Crimson Desert ma trochę problemów i daleko tej produkcji do ideału, jednak granie w tytuł studia Pearl Abyss najczęściej po prostu sprawia frajdę, a mocne strony przesłaniają na dłuższą metę wady.
Mamy tu do czynienia z rozbudowaną pod wieloma względami grą akcji w otwartym, ogromnym świecie. Nie jest to RPG, więc i – siłą rzeczy – historia czy zaawansowany rozwój postaci schodzą raczej na dalszy plan. Najważniejsze elementy Crimson Desert to eksploracja oraz walka.
Fabuła nie zapada w pamięć – i to trzeba przyznać. Nie jest to więc gra dla tych, którzy oczekują ciekawej, wciągającej narracji. Nie pomaga fakt, że Kliff, czyli główny bohater, jest jednym z najbardziej nijakich i bezbarwnych protagonistów ostatniej dekady. Wątek stopniowego odbudowywania najemniczej kompanii Szarogrzywych i zemsty na rywalach z wrogiego klanu wojowników, to tylko pretekst, by odwiedzać kolejne obszary na wielkiej mapie.
Świat natomiast jest nie tylko pięknie wykonany, ale motywuje też do eksploracji. Warto tu czasem po prostu pobłądzić, pokręcić się po różnych lokacjach, nawet bez celu, ponieważ jest duża szansa, że trafimy na jakąś interesującą drobnostkę. A to jakiś skarb, a to zagadka prowadząca do czegoś ciekawego. Crimson Desert wynagradza nas za bycie turystą i zwiedzanie krainy Pywel. Nagrody często nie są potężne czy wyjątkowo cenne, ale to nie przeszkadza.

Cały kontynent składa się z kilku krain, które w dosyć typowy sposób podzielone są ze względu na środowisko i warunki pogodowe. Zaczynamy w lokacji leśno-zielonej, później mamy też obszary pustynne czy zimowe – absolutna klasyka wielu gier z otwartymi światami. Obecne w tych lokacjach frakcje czy miasta potrafią już być jednak charakterystyczne i jakoś się wyróżniać.
Do tego dochodzi jeszcze dodatkowa warstwa świata, czyli archipelag podniebnych wysp, do złudzenia przypominających te z The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom. Crimson Desert zresztą czerpie wiele pomysłów i mechanik z różnych hitów i wcale się tego nie wstydzi. Unoszące się wysoko nad ziemią lokacje są liniowe i bogate w różne środowiskowe zagadki. Często wygodnym rozwiązaniem jest skorzystanie z podniebnego punktu szybkiej podróży, by się tam przenieść, a potem zeskoczyć na powierzchnię i poszybować do celu wybranej misji.
Struktura zadań rzadko jest oryginalna czy wyjątkowo interesująca. Zlecenia i misje są tu po prostu pretekstem do walki czy zdobycia jakichś przedmiotów, choć od czasu do czasu trafią się jakieś zabawne epizody, najczęściej związane z drobnymi prośbami od różnych mieszkańców miasteczek czy wiosek.
Walka jest trochę chaotyczna, lecz na pewno mocno angażuje. Momentami można poczuć się tutaj niczym w grach typu Devil May Cry, choć Crimson Desert nie jest aż tak dynamiczne. Twórcy dobrze bawili się z projektowaniem systemu starć, co widać choćby po tym, że zaimplementowano tutaj nawet chwyty i ciosy rodem z wrestlingu.
Potyczki nie są więc tylko machaniem bronią czy blokowaniem tarczą. Możemy chwycić wroga i rzucić nim w jego kolegów, czasem na kogoś szarżujemy, wykonamy potężny cios obrotowy, czy nawet… zetniemy drzewo i uderzymy nim w większego oponenta. Czujemy się naprawdę potężni i jest to niezaprzeczalna zaleta.
Podczas gry możemy zająć się wieloma różnymi rzeczami, bo twórcy przygotowali mnóstwo różnych systemów – począwszy od gotowania czy łowienia ryb, poprzez rozwój naszego obozu, kończąc na okazjonalnym przełączaniu się na dwójkę innych bohaterów, których niestety potraktowano po macoszemu. Zajmiemy się też łapaniem zbiegów albo szukaniem magicznych ruin i artefaktów.

Nagromadzenie mechanik sprawia, że sterowanie jest trochę przekombinowane i niezbyt wygodne. Przyzwyczajenie się do schematu ruchów, ataków, ciosów, interakcji i zachowań Kliffa wymaga nawet kilku godzin. Niejeden raz wkurzymy się, gdy podskoczymy zamiast podnieść przedmiot leżący na ziemi. Akcje można przypisywać dowolnie do różnych klawiszy klawiatury, niestety zabrakło podobnych opcji dla pada.
Crimson Desert jest grą naprawdę przyjemną dla oka, choć może niektóre efekty pogodowe są przesadzone i nienaturalne. Jednak zasięg rysowania i krajobrazy potrafią tutaj zachwycić. Co najważniejsze – mamy do czynienia ze świetną optymalizacją, która jest w dzisiejszych czasach rzadkością. Za to duży plus dla Pearl Abyss.
W tej produkcji spędzić można nawet 100 godzin. To ogromna gra, w której niektóre elementy są po prostu średnie, ale inne potrafią wciągnąć i przytrzymać na dłużej przy ekranie. Nie jest to może kandydat na grę roku, ale najzwyczajniej w świecie przyjemna ekscytująca przygoda, która daje sporo radości, gdy przyzwyczaimy się do jej bolączek.








