Diablo IV: Lord of Hatred – recenzja. Powrót Pana Nienawiści w nowej formie

Diablo IV: Lord of Hatred – recenzja. Powrót Pana Nienawiści w nowej formie

Blizzard przyzwyczaił nas do tego, że potrafi reanimować swoje produkcje, ale to, co dzieje się z Diablo IV w najnowszym dodatku Lord of Hatred, przechodzi najśmielsze oczekiwania. Po obiecującym, choć momentami nierównym Vessel of Hatred, nadszedł czas na ostateczne starcie z Panem Nienawiści – Mephisto. Jako zdeklarowana miłośniczka mrocznego, sanktuaryjnego grindu, spędziłam w grze już kilkadziesiąt intensywnych godzin, by sprawdzić, czy nowe rozszerzenie to to, na co czekałam.

Spoiler na start: jest mrocznie, krwawie i… zaskakująco świeżo. Zapraszam do szczegółowej recenzji.

Fabuła: Nienawiść, która trawi od środka

Narracja w Lord of Hatred bezpośrednio kontynuuje wątki pozostawione przez poprzednie rozdziały. Mefisto nie jest już tylko bezcielesnym głosem manipulującym naszymi krokami – ten w końcu zmaterializował się w świecie śmiertelników. Ba, przyjął postać proroka Akarata, a to oznacza, że stał się wilkiem w owczej skórze – bardzo niebezpiecznym wilkiem w owczej skórze, którego słucha ogromne grono zwolenników, zarówno tych ślepych na jego prawdziwą naturę, i nie tylko.

Główny wątek fabularny skupia się na desperackiej próbie powstrzymania Mefista, zanim jego wpływ permanentnie skazi całe Sanktuarium. Scenarzyści świetnie rozegrali motyw psychologicznego wpływu Mefisto na naszych sojuszników. Atmosfera paranoi i nieufności gęstnieje z każdą misją. Przerywniki filmowe to absolutne mistrzostwo świata – Blizzard pod względem CGI wciąż nie ma sobie równych, a finałowa sekwencja zapada w pamięć na długo.

Ale czy wątek fabularny jest idealny? Jak zwykle w serii Diablo – nie. Na pewno pewne wątki można by rozciągnąć w czasie mocniej, tak by ich zwieńczenie było jeszcze bardziej emocjonujące, a niedopowiedzeń było w tej historii mniej. Ale kto wie, być może Diablo 4 otrzyma kolejny dodatek, które je uzupełni.

Nowy region: Egzotyczne i przeklęte Skovos

Nasza podróż w pogoni za Panem Nienawiści prowadzi nas na południe, na legendarny archipelag Skovos. Fani serii doskonale kojarzą to miejsce z zapisków lore oraz jako ojczyznę Amazonek z Diablo II. Wizualnie ten region to absolutny majstersztyk i gigantyczny kontrast dla dotychczasowych lokacji.

Jeśli chodzi o estetykę, to Skovos łączy w sobie architekturę inspirowaną starożytną Grecją z gęstą, nieprzyjazną, tropikalną dżunglą i zdradliwymi, skalistymi wybrzeżami. Chwilowo można się tu poczuć jak w innym hack’n’slashu – Titan Quest. Zapomnijcie jednak o rajskich wakacjach. Wybielone słońcem marmury starożytnych świątyń są tu splamione krwią, a w cieniu antycznych kolumn czają się nowi przeciwnicy.

Skovos to oczywiście nowe Twierdze do oczyszczenia, jaskinie do zwiedzenia i podziemia do pokonania. Muszę jednak przyznać, że akurat podziemia to ta część wysp, która najmniej zapadła mi w pamięć.

Design bossów: Mechaniczna szkoła przetrwania

Czy Blizzard wyciągnął wnioski z przeszłości? A może bossowie w Lord of Hatred to tylko nudne „gąbki na obrażenia”, które wymagają bezmyślnego klikania jednego przycisku? No cóż, i tak i nie.

Każde większe starcie ma oczywiście unikalne mechaniki, wymagające pozycjonowania, zarządzania zasobami i szybkiego reagowania. Walka z Mefisto jest podzielona na dwie zupełnie różne i ciekawe fazy, a druga z nich jest bardzo widowiskowa. Większość starć jest zaprojektowana jednak tak, że przy odpowiednio niskim poziomie trudności (w stosunku do poziomu mocy naszej postaci) boss ginie w dwie sekundy.

Oczywiście w grze możemy podjąć się kilku naprawdę trudnych wyzwań, na przykład walki z Echo Lilith, jednakże tutaj Blizzard przegiął pod innym względem – mechanik, które zabijają na tak zwanego „hita”. Oczywiście to jest problemem tej walki od dawna, ale czemu dalej go nie rozwiązano? Nie wiem. Tym razem można wspomóc się pewnym legendarnym przedmiotem, który rozkłada duże obrażenia w czasie, ale przede wszystkim bardzo trudno go zdobyć i wymaga go trochę szczęścia. Chciałoby się, żeby takie walki nadal były trudne, ale jednocześnie sprawiedliwe, bo trudno żeby sprawiedliwa była walka, w której zabija Cię mechanika, której często nawet nie jesteś w stanie zobaczyć, a zatem i uniknąć.

Nowe klasy: Mroczny pakt Warlocka

Dodatek wprowadził do gry dwie nowe klasy postaci: Paladyna, którego tak w zasadzie można było sprawdzić już nieco wcześniej, oraz Warlocka. Ja nie wypróbowałam jednak jeszcze Paladyna, a całą swoją uwagę i miłość przelałam na Warlocka (Czarnoksiężnika) – i nie żałuję ani minuty.

Warlock w Diablo IV to idealna odpowiedź na potrzeby graczy, którym brakowało mrocznego, okultystycznego archetypu, stojącego w rozkroku między Nekromantą a Czarodziejem. Ta klasa opiera się na trzech głównych filarach:

  • Klątwach i Osłabieniach: Zaszczepianiu wrogom uwiądu, który rozprzestrzenia się na kolejne cele przy ich śmierci.
  • Magii Krwi i Dusz: Wykorzystywaniu żywotności przeciwników do wzmacniania własnych zaklęć oraz mechaniki „Paktu”, gdzie poświęcamy część własnego zdrowia dla potężnego uderzenia.
  • Przywoływaniu niestabilnych bytów: W przeciwieństwie do stałych szkieletów Nekromanty, Warlock przyzywa na pole bitwy agresywne, wybuchające demony i cienie, które istnieją tylko po to, by siać chaos przez ograniczony czas.

Styl gry Warlockiem jest niesamowicie satysfakcjonujący. Rozgrywka nim jest dynamiczna i angażująca, a wizualne efekty czarów, wyglądają fenomenalnie. Podoba mi się też, jak kreatywnie zaprojektowano części jego umiejętności. Na przykład nie sądziłam, że będę mogła po prostu rzucać jako ta postać w przeciwników demonami.

Zmiany w drzewkach umiejętności: Głęboka personalizacja

Wraz z premierą dodatku, podstawowe drzewka umiejętności doczekały się solidnego liftingu. Blizzard nie tylko dodał nowe ścieżki dla dotychczasowych klas, ale przede wszystkim wprowadził tzw. Węzły Synergii.

Teraz modyfikowanie skilli pozwala na tworzenie hybrydowych buildów, które wcześniej nie miały racji bytu, bo zamiast dotychczasowych umiejętności pasywnych dostaliśmy takie, które mocno zmieniają zmieniają naturę wybranych umiejętności. Dzięki temu drzewko stało się bardziej elastyczne, a gracze dostali znacznie większą kontrolę nad mikro-zarządzaniem swoją postacią, co drastycznie zwiększa regrywalność. Oczywiście nie jest ono tak rozbudowane jak w PoE, ale dla mnie to dobrze – wolę prostotę D4.

Najważniejsze jest to, że każda klasa ma teraz do wyboru naprawdę sporo świetnych buildów, które poradzą sobie na najwyższych poziomach trudności. Wejdźcie na takie strony jak Maxroll czy D4 Builds i zobaczcie sami. Oczywiście możecie pobawić się też w tworzenie buildów sami, ale trzeba przyznać, że jest to czasochłonne i wymaga dobrej znajomości gry.

Charmy i Talizmany: Powrót legendy w nowoczesnym wydaniu

Weterani Diablo II z pewnością uronią łzę wzruszenia. Do serii wracają Charmy (Talizmany), ale na szczęście Blizzard nie skopiował bezmyślnie mechaniki, która polegała na zawalaniu całego ekwipunku deseczkami dającymi bonusy.

Jak talizmany działają w Diablo IV? W grze pojawiła się dedykowana, oddzielna zakładka w ekwipunku – Torba na Talizmany. Posiada ona ograniczoną siatkę (grid), do której trafiają znalezione charmy, każdy z nich zajmuje takie samo pole 1×1. Aby jednak aktywować bonusy zapewniane przez charmy, musimy włożyć je do specjalnych slotów widocznych powyżej – z których część jest zablokowana. Ich odblokowywanie umożliwiają specjalne pieczęcie, które również zapewniają dodatkowe statystyki.

Co więcej, charmy mogą też tworzyć zestawy i występować w formie unikatowej, a ta mechanika zapewnia dodatkową warstwę min-maxingu i pozwala jeszcze bardziej wzmacniać nasze buildy.

Kostka Horadrimów: Centrum rzemiosła z prawdziwego zdarzenia

Kolejny ukłon w stronę klasyki i ogromny krok naprzód w kwestii opcji modyfikacji przedmiotów. Kostka Horadrimów powraca jako stały element rozgrywki. To potężne narzędzie pozwala na manipulację przedmiotami na niespotykaną dotąd skalę.

Za pomocą kostki możemy transmutować materiały rzemieślnicze na ich wyższe odpowiedniki, przekuwać statystyki w przedmiotach legendarnych z użyciem specjalnych esencji, dodawać do przedmiotów nowe affixy, wytwarzać potężniejsze runy i nie tylko.

Kostka eliminuje frustrację związaną z posiadaniem ton bezużytecznych surowców i przedmiotów, bo teraz niemal wszystko można przetworzyć w coś wartościowego. W pewnych przypadkach trzeba tylko pamiętać, by modyfikować przedmioty w odpowiedniej kolejności, by nie zamknąć sobie drogi do innych ulepszeń.         

Na marginesie, w obecnym sezonie na pewno nie można narzekać na nadmiar jednego surowca – klejnotów. Serio, Blizzard powinien znacznie zwiększyć ich droprate, podobnie jak fragmentów klejnotów, bo mimo że spędziłam kilkadziesiąt godzin na graniu moim Warlockiem, jestem daleko od stworzenia mojego pierwszego Królewskiego Diamentu, a co dopiero jeszcze mocniejszych wariantów jakiegokolwiek klejnotu.

Odpoczynek od rzezi: Łowienie ryb w Sanktuarium?

Tak, dobrze czytacie. Blizzard zdecydował się na wprowadzenie minigry, która na pierwszy rzut oka kompletnie nie pasuje do ponurego świata Sanktuarium – łowienia ryb. I wiecie co? Według mnie ta faktycznie nie pasuje do Diablo IV. Osobiście nic nie skusiło mnie do tego, by łowić ryby w tej grze kiedykolwiek po wykonaniu zadań wprowadzających tę mechanikę do gry. Przynajmniej na ten moment poprzez łowienie ryb nie możemy nijak wzmocnić naszej postaci, no więc nie ma ona większego sensu.

Endgame: Plany Wojenne czyli miecz obosieczny

Dla każdego szanującego się gracza Diablo, prawdziwa gra zaczyna się po napisach końcowych. Lord of Hatred całkowicie przebudowuje strukturę endgame’u, bo wprowadza tak zwane Plany Wojenne. To nowy, dynamiczny system aktywności. Za każdym razem decydujemy jak nasz plan ma wyglądać, klikając na dostępne opcje widoczne na wygenerowanej ścieżce. Może on wyglądać na przykład tak – najpierw Nightmare Dungeon, potem Pit, potem Podziemia Kurast, potem Helltide, a potem Lair Boss.

Za wykonanie Planu Wojennego czekają nas dodatkowe nagrody. Ponadto dzięki nim poszczególne endgame’owe aktywności możemy modyfikować z użyciem dedykowanych drzewek rozwoju.

Problem jednak w tym, że w ramach planu nie możemy wykonać na przykład 5 podziemi, bo jeśli podejmiemy się takiego „farmienia” aktywności” te dodatkowe nagrody przegapimy. Właśnie dlatego widzę tę nowość jako miecz obosieczny, bo jednak jest ona w pewien sposób ograniczająca.

Podsumowanie – Bilans nienawiści

Diablo IV: Lord of Hatred to rozszerzenie pełne interesujących kontrastów. Z jednej strony Blizzard udowodnił, że potrafi słuchać społeczności, serwując nam genialnie zaprojektowaną klasę Warlocka, powrót upragnionej Kostki Horadrimów oraz świetnie zaadaptowany system Talizmanów, który nie zagraca już całego ekwipunku. Z drugiej strony, niektóre nowości i dawne grzechy potrafią wywołać lekką frustrację.

Mimo spędzenia kilkudziesięciu intensywnych godzin w nowym sezonie, ekonomia dropu klejnotów potrafi zabić zapał do min-maxingu, a minigra w łowienie ryb okazuje się całkowicie zbędnym dodatkiem, który kompletnie nie pasuje do mrocznego klimatu Sanktuarium. Największe obawy budzi jednak endgame – choć Plany Wojenne miały urozmaicić rozgrywkę, dla purystów gatunku lubiących tradycyjne, powtarzalne farmienie jednej aktywności mogą okazać się zbyt ograniczającą klatką.

W ogólnym rozrachunku dodatek broni się jednak grubą warstwą mechanicznej świeżości. Węzły Synergii dały nam elastyczność bez niepotrzebnego komplikowania drzewka na wzór Path of Exile, a Skovos zachwyca swoją grecko-tropikalną estetyką, nawet jeśli tamtejsze podziemia nie zapadają w pamięć. To solidny, niezwykle grywalny krok naprzód dla całej franczyzy. Ja w nowym dodatku bawię się świetnie, ale zapewne będzie tak tylko do czasu – do momentu, w którym moją uwagę przykuję inna gra.

Recenzja World of Warcraft: Midnight. Czy warto wrócić do odświeżonego Quel’Thalas?

Recenzja World of Warcraft: Midnight. Czy warto wrócić do odświeżonego Quel’Thalas?

To fascynujące, jak bardzo zmieniło się podejście do World of Warcraft w ciągu ostatnich dwóch lat. Kiedyś gracze unikający raidów i podziemi Mythic+ byli obywatelami drugiej kategorii. Dzisiaj sytuacja wygląda zupełnie inaczej, zwłaszcza po premierze najnowszego dodatku – World of Warcraft: Midnight. Blizzard nie tylko utrzymał kurs obrany w The War Within, ale wręcz go zabetonował, czyniąc z najnowszego dodatku absolutne arcydzieło dla osób, które cenią swój czas i preferują samotną walkę z siłami Pustki.

Oto recenzja Midnight z mojej perspektywy – perspektywy gracza, który odpuścił pogoń za cyferkami, by po prostu cieszyć się światem gry i zanurzyć się w klimacie Quel’Thalas.

Spis treści

Witajcie w Silvermoon

Ach tak, Blizzard nie zabiera nas w Midnight na żaden nowy kontynent, a pozwala w końcu wrócić na północne krańce Wschodnich Królestw, a to pierwsza z jego h zalet. Quel’Thalas zostało odświeżone i jest jeszcze bardziej monumentalne, choć królestwo krwawych elfów musi się teraz mierzyć z nowym wyzwaniem – inwazją zapoczątkowaną przez Xal’atath. Czuć tu zarówno historię i potęgę elfów, jak i grozę nadciągającej Pustki.

Krainy w Midnight są zaprojektowane z myślą o opowiadaniu historii samym otoczeniem. Widok Słonecznej Studni (Sunwell), wokół której niebo dosłownie pęka pod wpływem energii Voidu, zapiera dech w piersiach. Ghostlands w końcu zostało „uleczone” – no, w większości. Zul’Aman to już nie instancja a pełnoprawna kraina. Otrzymaliśmy też nowy, podziemny obszar Harandar zamieszkiwany przez Haranir, a także mroczny, eteryczny Voidstorm. Eksploruje się je z przyjemnością, zwłaszcza że latanie na szczęście jest tu odblokowane od samego początku.

Co ważne, nowe krainy wyglądają pięknie. Wysoka rozdzielczość tekstur robi robotę. Pochwalić muszę też muzykę, która jest naprawdę klimatyczna. Najbardziej klimatyczne i nostalgiczne utwory są jednak zarezerwowane dla tej części Quel’Thalas, którą może odwiedzać wyłącznie Horda. Szkoda.

Fabuła i Questy: jest nieźle, ale mogło być lepiej

Wątek fabularny nowego dodatku chyba najtrudniej ocenić obiektywnie. Myślę, że nie każdemu spodoba się kierunek obrany przez Blizzard, ale mnie on przypadł do gustu. Główna kampania obraca się oczywiście wokół prób stawiania czoła Pustce i Xal’atath, ale duże znaczenie mają też konflikty na Azeroth, także te wewnętrzne – konflikt Arathora z jego ojcem, konflikt Allerii z mieszkańcami Silvermoon, konflikt krawych elfów z Armią Światłości, konflikt krawych Elfów z Trollami Amani itp. Co ciekawe, kampania stara się pokazywać, że Światłość nie jest synonimem dobra, choć czasem robi to w dość pokraczny sposób.

Myślę jednak, że zadania poboczne są w najnowszym dodatku ciekawsze niż główna kampania. Dlaczego? Dlatego, że pozwalają lepiej poznać mieszkańców Wschodnich Królestw, a także historię miejsca znanego dziś jako Voidstorm czy Harandaru. Wprowadzają też naprawdę interesujące nowe postaci, takie jak Tul’amar czy Taemin.

Wśród zadań nadal nie brakuje typowych dla WoWa questów typu zabij x mobów, ale na szczęście są one przeplatane innymi formami. To powiedziawszy, chciałoby się, żeby Blizzard w końcu podszedł do sprawy jeszcze kreatywniej.

System Prey i inne nowości

Porozmawiajmy teraz o nowych systemach wprowadzonych w Midnight. Chyba najważniejszym jest system Prey. Na czym on polega? W skrócie wybieracie elitarny cel, na który chcecie polować w otwartym świecie, a potem na niego polujecie, mierząc się z nim w starciach o trzech poziomach trudności. Trzeba przy tym uważać, żeby samemu nie zostać upolowanym. To oczywiście okazja do zdobycia specjalnych nagród, w tym lepszych przedmiotów i elementów kosmetycznych. Nieco urozmaica on rozgrywkę, ale fajne jest to, że to aktywność zupełnie opcjonalna – jeśli nam się znudzi, nie musimy się w nią więcej zagłębiać.

W grze obowiązują także inne specjalne wydarzenia. Co tydzień możemy jak zwykle pokonywać „world bossów”, wykonywać kolejne world questy i nie tylko. Każda kraina ma też unikalny dla siebie event, choć muszę przyznać, że nie każdy przypadł mi do gustu. Stormarion Assault odbywający się w Voidstorm jest niebywale… nudny. Unikam go jak ognia. Polega na bezmyślnym odpieraniu fal wrogów przez 15 minut. Uhh.

Muszę też niestety zauważyć, że część eventów powoduje w grze ogromne lagi. Jeśli też grasz w Midnight i zastanawiasz się, skąd w grze takie opóźnienie, to odpowiadam: w krainie, w której jesteś odbywa się event pod nazwą Abundant Harvest i akurat wykonuje go raidowa grupa graczy. Jeśli chcesz uniknąć tych lagów, przenieś się do innej krainy. Nie stoi za nimi Twój Internet.

Moja ulubiona część dodatku (poza questami) – Delves

Pamiętacie Delvy (Delves, nawet nie wiem jak to tłumaczyć na polski)? To instancje, które można pokonywać w grupie do 5 graczy, albo solo – i za to je lubię, bo mimo że WoW jest grą multiplayer, to użeranie się w niej z innymi ludźmi bywa męczące. Delvy pozwalają progresować w grze w spokoju, bez presji, zwłaszcza że niezależnie od ich poziomu, nie goni nas w nich żaden licznik.

Nowy zestaw tych instancji jest bardzo zróżnicowany i co ważne – to już nie tylko jaskinie, ale też bardzo otwarte przestrzenie. Naszym towarzyszem nie jest już Brann Bronzebeard, a Valeera Sanguinar, która dla mnie jest znacznie ciekawszą postacią. Oczywiście każdy z Delve’ów ma kilka rotujących wersji, które dodatkowo urozmaicają rozgrywkę. Aha, jeśli lubicie grać wieloma altami, to wspomnę, że w Delvach możecie zdobywać gear dla aktualnego bohatera, a przy okazji też dla tych pozostałych, potrzebujących innego typu uzbrojenia.

Przy okazji dodam, że w Midnight system Warband osiągnął swoją ostateczną formę. Prawie wszystko jest teraz współdzielone między postaciami na koncie. Reputacja, waluty, bank, a nawet postępy w niektórych questach. Blizzard w końcu zrozumiał, że jeśli chcę zagrać Altem, to chcę się bawić nowymi umiejętnościami, a nie powtarzać przez 20 godzin te same czynności, by odblokować dostęp do nowych funkcji dodatku.

A jak oceniam nowe podziemia i raidy? Po po opinie o raidach odsyłam Was do innych graczy. Ja ledwie je musnęłam. Podobnie jest w przypadku podziemi, choć w nim spędziłam nieco więcej czasu. Na pewno chciałabym, by moby rozmieszczone między bossami miały zdecydowanie mniej życia, bo są zbyt czasochłonne. Poza tym niektóre podziemia mają zbyt wiele nietypowych mechanik. To, jak ocenicie Wasz czas spędzony w Dungeonach będzie jednak w dużej mierze zależał od tego, na jakich graczy traficie w swojej drużynie.

Werdykt: Czy warto wrócić?

Słuchajcie, na to pytanie trudno odpowiedzieć. World of Warcraft: Midnight na pewno nie jest dla każdego i najlepiej jeśli sami spróbujecie w nim swoich sił, by się o tym przekonać. Ja się jednak bawię w nim dobrze, a przynajmniej na razie. Dobra wiadomość jest taka, że oferuje on coś (prawie dla każdego) – nowe zadania dla miłośników warstwy fabularnych, Delvy dla tych, którzy lubią solowe aktywności, a także nowe podziemia i raidy dla miłośników progresji i cyferek.

I casualowy, i hardkorowy gracz się tu odnajdzie. Blizzard w końcu zrozumiał, że ich baza graczy się zestarzała. Nie każdy ma już czas na pięciogodzinne raidy trzy razy w tygodniu. To powiedziawszy, sporo rzeczy można by tu poprawić, na czele z cotygodniowymi eventami i lagami.

Stadium to najlepsze, co trafiło do Overwatcha 2 – opinia

Stadium to najlepsze, co trafiło do Overwatcha 2 – opinia

Overwatch 2 nie został przyjęty przez graczy zbyt ciepło, a to rzecz jasna nie miało miejsca bez powodu. Ba, deweloperzy z Blizzarda na przestrzeni rozwoju tej produkcji wielokrotnie rozczarowali graczy. Raz, że ceny skórek dostępnych w sklepie w grze od samego początku porażały (i porażają dalej), a dwa że nigdy nie doczekaliśmy się obiecywanej pierwotnie sigleplayerowej kampanii.

Teraz, po latach mogę jednak śmiało powiedzieć, że Overwatch 2 jest naprawdę dobrą grą, pod pewnymi względami lepszą niż Overwatch. Bardzo miło spędzam w niej czas przez kilka ładnych godzin każdego tygodnia, zwłaszcza że w ostatnim czasie otrzymała ona świetny, nowy tryb rozgrywki. Mam oczywiście na myśli tryb Stadium (czyli Stadion). Jak już wspomniałam w tytule, ten tryb to najlepsze, co dotychczas spotkało Overwatch 2, a w niniejszym artykule wyjaśnię, dlaczego.

Spis treści

Czym jest Stadion?

No właśnie, zwłaszcza niezaznajomionym z tematem warto na wstępie wytłumaczyć, czym jest tryb Stadium, zwany po polsku Stadionem, i czym różni się od pozostałych trybów dostępnych w Overwatchu 2. W skrócie jest to tryb, który wywraca zasady Overwatcha do góry nogami. Możecie w nim bowiem zapomnieć o zmienianiu bohatera w trakcie meczu, dostępie do 43 bohaterów i stosowaniu klasycznych kontr – w nim taki Genji nie jest już tak kiepski przeciwko Moirze czy Zarii. Na tym jednak nie koniec różnic. Ba, to tylko czubek góry lodowej.

Musicie też wiedzieć, że w trybie Stadion gra się na przestrzeni wielu rund, rozgrywających się na różnych mapach, dążąc do uzyskania czterech zwycięstw – oczywiście w potyczkach 5 na 5. Podczas meczu gracze zdobywają specjalną walutę, a co rundę mogą wydawać ją na przeróżne ulepszenia ich mocy w tak zwanej Zbrojowni – ulepszenia wpływające na broń, zdolności lub przeżywalność bohatera. Co więcej, na początku na początku pierwszej, trzeciej, piątej i siódmej rundy można wybrać dodatkowe, darmowe moce. Na przykład, dzięki nim Reinhardt może mieć tarczę zwiększającą obrażenia przelatujących przez nią pocisków, Kiriko klonować się, a Mei zamieniać w wielką, toczącą się kulę lodu.

Istotne jest to, że darmowych mocy nie można wymieniać na inne, a płatne ulepszania można w dowolnym momencie sprzedać, by zastąpić je innymi – droższymi i lepszymi. Wszystko to zmusza to tworzenia buildów z głową i odpowiedniego dostosowywania ich do sytuacji w danym meczu.

Na ten moment w trybie Stadium można wcielić się w 18 bohaterów, a potyczki toczą się na kilku, specjalnie przygotowanych mapach. Niektóre z nich wyglądają znajomo, bo Stadium wykorzystuje na przykład pomniejszoną wersję map Koloseum oraz Tron Anubisa. Ciekawostką jest to, że Stadion daje możliwość rozgrywki w perspektywie trzecioosobowej. Można się w nim jednak przełączyć na perspektywę jednoosoboową, co sama zrobiłam, bo taka odpowiada mi bardziej.

Aha, musze jeszcze dodać, że Stadion jest trybem rankingowym, jednak z rankingiem oddzielnym od tego będącego częścią trybu Rywalizacja. Jego istotną cechą jest to, że w randze Świeżak i Nowicjusz utrata postępów jest wyłączona. Ponadto na początku każdego sezonu rangi Stadionu mają być resetowane, a więc wszyscy gracze będą musieli zaczynać od samego dołu – rangi Świeżak.

Okej, ale pomówmy o tym, dlaczego tryb Stadion tak bardzo przypadł mi do gustu

Dlaczego tak dobrze się w nim bawię? Po pierwsze to po prostu nowe doświadczenie – coś, czego Overwatch nie miał wcześniej do zaoferowania. W szybkiej grze i w trybie Rywalizacji możemy od niedawna ulepszać bohaterów specjalnymi perkami, ale nie pozwalają one wpłynąć na rozgrywkę daną postacią tak, jak moce w Stadionie.

Dzięki mocom umiejętności poszczególnych bohaterów możemy rozbudować w dowolną stronę w każdym kolejnym meczu, a to bardzo mocno urozmaica rozgrywkę i zmusza do strategicznego myślenia. Na przykład, raz możemy postawić na Reinhardta osłaniającego drużynę szczególnie dużą tarczą, a raz na Reinhartha podpalającego przeciwników swoim młotem, przy czym musimy pamiętać, by w pierwszym przypadku przez naszą tarczę miał kto strzelać. Żołnierz może albo niszczyć wrogów rakietami, albo udawać gracza z aimbotem, albo leczyć siebie i sojuszników mobilnym polem biotycznym. Z kolei Moira może przytłaczać wrogów swoimi orbami czy dręczyć postaci wsparcia z przeciwnej drużyny wzmocnionym biotycznym chwytem.

Taki system kupowania mocy może kojarzyć się z tym, co ma w zanadrzu League of Legends, ale nie powiedziałabym, że Stadion to Overwatch 2, ale w postaci gry MOBA. To wciąż hero shooter, w którym walka toczy się o realizację wyznaczonych celów i w którym brak mechaniki niszczenia struktur.

Stadium wygrywa też tym, że każdy mecz składa się z wielu rund rozgrywanych na przeróżnych mapach. W trym trybie nie utkniemy na 20 minut na znienawidzonej mapie typu Push (Przepychanka). Raz znajdziemy się na mapie typu Kontrola, raz na mapie typu Starcie, a raz właśnie na mapie typu Push. To zwiększa dynamikę rozgrywki, a poza tym jest kolejnym czynnikiem urozmaicającym zabawę. Dynamikę rozgrywki zwiększa też fakt, że mapy w trybie Stadion są mniejsze niż w pozostałych trybach. Czas powrotu do walki z punktu odrodzenia jest zatem skrócony.

Wiecie co? Podoba mi się to, że na start Stadion oferował tylko 17 bohaterów, a w tej chwili oferuje ich 18. Jest to bowiem tryb na tyle nowy i tak chaotyczny zwłaszcza dla nowego gracza, że nie wyobrażam sobie uczenia się panujących w nim zależności między aż 43 postaciami.

Nie może być idealnie

Oczywiście że tryb Stadion ma pewne wady, które mogą odstraszać część graczy. Przede wszystkim, rozgrywka w tym trybie może trwać naprawdę długo – nawet 30 minut. W związku z tym sama sięgam po niego, gdy wiem, że przez najbliższy czas nic nie będzie zakłócać mojego spokoju. I tak zdarzyło mi się, że musiałam wyjść z gry w trakcie meczu, a to skończyło się zawieszeniem mnie w trybie Stadium na kilka kolejnych godzin.

Kolejny problem to balans. Niektóre postaci są znacznie silniejsze niż inne. Poza tym każdy bohater ma do dyspozycji lepsze i gorsze buildy. Brak idealnego balansu może być jednak jednym z czynników, który sprawia, że ten tryb daje tak dużą frajdę. Poza tym widać, że twórcy gry nieustannie pracują nad tym, by ten balans zmieniać i dopracowywać.

Podsumowanie

Stadium to prawdziwy powiew świeżości w Overwatchu 2 – coś, co wreszcie sprawia, że chce się do tej gry wracać częściej i z większą ekscytacją. To tryb, który z jednej strony znacząco zmienia podstawowe zasady rozgrywki, a z drugiej nie odbiera jej tożsamości hero shootera.

Dzięki dynamicznym mapom, systemowi budowania postaci i strategicznemu podejściu do wyboru mocy, każda potyczka w Stadionie jest unikalna i pełna emocji. Jasne, nie jest to tryb bez wad – długość rozgrywek czy niedoskonały balans mogą irytować – ale mimo wszystko Stadium dostarcza tyle radości i świeżości, że z czystym sumieniem mogę nazwać go najlepszym, co spotkało Overwatcha 2 od momentu jego premiery.

World of Warcraft – The War Within to najlepszy dodatek dla samotnych graczy (recenzja)

World of Warcraft – The War Within to najlepszy dodatek dla samotnych graczy (recenzja)

Najnowszy dodatek do World of Warcraft jest dostępny już od dłuższego czasu, ale mimo to wielu z Was wciąż może się zastanawiać czy warto go wypróbować. Wiecie co? Tak, warto to zrobić, nawet jeśli nie jesteście przesadnie zainteresowani rozgrywką wieloosobową. Już wyjaśniam, dlaczego.

Spis treści

The War Within w skrócie

W World of Wacraft niewątpliwie gra pewien odsetek młodych graczy. Zdecydowana większość graczy tego MMO to jednak te osoby, które wraz z tą grą dorosły, porzuciły szkołę na rzecz pracy, a nawet stały się rodzicami. Z własnego doświadczenia wiem, że takie osoby często już po prostu nie mają czasu, by godzinami spędzać czas w rajdach z innymi graczami, czy tkwić po 20-40 minut bez przerwy w podziemiach Mythic+. Dlatego rozgrywka w WoWie mogła być dla nich na przestrzeni ostatnich lat bardzo frustrująca.

Na ratunek przychodzi najnowsze rozszerzenie do World of Warcraft, czyli The War Within. Jest to bowiem rozszerzenie, które przynosi całe mnóstwo nowych systemów dedykowanych samotnym graczom, cierpiącym na niedobór wolnego czasu. Na wstępie powinniście też jednak wiedzieć, że The War Within to rozszerzenie ciekawe pod względem fabularnym. Jego fabuła obraca się bowiem wokół postaci Xal’atath, znanej również jako Ostrze Czarnego Imperium lub Heroldka Pustki (ang. Blade of the Black Empire, Harbinger of the Void). Ta tajemnicza istota przez wieki była zamknięta w rytualnym ostrzu, a w ostatnim czasie, kiedy została uwolniona, sprzymierzyła się z Iridikronem i z jego pomocą zdobyła artefakt zwany Mrocznym Sercem. Potem udała się do Khaz Algar i sprzymierzyła się z nerubianami z Azj-Kahet, by utworzyć nową armię i posiąść Duszę Świata Azeroth, by sprowadzić na ten świat wiekuistą ciemność.

W ramach rozszerzenia my także udajemy się do Khaz Algar, by spróbować Xal’atath powstrzymać, odwiedzając przy okazji nowe krainy i zdobywając nowych sprzymierzeńców.

Świat, który robi wrażenie

Khaz Algar to naprawdę piękna i zróżnicowana kraina. Składa się ona z wyspy Dorne oraz trzech podziemnych obszarów. Obszary te są bardzo duże i wypełnione treściami po brzegi. Ponadto nie brakuje w nich pięknych widoków. Na szczególną uwagę zasługuję Hallowfall, natomiast pozwólcie, że umożliwię Wam samemu odkryć, dlaczego.

Co ważne, mimo że trzy nowe regiony umieszczone są pod ziemią, nigdy nie czułam się w nich klaustrofobicznie. Sufit jest bowiem umieszczony w każdym z nich bardzo wysoko. Z resztą, ich stylistyka także odgrywa w tej kwestii rolę.

Nowe regiony w World of Warcraft nie obeszłyby się rzecz jasna bez mnóstwa nowych NPCów.  W obszarach tych możemy trafić na wiele barwnych postaci, będących reprezentantami nowych sił dodatku. Na początku trafiamy na nową rasę Earthen, ale moim zdaniem Blizzard zrobił najlepszą robotę w przypadku frakcji Arathi oraz mieszkańców Azj-Kahet.

Fabularnie jest więcej niż dobrze

The War Within stawia naprawdę duży nacisk na opowiadanie historii, nie tylko tych większych, ale i mniejszych. Blizzard zadbał bowiem o to, aby i nowa kampania fabularna była ciekawa i wciągająca, a jednocześnie skonstruował bogatą siatkę zadań pobocznych, które uzupełniają „lore” nowych obszarów wprowadzonych w dodatku i ich mieszkańców. Te zadania poboczne pozwalają też dokładniej poznać szereg nowych bohaterów, którzy odgrywają istotną rolę w samej kapanii.

W moim odczuciu przynajmniej na razie historia opowiadana tu przez Blizzarda jest bardziej interesująca i spójniejsza niż w dwóch ostatnich rozszerzeniach. Podczas zabawy chce się bowiem śledzić poczynania zarówno tych złych, jak i dobrych postaci. Osobiście jestem bardzo ciekawa, gdzie zabierze nas The War Within, wraz z pozostałymi dwoma dodatkami, które mają wchodzić w skład Sagi Dusz Świata.

Rozgrywka i endgame, przy którym chce się zostać na trochę dłużej

Pod wieloma względami rozgrywka w The War Within nie różni się mocno od tego, z czym mieliśmy do czynienia w ostatnich rozszerzeniach. Dalej polega ona bowiem na wykonywaniu kolejnych questów (a potem też World Questów), eksploracji świata, a także walce w podziemiach. Blizzard wprowadzał kilka nowych typów zadań, ale są one raczej rzadkością. Dobra wiadomość jest jednak taka, że obszary dodatku od początku możemy błyskawicznie przemierzać latając, ale co ważne, Dragonflying został zamieniony na Skyriding i można korzystać z niego nie tylko na smokach, ale i pozostałych latających mountach. Jeśli jednak tego chcemy, w grze możemy aktywować też klasyczne pasywne latanie.

W The War Within najbardziej cieszy to, że gra otrzymała nowy typ endgame-owej rozgrywki. W ramach endgame’u możemy już nie tylko raidować, pokonywać kolejne poziomy trudności podziemi Mythic+, czy brać udział w rankingowych rozgrywkach PvP, ale też pokonywać tak zwane Delvy (ang. Delves). Delvy to w zasadzie mini podziemia, do których można udawać się samodzielnie lub w maksymalnie 5-osobowej grupie.

W Delvach świetne jest właśnie to, że można grać w nie samodzielnie, bez stresu o to, że ktoś zaraz wyjdzie z naszej grupy, albo zacznie się wobec nas toksycznie zachowywać. Kolejną ich zaletą jest natomiast, że można je kończyć w 15-20 minut, a podczas zabawy w nich nie goni nas żaden timer. Towarzyszą im też pewne elementy progresji, a nawet linia fabularna. Na przykład, w Delvach pomaga nam Brann Bronzebeard, dla którego możemy zdobywać ulepszenia ekwipunku i który na drodze pokonywania kolejnych Delve’ów leveluje.

Trzeba też dodać, że Delvy są pełnoprawnym sposobem na zdobywanie w sezonie coraz to lepszego ekwipunku. Pokonywanie Delvów przyczynia się też do wypełniania cotygodniowego skarbca, a im wyższy poziom trudności uda się nam pokonać, tym lepsze nagrody w każdą środę.

Oczywiście, endgame’owi w The War Within towarzyszy ulepszanie reputacji z różnymi frakcjami, w zamian za co możemy odblokować przeróżne nagrody, głównie kosmetyczne. To na szczęście przebiega w miarę naturalnie i wcale nie trzeba grindować, by prędzej czy później osiągnąć maksymalny poziom każdej z reputacji.

Podsumowanie

World of Warcraft to MMORPG, które na przestrzeni lat mocno się zmieniło. Oczywiście nie każda zmiana, która była wprowadzona do tej gry, została pozytywnie oceniona przez graczy, ale pojawiło się w niej też wiele takich, które naprawdę doceniono. W The War Within zmian na lepsze pojawiło się szczególnie dużo i dlatego rysuje się ono na jedno z najlepszych rozszerzeń do World of Warcraft, w mojej ocenie lepszych niż Dragonflight.

MMORPG Blizzarda nadal nie jest najprzyjaźniejszym MMO dla nowych graczy, ale dzięki nowościom wprowadzonym w The World Within, stało się przynajmniej przyjaźniejsze dla tych, którzy pragnęli unikać presji i stresu wynikającego z udziału w aktywnościach wieloosobowych takich jak Mythic+ czy rajdy. Teraz takie osoby mogą chłonąć w WoWie jeszcze więcej treści, zdobywając najpotężniejsze wyposażenie.

Rzecz jasna o wielu nowościach, które pojawiły się w World of Warcraft: The War Within, w ogóle tu nie wspomniałam. Ten dodatek to też bowiem nowe talenty dla każdej z klas postaci, nowa rasa postaci, ułatwienia w zbieraniu transmogryfikacji, a także tryb dla osób z arachnofobią. Poza tym rasa Dracthyr już wkrótce doczeka się możliwości rozgrywki więcej niż jedną klasą postaci. Jak więc widać, dla tego rozszerzenia warto choć na chwilę odnowić swoją subskrypcję.

Wszystko co musisz wiedzieć o The War Within, kolejnym dodatku do World of Warcraft

Wszystko co musisz wiedzieć o The War Within, kolejnym dodatku do World of Warcraft

Na rynku, a przynajmniej w ramach wczesnego dostępu, zadebiutował już kolejny dodatek do MMO RPG Blizzarda, World of Warcraft, czyli dodatek znany jako The War Within. Ale co powinieneś o nim wiedzieć? Specjalnie dla Ciebie zebraliśmy w jednym miejscu najważniejsze informacje na jego temat.

Spis treści

Zarys fabuły

Fabuła rozszerzenia The War Within obraca się wokół niejakiej Xal’atath, znanej również jako Ostrze Czarnego Imperium lub Heroldka Pustki (ang. ) Blade of the Black Empire, Harbinger of the Void. Ta tajemnicza istota przez wieki była zamknięta w rytualnym ostrzu, a w ostatnim czasie, kiedy została uwolniona, sprzymierzyła się z Iridikronem i z jego pomocą zdobyła artefakt znany Mrocznym Sercem.

Teraz, po zebraniu lojalnym Czarnemu Imperium i Pustce sił, udała się do Khaz Algar i sprzymierzyła się z nerubianami z Azj-Kahet, by utworzyć nową armię i posiąść Duszę Świata Azeroth, by sprowadzić na ten świat wiekuistą ciemność. My, gracze, rzecz jasna spróbujemy ją powstrzymać, odwiedzając przy okazji nowe krainy i zdobywając nowych sprzymierzeńców.

Nowe obszary

W World of Warcraft: The War Within, wybierzemy się do Khaz Algar, podziemnego kontynentu zlokalizowanego w pobliżu zachodnich wybrzeży Pandarii. Ta kraina jest ojczyzną dla Earthern – starożytnej rasy krasnoludów wykutej przez tytanów z żywego kamienia ale nie tylko. Jedną z części Khaz Algar, znaną jako Azj-Kahet, zamieszkują bowiem Nerubianie sprzymierzeni z Xal’atath.

Pozostałe nowe obszary wchodzące w skład Khaz Algar to Isle of Dorn, The Ringing Deeps oraz Hallowfall. Stolicą rasy Earthen jest zaś miasto Dorongal, które w nowym dodatku jest główną siedzibą zarówno dla graczy Przymierza, jak i Hordy.

Nowa rasa postaci

Earthen są nie tylko nową rasą postaci niezależnych, ale również nową rasą sprzymierzoną, którą w trakcie rozgrywki zrekrutujemy w nasze szeregi, zarówno po stronie Przymierza, jak i Hordy. To oznacza że z czasem będziemy mogli stworzyć postać o rasie Earthen.

Jaką klasą zagramy jako Earthen? W skład tej listy wchodzi aż 9 klas, a są nimi łowca, mag, mnich, paladyn, kapłan, łotrzyk, szaman, czarnoksiężnik oraz wojownik. Warto też dodać, że jak każda rasa, Earthen mają własne cechy rasowe. Jedna z nich sprawia, że bazowy pancerz z założonych przedmiotów ma być w ich przypadku zwiększony o 10 procent. Ponadto Eartheni mają zdobywać więcej punktów doświadczenia za eksplorację.

Ach ten endgame

Ważną częścią każdego dodatku do World of Warcraft są nie tylko te treści, którymi możemy się cieszyć podczas levelowania postaci, ale również te, których możemy doświadczać po zdobyciu maksymalnego poziomu doświadczenia. No właśnie, co The War Within zaoferuje w tej kwestii?

Oczywiście, niedługo po premierze wystartuje pierwszy sezon dodatku, który pozwoli graczom udać się do podziemi Mythic 0, stanąć do walki z nowymi World Bossami, wziąć udział w rankingowych rozgrywkach PvP oraz udać się do pierwszego Raidu na poziomach normalnym i heroicznym – raidu o nazwie Nerub-ar Palace.

W sumie World of Warcraft: The War Within oferuje na start osiem nowych podziemi, a są to:

  • Ara-Kara, City of Echoes (poziomy 70-80)
  • Priory of the Sacred Flame (poziomy 70-80)
  • The Rookery (poziomy 70-80)
  • The Stonevault (poziomy 70-80)
  • Cinderbrew Meadery (poziom 80)
  • City of Threads (poziom 80)
  • Darkflame Cleft (poziom 80)
  • The Dawnbreaker (80)

Należy jednak zaznaczyć, że tylko część tych podziemi będzie częścią 1 sezonu Mythic Plus. W ramach Mythic Plus będziemy zmagać się w podziemiach Ara-Kara, City of Echoes; City of Threads; The Stonevault oraz The Dawnbreaker, a także kilku starszych podziemiach – Mists of Tirn Scithe, The Necrotic Wake, Siege of Boralus oraz Grim Batol.

W ramach engame’u w The War Within udamy się również do tak zwanych krypt (ang. Delves). Będą to specjalne przygody, w których będziemy mogli wziąć udział w pojedynkę lub w kilkuosobowych grupach, a nawet z towarzyszem w postaci NPC. Postawią one przed nami bossów do pokonania, zagadki do rozwiązania i nie tylko, ale za tym wszystkim ma skrywać się godny wysiłku „loot”.

Nowości dla graczy, które grają więcej niż jedną postacią

Jeśli kiedykolwiek grałeś w World of Warcraft, to zapewne więcej niż jedną postacią. Jeśli należysz do graczy, którzy mają problem z pozostaniem przy jednej postaci na stałe, to wiedz, że w The War Within granie wieloma postaciami będzie przyjemniejsze niż kiedykolwiek. Ba, to stało się wyjątkowo przyjemne w zasadzie już jakiś czas temu, a to dlatego, że prepatch do tego rozszerzenia wprowadził do gry tak zwany system Warbands.

Warbands to system, który pozwala współdzielić postępy – renomę, osiągnięcia, kolekcje transmogów itd. Między wieloma postaciami na koncie Battle.net, niezależnie od frakcji. Dzięki niemu postacią, która może nosić zbroje tylko ze skóry, możecie odblokowywać transmogi innych typów uzbrojenia. Dzięki niemu renomy raz zdobytej w dodatku Dragonflight nie musicie zdobywać ponownie na kolejnej postaci, a to tylko niektóre z jego zalet. Mam jednak nadzieję, że Blizzard w przyszłości ten system ulepszy i pozwoli dzielić w jego ramach również reputację z wszystkich poprzednich rozszerzeń.

Inne zmiany godne uwagi

Oczywiście, w dodatku The War Withinn wprowadza do swojego MMO RPG również szereg innych istotnych nowości, a oto niektóre z nich:

  • Rozszerzenie nowej mechaniki latania z dodatku Dragonflight na pozostałe wierzchowce, nie tylko na smoki (pod nazwą Skyriding)
  • Talenty heroiczne
  • Gildie międzyserwerowe
  • Nowe oznaczenia na mapach
  • Nowy wygląd księgi zaklęć
  • Tryb dla arachnofobów

World of Warcraft: The War Within – data premiery

Premiera dodatku The War Within do World of Warcraft została wyznaczona na poniedziałek, 26 sierpnia 2024 roku. Warto jednak dodać, że w strefie czasowej CEST, w której znajduje się Polska, wrota dodatku otworzą się w zasadzie dopiero o północy, w nocy z 26 na 27 sierpnia.

Oczywiście nie można też zapominać o tym, że osoby, które zakupiły „epickie” wydanie gry mogły zacząć zabawę w rozszerzeniu wcześniej, bo już 22 sierpnia. Niemniej, mityczny poziom podziemi i kilka innych funkcjonalności, zostaną odblokowane dla wszystkich graczy dopiero później. 1 sezon WoW: The War Within zaplanowano na 1 września, czyli na 2 tygodnie po premierze dodatku.

Przypominamy, że do gry w World of Warcraft potrzebna jest subskrypcja. Za dostęp do rozszerzenia The War Within trzeba ponadto dodatkowo zapłacić. W wydaniu podstawowym kosztuje ono 49,99 euro, w wydaniu heroicznym 69,99 euro, a w wydaniu epickim 89,99 euro. Zawartość każdego z wydań poznasz, odwiedzając stronę internetową producenta.

Overwatch 2 na Steamie: zalew negatywnych opinii po premierze

Overwatch 2 na Steamie: zalew negatywnych opinii po premierze

Overwatch 2 zadebiutował na Steamie w ramach najnowszej inicjatywy Blizzarda, a jego premiera spotkała się z masową krytyką ze strony graczy. W ciągu pierwszego dnia od wydania gry blisko 6000 recenzji użytkowników spowodowało, że otrzymała etykietę „W większości negatywna”.

Nowa strategia Blizzarda, polegająca na udostępnianiu swoich tytułów na platformie Valve, miała przyciągnąć nowych fanów. Jednak decyzje podjęte w ciągu ostatniego roku, w tym kontrowersyjne przechodzenie z pierwszej części Overwatch do drugiej i rezygnacja z obiecanych trybów PvE Hero, spowodowały burzę niezadowolenia. Kluczowe zarzuty graczy dotyczą głównie dodatkowych opłat za nowych bohaterów czy misje, które wcześniej były dostępne bez dodatkowych kosztów. Wielu recenzentów wydaje się być długoletnimi fanami gry, co podkreśla wagę ich frustracji.

Niektóre z opinii zawierają memy, grafiki ASCII czy nawet rekomendacje konkurencyjnych gier. Jest też wspomnienie o pewnym bohaterze – Hanzo, którego obecność dla jednego z użytkowników jest tak irytująca, że czyni całą grę nieatrakcyjną.

Jednak nie wszystkie opinie są całkowicie negatywne. Nowy bohater wsparcia, Illari, zdobywa uznanie wśród graczy, a niektóre misje fabularne również zbierają pozytywne recenzje – chociaż zdaniem wielu nie są warte swojej ceny.

Czy Blizzard będzie w stanie odwrócić tę negatywną falę i przywrócić zaufanie swoich graczy?

Pierwszy sezon Diablo 4 – co to będzie?

Pierwszy sezon Diablo 4 – co to będzie?

Już 20 lipca rozpocznie się pierwszy sezon w Diablo 4 – czyli dodatkowy content do gry, która przecież nie ma nawet pełnych 2 miesięcy. Developerzy z Blizzard Studio dbają o graczy i o to, żeby produkt cały czas żył… i był dochodowy. Wraz z premierą sezonu pojawią się także Battle Passy w cenie 10 USD, które dają dostęp do poziomów premium, przedmiotów i składników do zakupu sezonowych Błogosławieństw. Na razie przewidziane są 4 sezony, każdy trwający trzy miesiące. 

Co jednak ciekawego kryje się w pierwszym sezonie Diablo 4? 

Sezon Plugawców – Season of Malignants to nazwa pierwszego sezonu do Diablo 4. Sanktuarium znów zostaje zagrożone – jeszcze gorsze i dziksze potwory niż ostatnio zaatakowały to święte miejsce i naszym celem będzie oczywiście odparcie tej inwazji. Głównym rozdającym zadania będzie kapłan Carmond. Pojawią się oczywiście nowe przedmioty, aspekty i nowa mechanika Plugawych Serc, które będzie można umieszczać w przedmiotach tak jak klejnoty. Serc ma być 32 sztuki i będzie można je zdobyć od specjalnych Splugawionych bossów. Co jeszcze w nowym sezonie? 

  • Potwory na poziomie elitarnym będą miały szansę odrodzić się jako wariant „Częściowo Splugawiony” i upuścić Plugawe Serce, które spowoduje pojawienie się jeszcze potężniejszego „Całkowicie Splugawionego” wroga, którego trzeba pokonać, żeby Serce.
  • Biżuteria i Plugawe Serca w trakcie sezonu mają trzy możliwe kolory, które muszą pasować, aby mogły zostać sparowane.
  • Plugawe Tunele na całym świecie będą miejscem pozyskiwania Plugawych Serc z wyższym odsetkiem zarażonych wrogów.
  • Menu podróży sezonowej zawiera rozdziały z celami i premiami za ukończenie sezonu.
  • Nowy boss Varshan the Consumed będzie czaił się w Plugawych Tunelach.
  • Sezon przyniesie 6 nowych unikatowych przedmiotów i 7 legendarnych aspektów
  • Gdy zmienisz postać z Wiecznego Królestwa na postać sezonową, zachowasz całą mgłę wojny, którą oczyściłeś z mapy, zdobytą reputację i odblokowane Ołtarze Lilith.
Diablo IV Beta – Ashava: gdzie i kiedy znajdziesz world bossa

Diablo IV Beta – Ashava: gdzie i kiedy znajdziesz world bossa

Nadchodzi kolejna runda beta testów Diablo IV. W jej ramach gracze po raz kolejny będą mogli stawić czoła tak zwanemu world bossowi znanemu jako Aszawa (ang. Ashava). Ale kiedy Aszawa będzie pojawiać się w świecie gry i grze będzie można ją wówczas znaleźć? Spieszymy z wyjaśnieniami.

Aszawa – czasy respawnów

Boss Aszawa odradza się w najbardziej wysuniętej na wschód części Strzaskanych Szczytów, czyli w obszarze o nazwie Tygiel. Podczas najbliższych beta testów monstrum to pojawi się po raz pierwszy 12 maja o godzinie 18:00 czasu polskiego, a potem będzie odradzać się co trzy godziny. W związku z tym tabelka czasów odrodzenia Aszawy prezentuje się następująco.

DataCzasy odrodzenia (CEST)
13 maja18:0021:000:00
14 maja3:006:009:0012:0015:0018:00


Zawartość powyższej tabeli oznacza, że będziecie mieli mnóstwo czasu na to, aby podczas najbliższego weekendu udać się do Tygla i pokonać Aszawę z grupą innych graczy. Tak, nie jest to przeciwnik, którego będziecie w stanie pokonać sami. Co istotne, podczas rozgrywki na strzaskanych szczytach, 30 minut przed odrodzeniem Aszawy, na ekranie wyświetli się o tym informacja, dzięki czemu będziecie mieli dużo czasu, by dostać się na miejsce.

Gdy Aszawa się już pojawi, będziecie mieli 15 minut na to, aby ją pokonać. To chyba dość sporo czasu.

Czym Aszawa się charakteryzuje? Dysponuje ona dwoma ostrzami, którymi próbuje zagarniać wielu graczy na raz. Kluczem jest to, aby trzymać się blisko jej nóg, gdzie podczas tego ataku ostrza nie sięgają. Dodatkowo potworzyca regularnie rozpyla kwas, próbuje pochwycić graczy swą paszczą, szarżuje w różnych kierunkach i nie tylko.

Zachęta do wzięcia udziału w wydarzeniu

Podczas najbliższych beta testów naprawdę warto pokonać Aszavę. Blizzard zapowiedział bowiem, że każdy gracz, który wbije dowolną postacią 20 poziom doświadczenia i zabije tego World Bossa, otrzyma specjalną nagrodę.

Wspomniana nagroda to trofeum wierzchowca Lament Aszawy. Dodatkowo, gracze którzy nie brali udziału w poprzednich beta testach i tym razem będą mieli okazję zdobyć tytuł Pierwsza Ofiara za dotarcie do Kiwosadu jedną postacią oraz tytuł Wczesny Odkrywca i przedmiot ozdobny Wilcze Nosidło Bety za awansowanie na poziom 20. jedną postacią.

Diablo IV Server Slam – kiedy?

Kolejna runda beta testów Diablo IV, czyli wydarzenie Server Slam, wystartuje 12 maja o godzinie 21:00 czasu polskiego. Testy zakończą się 14 maja o godzinie 21:00 czasu polskiego. Będzie można wziąć w nich udział zarówno na komputerach z systemem Windows, jak i konsolach Xbox Series X|S, Xbox One, PlayStation 5 i PlayStation 4.

Na konsolach w Diablo IV będzie można grać w kanapowym trybie współpracy. Co więcej, gra będzie obsługiwać rozgrywkę i progresję międzyplatformową.

Oczywiście, po zakończeniu beta testów utworzone i wylevelowane postacie przepadną. Po premierze Diablo IV będziesz musiał stworzyć zupełnie nowe.

 Diablo 4 – kolejne testy w maju

 Diablo 4 – kolejne testy w maju

Blizzard Entertainment ogłosili, że to nie koniec testów Diablo 4. Będziemy więc mogli jeszcze raz pograć w kolejną betę w dniach 12-14 maja. W sumie nic dziwnego, po poprzednich testach posypała się lawina uwag i twórcy obiecali, że wezmą je sobie do serca.

Kolejne testy Diablo 4 mają na celu sprawdzenie różnych elementów rozgrywki, takich jak system walki, balans postaci, a także mechanikę rozwoju bohaterów. Wszystko po to, by zapewnić graczom doskonałe doświadczenie podczas ostatecznej wersji gry. Blizzard zdaje sobie sprawę, że oczekiwania fanów są ogromne, dlatego w trakcie testów będą zbierane opinie i uwagi graczy, które mogą pomóc twórcom udoskonalić produkt. W przeszłości studio było krytykowane za podejście do swoich premier, takich jak słynny „BlizzCon 2018”, kiedy to zapowiedzieli Diablo Immortal – grę mobilną, która nie spotkała się z entuzjastycznym przyjęciem społeczności.

Diablo IV – wszystko, co Blizzard powinien ulepszyć po beta testach

Diablo IV – wszystko, co Blizzard powinien ulepszyć po beta testach

Beta testy Diablo IV niewątpliwie były sukcesem. W grę z chęcią zagrały wówczas miliony graczy, którzy wypróbowali dostępne klasy postaci, poznali fabułę pierwszego aktu, zaznajomili się z mechanikami rozgrywki i nie tylko. Testy pozwoliły im przekonać się, czy Diablo IV ma szansę być dobrą produkcją i co Blizzard może w niej jeszcze poprawić.

No właśnie, co Blizzard może, a nawet powinien w Diablo IV poprawić? Istnieje kilka aspektów, nad którymi naszym zdaniem warto byłoby w jego przypadku popracować przed premierą. Oto one.

Personalizacja postaci

Diablo IV nie dość, że pozwala nam wybrać płeć każdej z postaci, to zmodyfikować jej wygląd. Niemniej jednak w tym zakresie możliwości są przynajmniej na razie dość ograniczone. Blizzard powinien mocno poszerzyć liczbę dostępnych fryzur, kolorów włosów, kolorów oczu i innych elementów. Marzeniem wielu graczy byłaby też opcja zmiany budowy ciała bohaterów, tak aby każdy mógł być tak szczupły jak nekromanta albo tak umięśniony jak barbarzyńca.

Balans rozgrywki

Jasne, podczas beta testów Diablo IV nie mogliśmy przekonać się, jak będzie wyglądać endgame gry. W związku z tym na razie trudno przewidzieć, jak silna będzie każda z postaci na maksymalnym poziomie. W trakcie levelowania różnice w sile bohaterów są jednak zbyt duże, by można je było zaakceptować. Czarodziejka i Nekromanta z łatwością pokonują wszystkich elitarnych przeciwników, podczas gdy Druid nieustannie walczy o przetrwanie.

Optymalizacja

W trakcie beta testów przekonaliśmy się, że Blizzard musi jeszcze dopracować optymalizację Diablo IV. Mimo, że dysponowaliśmy komputerem o bardzo mocnej konfiguracji i że skorzystaliśmy w grze z funkcji DLSS, regularnie zdarzały się w niej spadki klatek. Było to dość irytujące, zwłaszcza podczas walk z silnymi przeciwnikami – wtedy spadki zwiększały ryzyko na poniesienie porażki. Nie wyobrażaliśmy sobie w związku z tym grania póki co postaciami hardkorowymi.

Niepotrzebne elementy MMO

Świat Diablo IV mocno różni się od świata Diablo III. To nie tylko dlatego, że akcja Diablo IV rozgrywa się w innych obszarach Sanktuarium, ale również dlatego, że w świecie Diablo IV możemy spotkać mnóstwo innych graczy. Gra nie pozwala stworzyć rozgrywki prywatnej, co zdaniem wielu osób powinno się zmienić. Po pierwsze – niektórzy gracze po prostu wolą grać zupełnie samotnie. Po drugie, czasem obecność wielu graczy w pobliżu powoduje lagi.

Brak sterowania WASD

Jasne sterowanie postacią za pośrednictwem lewego przycisku myszy to coś charakterystycznego dla serii Diablo, które było częścią Diablo I, Diablo II i Diablo III. Desktopowa wersja Diablo Immortal oddała jednak w ręce graczy alternatywny tryb sterowania, z pomocą klawiszy WASD. Niektórym graczom ten alternatywny tryb bardzo się spodobał i dlatego chcieliby zobaczyć go w Diablo IV. Niestety nie był on częścią beta testów.

Interfejs

Interfejs Diablo IV prezentuje się bardzo ładnie, natomiast wymaga on zmian w kwestii lokalizacji niektórych okienek i elementów. Ich obecna lokalizacja jest bowiem nieintuicyjna, w związku z czym trudno je znaleźć albo ich znalezienie jest niepotrzebnie pokomplikowane. Poza tym, w ustawieniach gry powinno znaleźć się kilka dodatkowych opcji, na przykład opcja włączenia wewnętrznego licznika FPS.

Muzyka podczas walk z bossami

Nie zrozumcie nas źle. Diablo IV jest świetnie udźwiękowione i posiada świetną, klimatyczną muzykę. W Diablo IV brakuje jednak epickiej muzyki dedykowanej walce z bossami. Do dziś doskonale pamiętam muzykę towarzyszącą walce z Maltaelem czy Diablo w Diablo 3. Brak takiej muzyki w Diablo IV sprawia, że walki z bossami znacznie gorzej zapisują się w pamięci.

Spore pole do popisu

Jak widać, deweloperzy Diablo IV mają do premiery co robić – o ile oczywiście wezmą feedback graczy pod uwagę. Co Wam nie podobało się w Diablo IV podczas beta testów. Co Waszym zdaniem Blizzard powinien w grze zmienić? Dajcie znać w komentarzach.