Ostatnie lata nie były dla serii F1 zbyt łaskawe. Odkąd markę przejęło EA, kolejne odsłony zaczęły przypominać trochę sezon ogórkowy w Formule 1.
Niby wszyscy są, niby coś się dzieje, ale człowiek patrzy i zastanawia się, czy naprawdę trzeba było kupować nowy karnet tylko po to, żeby zobaczyć kilku kierowców w innych kombinezonach. Co roku dostawaliśmy nową grę. Co roku zmieniały się transfery, kosmetyka, trochę model jazdy, trochę balans, trochę menu. Czasem pojawiał się jakiś nowy tryb, czasem EA próbowało nam wmówić, że to właśnie ten moment, w którym F1 przechodzi rewolucję większą niż wynalezienie koła. A potem człowiek odpalał grę i po dwóch wyścigach wiedział, że nadal jest to właściwie ta sama gra, tylko opakowana w nowe pudełko. Do tego dochodziły ceny. Wersje Deluxe, hiper, super, ultra i nie wiadomo jeszcze jakie, potrafiły podchodzić pod pięć stów. Oczywiście motorsport jest sportem dla ludzi z grubym portfelem, ale rynek gier ma to gdzieś. Gracz nie kupuje bolidu Ferrari. Kupuje grę. I chce mieć poczucie, że dostał coś więcej niż aktualizację składów sprzedawaną w cenie jakiejś podstawowej kierownicy do PC.
I wtedy ktoś w EA wpadł na pomysł, który powinien był paść kilka lat temu.
A może zamiast wydawać co roku tę samą grę, zrobimy po prostu DLC?
No i proszę. Dało się.
F1 25: 2026 Season Pack to dodatek, który nie próbuje udawać pełnej nowej gry. Dostajemy aktualizację do sezonu 2026, komplet nowych bolidów, nowych kierowców, nowe zespoły, nowe zasady, nowy tor i przede wszystkim – zupełnie inne podejście do jazdy. Oficjalnie EA szykuje na 2027 rok nową odsłonę, która ma wyglądać, działać i grać inaczej niż dotychczasowe części. Mam nadzieję, że to nie jest kolejna korporacyjna obietnica z gatunku „tym razem będzie inaczej”, tylko rzeczywiście czas, który zespół wykorzystuje na przygotowanie czegoś od podstaw.
Bo seria F1 naprawdę tego potrzebuje.

Cena robi robotę
Najważniejsze jest jednak to, że wreszcie nie czuję się, jakbym kupował wejściówkę do padoku za pieniądze, których nie mam. Wersję F1 25 wraz z dodatkiem sezonu 2026 można obecnie kupić na Steamie za około 219,90 zł. I to jest cena, która po prostu ma sens. Dwie stówki za pełną grę z nowym sezonem, nowymi bolidami i całym tym licencjonowanym cyrkiem? Wreszcie można powiedzieć: dobra, EA, tym razem nie próbujesz sprzedać mi starej szkapy za półroczne zarobki. Cofamy się trochę do czasów, kiedy F1 nie było jeszcze własnością EA i coroczne odsłony miały ceny, które nie wymagały konsultacji z doradcą finansowym.
Ale czy taniej znaczy lepiej?
Tym razem – tak. Przynajmniej w dużej części.
Cadillac, Audi i Madring
Nowy sezon to przede wszystkim nowy układ sił na gridzie. Do stawki dołącza Cadillac, a za jego kierownicami siedzą Valtteri Bottas i Sergio Pérez. Czyli dwaj kierowcy, którzy wiedzą, jak wygląda życie w środku stawki, z przodu stawki, a czasem także w ścianie po zbyt optymistycznym manewrze. Cadillac robi w grze świetne wrażenie. Nie tylko dlatego, że to nowy zespół, ale też dlatego, że sama obecność jedenastej ekipy powoduje, że sezon od razu wydaje się świeższy i bardziej ciasny. Grid jest pełniejszy, kariera ma więcej życia, a człowiek znowu chce odpalić My Team i sprawdzić, czy tym razem uda mu się stworzyć ekipę, która nie będzie kończyć sezonu bez zdobytego punktu.
Jest też Audi, które przejęło Saubera i wreszcie wchodzi do F1 nie jako plotka, prezentacja w PowerPoincie albo obietnica z konferencji prasowej, ale jako pełnoprawna ekipa. Nico Hülkenberg i Gabriel Bortoleto dostają do rąk maszyny z czterema pierścieniami na nosie, a to już samo w sobie jest czymś, co dobrze wygląda na ekranie. Największą nowością dodatku jest jednak Madring, czyli tor w Madrycie. To pierwszy nowy obiekt w F1 od kilku lat i trzeba przyznać, że EA miało tu z czego ulepić dobre mięso. Trasa ma 5,4 kilometra, 22 zakręty i łączy elementy ulicznego toru z fragmentami zaprojektowanymi typowo pod współczesne F1. Nie jest to tor, który człowiek zapamięta po jednym okrążeniu. I bardzo dobrze.
Madring ma szybkie sekcje, techniczne zakręty, konkretne strefy hamowania i takie miejsca, w których za późne dodanie gazu kończy się rozmową z bandą. To tor, na którym trzeba być skupionym, a nie tylko trzymać gaz w podłodze i czekać, aż DRS zrobi robotę za nas.
Bo DRS już nie istnieje.
DRS umarł. Niech żyje prąd
Największa zmiana w sezonie 2026 to nowe bolidy. Są mniejsze, lżejsze, bardziej zwrotne i dużo bardziej narowiste. Od pierwszych zakrętów czuć, że to nie są już te same maszyny, które znamy z F1 25. Nie oznacza to, że nagle dostaliśmy Assetto Corsę albo iRacing. F1 od EA nadal jest grą, w którą można spokojnie grać padem na kanapie. Ale jednocześnie daje wystarczająco dużo frajdy ludziom, którzy odpalają VR, zakładają słuchawki, siadają w kokpicie, uruchamiają bass shakery i przez chwilę czują się jakby naprawdę mieli kontrakt z Ferrari.
Nowe bolidy są szybsze w reakcji, ale też mniej wybaczają. W zakrętach czuć ich lekkość, w szybkich zmianach kierunku są bardziej posłuszne, ale przy wyjściu z wolniejszych łuków potrafią przypomnieć, że nie kierujemy gokartem. Trzeba z nimi pracować. Czasem nawet walczyć. Klasyczny DRS zniknął i zastąpił go DRS elektryczny. Jest także aktywna aerodynamika, która pozwala zmieniać ustawienie przedniego i tylnego skrzydła w określonych sekcjach na torze. W zakrętach bolid ma generować większy docisk, a na prostych zrzuca opór powietrza, żeby oszczędzać energię i osiągać lepsze prędkości. Ale prawdziwa zabawa zaczyna się przy systemie Overtake Mode.
To właśnie on jest nowym odpowiednikiem starego przycisku wyprzedzania. Tyle że teraz nie otwieramy skrzydła, tylko dostajemy konkretny zastrzyk energii elektrycznej. I to nie jest delikatne „pomogę ci trochę dogonić rywala”. To prawie pięćset dodatkowych koni mechanicznych, które potrafią zmienić cały pojedynek.
Oczywiście pod warunkiem, że wcześniej nie roztrwoniliśmy energii.

Zespoły esportowe ukrywają wszystkie dane aby nie zdradzić jak zarządzają energią.
Zarządzanie energią – nowy sport narodowy
To właśnie zarządzanie energią elektryczną jest największą gwiazdą tego dodatku.
Nie nowy Cadillac. Nie Audi. Nie Madring. Nie nawet fakt, że można sobie wreszcie pojeździć bolidem, który wygląda, jakby projektował go człowiek po obejrzeniu Blade Runnera.
Energia.
W F1 25: 2026 Season Pack trzeba naprawdę myśleć o tym, kiedy odzyskujemy prąd, kiedy go odkładamy, kiedy bronimy pozycji, a kiedy atakujemy. Czasami bardziej niż o punkcie hamowania martwisz się tym, czy za chwilę nie zabraknie ci mocy na końcu prostej.
I to jest świetne.
Przykład? Tor w Chinach. Długa prosta między zakrętami 13 i 14. Masz dobre tempo, jedziesz za rywalem, liczysz na atak, wciskasz wszystko, co się da, a potem w dwóch trzecich prostej samochód zaczyna zwalniać, bo energia po prostu się skończyła. I nagle wyprzedza cię Cadillac. Nie dlatego, że Bottas dostał objawienia, nie dlatego, że Pérez nagle przypomniał sobie czasy z Red Bulla. Po prostu lepiej zarządzali energią. To są momenty, w których dodatek naprawdę zaczyna żyć. Czujesz, że nie ścigasz się już tylko o to, kto później zahamuje. Ścigasz się o to, kto lepiej zaplanuje całe okrążenie.
Zarządzanie energią stało się tu wręcz sztuką. I dobrze, bo właśnie tego wszyscy spodziewaliśmy się po sezonie 2026.
Jest też trochę starego EA
Nie byłoby EA, gdyby nie zostało trochę korporacyjnego szrotu.
Mikropłatności nadal są obecne, menu dalej próbuje czasami udawać, że F1 to FIFA na kółkach, a część elementów gry aż prosi się o większą możliwość personalizacji. Najchętniej wyrzuciłbym połowę tych ekranów, wyłączył sklepiki, skórki i wszystkie rzeczy, które nie mają nic wspólnego z tym, że chcę po prostu odpalić Grand Prix w Belgii podczas ulewy. Nikt oczywiście nie zmusza nas do kupowania tych rzeczy. Ale fajnie byłoby dostać opcję uproszczenia menu, schowania części sklepowej i ustawienia gry tak, żeby od razu prowadziła nas do kariery, czasu okrążenia albo wyścigu ze znajomymi.
Warto też pamiętać, że kariera z sezonu 2025 nie przechodzi automatycznie do sezonu 2026. Trzeba zacząć nowy zapis. Trochę szkoda, ale z drugiej strony – przy tak dużych zmianach w przepisach i układzie stawki trudno było to zrobić inaczej.
Wreszcie jest nadzieja
Przez ostatnie lata mocno piętnowałem EA za to, że przyssało się do portfeli graczy i co sezon sprzedawało bardzo podobny produkt jako wielką nowość.
F1 25: 2026 Season Pack nie rozwiązuje wszystkich problemów serii. Nadal mamy mikropłatności. Nadal mamy menu, które miejscami wygląda jakby ktoś chciał sprzedać nam kask, zanim pozwoli wejść do garażu. Nadal nie jest to pełnoprawny symulator dla ludzi, którzy rozpisują ciśnienie w oponach na trzy strony zeszytu.
Ale pierwszy raz od kilku sezonów naprawdę widzę, że ten cykl idzie w dobrą stronę.
Po pierwsze – DLC zamiast pełnej gry ma sens. Kupowanie co roku niemal tego samego tytułu było absurdem. Tutaj dostajemy duży pakiet zmian, ale nie musimy od razu płacić jak za nową konsolę.
Po drugie – cena. Dwie stówki za bazową grę z aktualnym sezonem to uczciwa propozycja. Wreszcie.
Po trzecie – nowe bolidy naprawdę zachowują się inaczej. Są bardziej wymagające, bardziej nerwowe i zmuszają do myślenia. Energia nie jest dodatkiem. Jest centrum całej zabawy.
EA idzie we właściwą stronę.
Na Odyna, nigdy nie przypuszczałem, że to napiszę.








