Highguard spotkało się z wielką falą hejtu zaraz po zapowiedzi, a premiera też przysporzyła grze kłopotów. To wcale nie jest jednak najgorsza sieciowa strzelanka ostatnich lat – tylko po prostu nieco pogubiona.
Podstawowe założenia gry są proste. Bierzemy udział w zmaganiach dwóch trzyosobowych lub pięcioosobowych drużyn na sporych mapach, a głównym celem jest zniszczenie bazy wroga. Sterujemy różnymi bohaterami, ponieważ Highguard należy do gatunku tzw. hero shooterów. Każda postać nie tylko wygląda inaczej, ale dysponuje też innymi zdolnościami specjalnymi.
Na początku każdej rundy mamy minutę na zaplanowanie naszych działań i fortyfikację niektórych ścian w naszej bazie, a dopiero potem możemy ją opuścić, by eksplorować mapę. Priorytetem nie jest wtedy wcale walka z przeciwnikami, a raczej szukanie zasobów, za które można kupić przedmioty oraz ulepszenia.
Podczas poruszania się po lokacji trafiamy też na skrzynie z lootem, niczym w grach typu battle royale. Najczęściej znajdziemy tam broń, a arsenał – klasycznie dla wielu strzelanek z łupem – dzieli się kolorystycznie na różne stopnie jakości (zielone, niebieskie, fioletowe i tak dalej).

W trakcie eksploracji możemy też korzystać z wierzchowca, którego przyzywamy błyskawicznie i dosłownie pojawia się on pod nami, sprawiając, że używanie mountów jest szybkie, wygodne i bardzo przydatne. To ciekawy system, szczególnie że z grzbietu konia czy innego czworonoga możemy też walczyć – nawet strzelać.
Sam model strzelania jest naprawdę niezły. Kiedy już dochodzi do wymiany ognia, można poczuć, że za grę odpowiada część deweloperów, którzy w studiu Respawn odpowiadali kiedyś za Apex Legends. Nawet wizualny projekt broni przywodzi momentami na myśl tamtą właśnie produkcję od EA.
W pewnym momencie meczu na mapie pojawia się specjalny miecz – pierwszy poważny powód do rywalizacji. Oręż ten jest niezbędny, by zniszczyć osłonę bazy wroga, więc jego przechwycenie jest niezwykle istotne. Jeśli uda się go zdobyć, należy następnie przedostać się pod siedzibę przeciwnika i użyć miecza w jednym z kilku punktów – wtedy pojawi się ogromny taran, który w ciągu kilkudziesięciu sekund zniszczy barierę.
W takim właśnie momencie strzelaniny stają się najbardziej intensywne. Drużyna atakująca wpada do wrogiej bazy, starając się podłożyć ładunki wybuchowe przy generatorach, a obrońcy przeszkadzają napastnikom. Tutaj najważniejsza staje się koordynacja i praca zespołowa – i w takich chwilach Highguard naprawdę bywa satysfakcjonujące.
Problem w tym, że w grze jest sporo innych momentów, które nie budzą większych emocji. To na przykład pierwsze fazy meczu, kiedy biegamy po mapie i wydobywamy zasoby. Obrona bazy także jest niedopracowana, bo twórcy oferują bardzo skromne możliwości defensywne. Możemy wzmacniać ściany i… to wszystko. Nie ma tu żadnego zastawiania pułapek, ustawiania dodatkowych fortyfikacji. Można odnieść wrażenie, że zmarnowano tu trochę potencjał walki o bazę.
Optymalizacja gry też pozostawia nieco do życzenia. Spełnienie rekomendowanych wymagań sprzętowych wcale nie oznacza, że bez problemu osiągniemy poziom 60 klatek na sekundę, a sporo graczy narzeka też na irytujące crashe. Sytuacja jest już jednak lepsza niż w dniu premiery, a twórcy pracują w pocie czoła nad łatkami.

Ostatecznie, Highguard jest po prostu niezłą grą, która jednak niczym nie zachwyca. Na pewno widać, że deweloperzy słuchają społeczności, więc można mieć nadzieję, że w kolejnych miesiącach wszystkie elementy, które teraz budzą wątpliwości, zostaną zmienione i poprawione. Wtedy będzie można śmiało polecać dołączenie do sieciowych potyczek.








