Na nową grę twórcy The Binding of Isaac czekaliśmy wiele lat, ale zdecydowanie było warto. Efekt końcowy zachwyca – nawet jeśli wizualna otoczka, wyjątkowo specyficzna, może niektórych odrzucić.

Mewgenics to dzieło wyjątkowe, które łączy założenia gatunku roguelite z taktyczną walką w turach na stosunkowo małych arenach, mogących przywodzić na myśl rozmiarami plansze z Into the Breach i podobnych tytułów. Kompaktowa forma map sprawia jednak, że rozgrywka zachowuje świetne tempo i nigdy się nie dłuży.

Założenia fabularne nie są szczególnie istotne, ale warto wspomnieć, że wcielamy się w anonimowego miłośnika kotów, który na przestrzeni gry zajmuje się ich hodowlą i rozmnażaniem, a wszystko po to, by wysyłać czworonogi na kolejne wyprawy – podczas których to właśnie zwierzaki zajmują się walką i zdobywaniem ulepszeń oraz coraz to nowszych przedmiotów.

Otoczka Mewgenics jest w podobnym stopniu dziwaczna i nieraz makabryczna, co w The Binding of Isaac. Zdeformowane postacie, odchody leżące sobie na polu bitwy, kopulacja kotów i inne tego typu sceny mogą wydać się niektórym odpychające, jednak szczerze powiedziawszy, bardzo szybko można się do tego specyficznego stylu przyzwyczaić. Pomaga na pewno celny i umiejętnie wpleciony do gry czarny humor.

Wysyłając koty na wyprawy przypisujemy im klasy. Jeden kociak może być magiem, inny tankiem, jeszcze inny łotrzykiem. W drużynie mamy maksymalnie cztery jednostki, a podczas podróży poruszamy się po mapie świata, wybierając kolejne cele niczym w Slay the Spire. Czasem trafiamy na jakieś specjalne wydarzenie, czasem do sklepu, a najczęściej na kolejne walki.

Podczas starć za każdym razem, gdy nadchodzi nasza tura, możemy zarówno wykonać ruch, jak też zwykły atak – a dodatkowo jeszcze, jeśli mamy punkty many, skorzystać z czaru czy specjalnej zdolności. Mamy więc całkiem sporo do roboty, bo nie ma tutaj ogólnego systemu punktów akcji, obejmujących poruszanie się i walkę, jak to czasem bywa w niektórych turówkach.

Starcia są wciągające i przyjemne, szczególnie wtedy, gdy gramy już dłuższą chwilę. Nasze koty zdobywają kolejne poziomy i coraz więcej różnych umiejętności oraz przedmiotów, a synergie między tymi wszystkimi rzeczami potrafią skutkować niesamowitymi efektami do wykorzystania w boju. Zwykły kot-wojownik może stać się zabójczą jednostką teleportującą się za plecy wroga, by zadawać ogromne obrażenia. Mnogość upgrade’ów jest tu tak wielka, że gra przez wiele godzin zaskakuje nas możliwościami.

Właśnie ta różnorodność jest największą zaletą Mewgenics. Podobnie zresztą było w The Binding of Isaac, a w nowej grze McMillena ponownie wiele zależy też – co warto podkreślić – od szczęścia. Losowość ma tutaj bardzo duże znaczenie i zdarzy się niejeden raz, że w nasze ręce oddane zostaną ulepszenia i bonusy, które akurat nie będą pasować do naszego preferowanego stylu gry czy kotów biorących udział w misji.

Aspekt rogalikowy jest tu dosyć interesujący. Jeśli polegniemy w boju, zaczynamy nową wyprawę, ale nawet po udanym powrocie z przygody, nie możemy już w kolejnej ekspedycji wykorzystać tych samych zwierzaków – stają się one automatycznie emerytowanymi kotami, które mogą tylko dalej się rozmnażać, albo możemy je wysłać do jednego z NPC-ów, by zyskiwać różne stałe ulepszenia bazy czy odblokowywać klasy.

Nowych kotów jednak zawsze przybywa w odpowiednim tempie, więc nigdy nie musimy się przejmować, że zabraknie nam jednostek. System rozmnażania zwierzaków ma sporo głębi, ale równie dobrze możemy po prostu dać się sprawom toczyć we własnym tempie – a i tak pojawią się nowe kociaki.

Mewgenics jest dziwne, wulgarne i brutalne, ale też niesamowicie wręcz angażujące. Dzięki ogromowi zdolności, przedmiotów i zmiennych, budowanie potęgi naszych kocich oddziałów wciąga naprawdę mocno. To bez dwóch zdań jedna z najlepszych gier typu roguelite, z jakimi mieliśmy do czynienia.

Share This