdy nie doczekaliśmy się obiecywanej pierwotnie sigleplayerowej kampanii.
Teraz, po latach mogę jednak śmiało powiedzieć, że Overwatch 2 jest naprawdę dobrą grą, pod pewnymi względami lepszą niż Overwatch. Bardzo miło spędzam w niej czas przez kilka ładnych godzin każdego tygodnia, zwłaszcza że w ostatnim czasie otrzymała ona świetny, nowy tryb rozgrywki. Mam oczywiście na myśli tryb Stadium (czyli Stadion). Jak już wspomniałam w tytule, ten tryb to najlepsze, co dotychczas spotkało Overwatch 2, a w niniejszym artykule wyjaśnię, dlaczego.
No właśnie, zwłaszcza niezaznajomionym z tematem warto na wstępie wytłumaczyć, czym jest tryb Stadium, zwany po polsku Stadionem, i czym różni się od pozostałych trybów dostępnych w Overwatchu 2. W skrócie jest to tryb, który wywraca zasady Overwatcha do góry nogami. Możecie w nim bowiem zapomnieć o zmienianiu bohatera w trakcie meczu, dostępie do 43 bohaterów i stosowaniu klasycznych kontr – w nim taki Genji nie jest już tak kiepski przeciwko Moirze czy Zarii. Na tym jednak nie koniec różnic. Ba, to tylko czubek góry lodowej.
Musicie też wiedzieć, że w trybie Stadion gra się na przestrzeni wielu rund, rozgrywających się na różnych mapach, dążąc do uzyskania czterech zwycięstw – oczywiście w potyczkach 5 na 5. Podczas meczu gracze zdobywają specjalną walutę, a co rundę mogą wydawać ją na przeróżne ulepszenia ich mocy w tak zwanej Zbrojowni – ulepszenia wpływające na broń, zdolności lub przeżywalność bohatera. Co więcej, na początku na początku pierwszej, trzeciej, piątej i siódmej rundy można wybrać dodatkowe, darmowe moce. Na przykład, dzięki nim Reinhardt może mieć tarczę zwiększającą obrażenia przelatujących przez nią pocisków, Kiriko klonować się, a Mei zamieniać w wielką, toczącą się kulę lodu.
Istotne jest to, że darmowych mocy nie można wymieniać na inne, a płatne ulepszania można w dowolnym momencie sprzedać, by zastąpić je innymi – droższymi i lepszymi. Wszystko to zmusza to tworzenia buildów z głową i odpowiedniego dostosowywania ich do sytuacji w danym meczu.
Na ten moment w trybie Stadium można wcielić się w 18 bohaterów, a potyczki toczą się na kilku, specjalnie przygotowanych mapach. Niektóre z nich wyglądają znajomo, bo Stadium wykorzystuje na przykład pomniejszoną wersję map Koloseum oraz Tron Anubisa. Ciekawostką jest to, że Stadion daje możliwość rozgrywki w perspektywie trzecioosobowej. Można się w nim jednak przełączyć na perspektywę jednoosoboową, co sama zrobiłam, bo taka odpowiada mi bardziej.
Aha, musze jeszcze dodać, że Stadion jest trybem rankingowym, jednak z rankingiem oddzielnym od tego będącego częścią trybu Rywalizacja. Jego istotną cechą jest to, że w randze Świeżak i Nowicjusz utrata postępów jest wyłączona. Ponadto na początku każdego sezonu rangi Stadionu mają być resetowane, a więc wszyscy gracze będą musieli zaczynać od samego dołu – rangi Świeżak.
Okej, ale pomówmy o tym, dlaczego tryb Stadion tak bardzo przypadł mi do gustu
Dlaczego tak dobrze się w nim bawię? Po pierwsze to po prostu nowe doświadczenie – coś, czego Overwatch nie miał wcześniej do zaoferowania. W szybkiej grze i w trybie Rywalizacji możemy od niedawna ulepszać bohaterów specjalnymi perkami, ale nie pozwalają one wpłynąć na rozgrywkę daną postacią tak, jak moce w Stadionie.
Dzięki mocom umiejętności poszczególnych bohaterów możemy rozbudować w dowolną stronę w każdym kolejnym meczu, a to bardzo mocno urozmaica rozgrywkę i zmusza do strategicznego myślenia. Na przykład, raz możemy postawić na Reinhardta osłaniającego drużynę szczególnie dużą tarczą, a raz na Reinhartha podpalającego przeciwników swoim młotem, przy czym musimy pamiętać, by w pierwszym przypadku przez naszą tarczę miał kto strzelać. Żołnierz może albo niszczyć wrogów rakietami, albo udawać gracza z aimbotem, albo leczyć siebie i sojuszników mobilnym polem biotycznym. Z kolei Moira może przytłaczać wrogów swoimi orbami czy dręczyć postaci wsparcia z przeciwnej drużyny wzmocnionym biotycznym chwytem.
Taki system kupowania mocy może kojarzyć się z tym, co ma w zanadrzu League of Legends, ale nie powiedziałabym, że Stadion to Overwatch 2, ale w postaci gry MOBA. To wciąż hero shooter, w którym walka toczy się o realizację wyznaczonych celów i w którym brak mechaniki niszczenia struktur.
Stadium wygrywa też tym, że każdy mecz składa się z wielu rund rozgrywanych na przeróżnych mapach. W trym trybie nie utkniemy na 20 minut na znienawidzonej mapie typu Push (Przepychanka). Raz znajdziemy się na mapie typu Kontrola, raz na mapie typu Starcie, a raz właśnie na mapie typu Push. To zwiększa dynamikę rozgrywki, a poza tym jest kolejnym czynnikiem urozmaicającym zabawę. Dynamikę rozgrywki zwiększa też fakt, że mapy w trybie Stadion są mniejsze niż w pozostałych trybach. Czas powrotu do walki z punktu odrodzenia jest zatem skrócony.
Wiecie co? Podoba mi się to, że na start Stadion oferował tylko 17 bohaterów, a w tej chwili oferuje ich 18. Jest to bowiem tryb na tyle nowy i tak chaotyczny zwłaszcza dla nowego gracza, że nie wyobrażam sobie uczenia się panujących w nim zależności między aż 43 postaciami.
Nie może być idealnie
Oczywiście że tryb Stadion ma pewne wady, które mogą odstraszać część graczy. Przede wszystkim, rozgrywka w tym trybie może trwać naprawdę długo – nawet 30 minut. W związku z tym sama sięgam po niego, gdy wiem, że przez najbliższy czas nic nie będzie zakłócać mojego spokoju. I tak zdarzyło mi się, że musiałam wyjść z gry w trakcie meczu, a to skończyło się zawieszeniem mnie w trybie Stadium na kilka kolejnych godzin.
Kolejny problem to balans. Niektóre postaci są znacznie silniejsze niż inne. Poza tym każdy bohater ma do dyspozycji lepsze i gorsze buildy. Brak idealnego balansu może być jednak jednym z czynników, który sprawia, że ten tryb daje tak dużą frajdę. Poza tym widać, że twórcy gry nieustannie pracują nad tym, by ten balans zmieniać i dopracowywać.
Podsumowanie
Stadium to prawdziwy powiew świeżości w Overwatchu 2 – coś, co wreszcie sprawia, że chce się do tej gry wracać częściej i z większą ekscytacją. To tryb, który z jednej strony znacząco zmienia podstawowe zasady rozgrywki, a z drugiej nie odbiera jej tożsamości hero shootera.
Dzięki dynamicznym mapom, systemowi budowania postaci i strategicznemu podejściu do wyboru mocy, każda potyczka w Stadionie jest unikalna i pełna emocji. Jasne, nie jest to tryb bez wad – długość rozgrywek czy niedoskonały balans mogą irytować – ale mimo wszystko Stadium dostarcza tyle radości i świeżości, że z czystym sumieniem mogę nazwać go najlepszym, co spotkało Overwatcha 2 od momentu jego premiery.
Marvel Rivals zapowiadało się świetnie – jako kolorowy, dynamiczny hero shooter o ciekawych postaciach, który może stanowić porządną konkurencję dla Overwatcha 2. Ale czy ten faktycznie stanie na wysokości zadania? Czy faktycznie jest to tytuł, który na dłuższą metę utrzyma pokaźną bazę graczy? Po premierze spędziłam w tej grze trochę czasu i w związku z tym postanowiłam podzielić się z Wami moją opinią na jej temat.
Na wstępie wspomnę, że Marvel Rivals to póki co gra raczej pozytywnie oceniana przez krytyków i recenzentów. Nietrudno zrozumieć dlaczego. Jej stylizowana na nieco komiksową oprawa wizualna przyciąga wzrok. Muzyka jest zaś dość klimatyczna, a wybór bohaterów jest naprawdę bogaty.
Obecnie Marvel Rivals jest też grą ogromnie popularną. W ciągu pierwszych 72 godzin przyciągnęła ona 10 milionów graczy na całym świecie, a w ciągu kilku kolejnych dni liczba ta wzrosła do 20 milionów. To bowiem produkcja bazująca na modelu free-to-play, która będzie zarabiać głównie na przedmiotach kosmetycznych.
Osobiście mam jednak wrażenie, że niektórzy za bardzo pośpieszyli się z pozytywną oceną tego tytułu. Część osób podobnie jak ja zaczęła bowiem dostrzegać w niej poważne wady – niby drobne, ale sumarycznie stwarzające duże problemy. Te problemy mogą się odbić na przyszłości produkcji – chyba że deweloperzy coś z nimi zrobią. Ich pierwsze zapowiedzi sugerują jednak, że niekoniecznie do tego dojdzie.
Pierwszy grzech – nadmiar bohaterów
W kwestii grywalnych postaci Marvel Rivals faktycznie zadebiutował z przytupem. Na start otrzymaliśmy bowiem aż 33 bohaterów podzielonych na trzy kategorie. W zależności od wybranego bohatera każdy gracz może pełnić rolę tanka, postaci skupiającej się na zdawaniu obrażeń lub postaci wsparcia. Tych postaci jest jednak po prostu zbyt dużo.
Trzeba poświęcić bowiem naprawdę sporo czasu, aby dobrze poznać każdą z tych postaci i zrozumieć, do jakiego stylu rozgrywki pasuje i do jakiej drużyny bohaterów pasuje. Tymczasem poznawanie nowych postaci w Marvel Rivals nie należy do najłatwiejszych. Rozgrywka rozpoczyna się bowiem błyskawicznie po wybraniu przez graczy bohaterów – moim zdaniem zbyt szybko. Poza tym, opisy umiejętności poszczególnych postaci, ukazujące się po kliknięciu przycisku F1, to ściany tekstu, znacznie dłuższe niż ich odpowiedniki w Overwatchu. Nie jest to przesadnie dużym problemem w przypadku takich postaci jak Jeff the Land Shark, które mają… po trzy umiejętności, ale już w przypadku wszystkich pozostałych jest jak najbardziej.
Mam też wrażenie, że NetEase pośpieszył się nieco z dodaniem do gry aż tylu postaci, ponieważ postaci te, pod względem oferowanych umiejętności, w moim odczuciu nie są wystarczająco oryginalne, zarówno na tle Overwatcha, jak i samych siebie. Jasne, super że fani Marvela mogą wcielić się tu w aż tylu uwielbianych superbohaterów i złoczyńców. Niesamowicie rozczarowałam się jednak na przykład wtedy, gdy przełączałam się tu między różnymi postaciami wsparcia. Każda z nich posiada jakieś unikatowe umiejętności, ale jest ich po prostu zbyt mało. Cech łączących te postaci jest natomiast na tyle dużo, że granie nimi bardzo szybko się nudzi.
Jeśli chodzi o podobieństwa bohaterów do Overwatcha, to umiejętności żadnego nie zostały skopiowane 1 do 1, ale na przykład kompletnie nie rozumiem, dlaczego Czarna Wdowa została tu uczyniona snajperką. Tak, w komiksach jest często użytkowniczką broni snajperskich, ale przez decyzję NetEase jest tak oczywistą odpowiedniczką dla Trupiej Wdowy z Overwatcha, że to aż boli. Deweloperzy mogli się też pokusić o to, by Hawkeye gameplayowo bardziej różnił się od Hanzo, a inne postaci nie były hybrydami postaci z Overwatcha. Innymi słowy, Marvel Rivals oferuje zbyt mało innowacji.
Nie można zapominać również o kwestiach balansu gry. Jak myślicie, czy łatwo balansuje się grę z 33 bohaterami? Praktyka pokazuje, że nie, ponieważ niektóre postaci w Marvel Rivals dosłownie zamiatają wszystkie pozostałe z planszy. To źle zwiastuje na przyszłość. Przecież gra z czasem będzie zyskiwała kolejnych bohaterów i złoczyńców.
Bezsensowne decyzje deweloperów
Jedną z najlepszych decyzji, którą Blizzard poczynił swego czasu w kwestii Overwatcha było dodanie do gry obowiązkowego podziału ról. Kolejną świetną decyzją było wprowadzenie możliwości deklarowania przez graczy preferowanej roli jeszcze na etapie kolejkowania do gry. Rozgrywka szalonymi kompozycjami bohaterów, na przykład z trzema tankami, albo 5 DPSami dawała bowiem fun, ale do czasu. Z czasem powodowała tylko frustrację.
W związku z tym trudno zrozumieć, dlaczego Marvel Rivals tych funkcjonalności nie posiada. Co gorsza, wypowiedzi deweloperów sugerują, że nie będzie posiadać ich też w przyszłości, nawet w przypadku rozgrywek rankingowych. Trudno zaś stwierdzić, czy w przygotowaniu są jakiekolwiek alternatywy dla nich. To kolejna rozczarowujące kwestia. Raz, że takie funkcjonalności ułatwiłyby balansowanie rozgrywki, a dwa że zmniejszyłyby frustrację wielu graczy.
Kolejna decyzja deweloperów, której nie mogę pojąć, to decyzja o tym, aby gracze podziwiali rozgrywkę z perspektywy trzeciej osoby. Choć dzięki temu możemy patrzeć na skórkę na postaci, którą gramy, to jednocześnie trudniej się w tę postać wczuć. Poza tym nasza własną postać zasłania nam część ekranu.
Feeling gry mobilnej
Tak, mój kolejny zarzut wobec Marvel Rivals to feeling, jaki oferuje. Każda umiejętność każdej postaci powinna być nie tylko na swój sposób unikatowa, ale zapewniać też unikatowe odczucia z używania jej. W Overwatchu 2 tego feelingu nie brakuje, niezależnie od tego, czy chodzi o trafianie nabojami lub strzałami w głowę, strzelanie bombami lub rakietami w różne powierzchnie, różne formy latania, czy też leczenie. W Marvel Rivals jest wręcz przeciwnie.
W tej kwestii za większość niedociągnięć zdecydowanie odpowiadają projektanci dźwięku. Takim umiejętnościom jak dawanie sprzymierzeńcom pancerza, przeładowanie różnych broni czy pożeranie wrogów powinny towarzyszyć wyraźne i charakterystyczne efekty dźwiękowe. W tej chwili nie jestem jednak w stanie nawet sobie przypomnieć, jak brzmiał jakikolwiek efekt dźwiękowy z tej produkcji.
Taki design sprawia, że trudno się w rozgrywce w Marvel Rivals odnaleźć. Trudno mieć poczucie tego, co dzieje się dookoła nas, a więc i reagować na poczynania przeciwników. Trudno też odpowiednio efektywnie wykorzystywać umiejętności naszych bohaterów.
Podsumowanie
Choć Marvel Rivals początkowo zdawał się być godnym rywalem dla Overwatcha 2, dla mnie niekoniecznie pozostanie tym rywalem na długo. Z jednej strony gra przyciąga uwagę efektowną oprawą wizualną i bogatym wachlarzem postaci. Z drugiej strony okazuje się jednak, że brakuje w niej naprawdę unikatowych bohaterów i wyraźnych innowacji, a problemy z balansem oraz przeciętny feeling rozgrywki znacząco obniżają jej potencjał. Jeśli twórcy tej produkcji nie podejmą odpowiednich kroków, Marvel Rivals może okazać się chwilowym hitem, który nie zdoła utrzymać zainteresowania graczy na dłuższą metę.
Jako że jednak Marvel Rivals to gra pochodząca z Chin, gdzie głosy konsumentów niekoniecznie brane są pod uwagę na poważnie, a deweloperzy zostali już zalani pozytywnymi recenzjami, obawiam się, że konstruktywna krytyka wobec niej zostanie po prostu przeoczona. Mam szczerą nadzieję, że się mylę, ale tymczasem wracam do zabawy w Overwatchu 2.