FIFA 21 – recenzja. Odgrzewany kotlet może smakować dobrze

FIFA 21 – recenzja. Odgrzewany kotlet może smakować dobrze

Test gry FIFA 21 to niezwykle duże wyzwanie. Po premierze każdej nowej odsłony gry z tego cyklu błyskawicznie powstają obozy fanów i zagorzałych krytyków efektów prac EA Sports. Powiedzmy sobie otwarcie: FIFA 21 w pełni zasługuje na krytykę, ale przejawem ignorancji byłoby nie kierowanie pod jej adresem wielu ciepłych słów.

Seria FIFA od wielu lat uznawana jest przez graczy za najlepszy symulator piłki nożnej tak na konsole, jak i komputery osobiste. Złośliwi mówią, że to głównie dlatego, że konkurencji… po prostu nie ma. Czy w kategorii oponenta można bowiem rozpatrywać serię Pro Evolution Soccer? Proszę Was. Problem związany z taką sytuacją polega na tym, że Electronic Arts nie musi robić wiele, aby dobrze sprzedać swój produkt. I trudno oprzeć się wrażeniu, że FIFA 21 będzie sprzedawała się doskonale wyłącznie dlatego, że to FIFA – nie zaś dlatego, że to produkcja wybitna.

FIFA 21 to różne drobne zmiany. Czy na lepsze? Z jednej strony, bramkarzy nie da się już łatwo pokonywać strzałami w okolice słupka. Z drugiej, w wyniku dziwnego buga piłkarze o wysokiej umiejętności podkręcania piłki mogą strzelać im bramki z rzutów różnych. Ze 100-procentową skutecznością! Ba, bramkarze w tej edycji wydają się wyjątkowo niechętnie bronić strzały, a z lobami radzą sobie bardzo rzadko.

Mam wrażenie, że EA udało się lepiej niż w FIFA 20 odwzorować statystyki piłkarzy na boisku. Piłkarze dobrze wyszkoleni technicznie czarują na murawie w zdumiewający sposób, ci z wysokim współczynnikiem podań dokonują koncertowych zagrań w uliczkę, a zawodnicy specjalizujący się w strzałach głową nie raz dokonują cudów. Ogólnie trudno oprzeć się wrażeniu, że EA poprawiło grę w ataku, a całkowicie odpuściło… defensywę. Zachowanie obrońców i bramkarzy w trybie rozgrywki wieloosobowej potrafi doprowadzić do szału. Hokejowe wyniki w FUT są na porządku dziennym. Czy to tylko moje wrażenie?

W grze ofensywnej wprowadzono nowość w postaci wykorzystania SI do konstruowania akcji dwójkowych. Odpowiednia kombinacja klawiszy lub przycisków LS i RS na padzie (tak, grałam na padzie z Xboxa One na Windowsie 10 – nie wyobrażam sobie inaczej) zaprzęga do pracy piłkarza kontrolowanego przez sztuczna inteligencję, który po uprzednim podaniu mu piłki odegra ją w taki sposób, by skutecznie minąć piłkarzy przeciwnika. To gracz za pomocą klawisza decyduje kiedy piłkarz sterowany przez komputer odegra mu piłkę. Wymaga to trochę wprawy, ale… działa!

Jak zawsze do tej pory, granie na padzie jest jedyną sensowną formą zabawy w FIFĘ. Kontrolowanie ruchów piłkarzy za pomocą myszki i klawiatury? Nie, lepiej nie. Nie ma za grosz właściwego „feelingu”. Spróbowałam raz (zrzut ekranu poniżej) i po kilku chwilach miałam dość.

Innowacje nie ominęły najważniejszego z trybów gry. Tak, mam tu na myśli FUT, w którym dodano grę w trybie kooperacji, w której obu graczy dostaje nagrody. Matchmaking z jakiegoś powodu nie istnieje (dlaczego?), więc jesteście zdani w całości na swoich znajomych. Z FIFA 21 zniknęły karty fitness i treningu. Dla mnie to zmiana na lepsze. Inną korektą poprawiającą jakość zabawy jest możliwość personalizacji stadionu, czy nawet przydomku wymawianego przez komentujących spotkania panów Szpakowskiego i Laskowskiego. Polski komentarz jest na tym samym poziomie, co zawsze. Jaki to poziom? Odpowiedzcie sobie sami, okej? 🙂 Zrobi wrażenie na casualowym graczu, ale „hardkorowcom” szybko się znudzi.

Na osobny akapit zasługuje zmiana na gorsze w postaci triku związanego z dwukrotnym wciśnięciem klawisza RB. Bazujące na współczynniku „pace” podania na dobieg niejednokrotnie pozwolą Wam zdobyć bramkę, ale także doprowadzą do szału, gdy to przeciwnik będzie z nich korzystał. Wydaje mi się, że któraś z nadchodzących aktualizacji powinna zmienić coś w tej kwestii.

Po raz n-ty w serii FIFA doskonale prezentują się wszelkiego rodzaju animacje. Balans ciała, dryblingi, sposób dogrywania i oddawania piłki, strzały… Świetnie to wygląda, zwłaszcza na powtórkach! Aż żal ściska cztery litery na myśl o tym, że oprawa graficzna FIFA 21 na PC nie wygląda tak dobrze, jak wyglądała będzie ta w wersji przeznaczonej na konsole nowej generacji. Niestety, FIFA 21 wygląda jak FIFA 20, która już w momencie swojej premiery mówiąc delikatnie nie szokowała oprawą wizualną. Kaman, EA, stać Was na więcej!

FIFA 21 nie jest grą stworzoną z myślą o zabawie ze sztuczną inteligencją. Na niskich poziomach trudności z łatwością rozpykacie komputerowego przeciwnika, nawet jeśli Wasze umiejętności nie są wysokie. Satysfakcja? Zerowa. Na najwyższym poziomie z kolei SI gra tak dobrze, że poczujecie się jakbyście próbowali kiwać się z Cristiano Ronaldo lub Robertem Lewandowskim. Niby moglibyście to zrobić, gdybyście dostali taką szansę, ale po co psuć sobie humor? FIFA 21 to doskonała gra kanapowa i wyzwanie w trybie FUT. To nie jest produkcja do zabawy w trybie jednoosobowym… chyba, że wciągnie Was kampania.

Podsumowanie

Jeśli posiadacie grę FIFA 20, nie widzę absolutnie żadnego powodu, dla którego miałabym Wam polecać nabycie nowszej wersji gry. FIFA 21 w wersji na komputery osobiste jest niczym więcej, niż odgrzanym (smacznym) kotletem z zeszłego roku, którego to dla odświeżenia doprawiono pieprzem i solą, a później posypano koperkiem. EA wprowadziła jedynie kosmetyczne usprawnienia w FUT i trybie menadżerskim, odświeżyła składy i… to by było na tyle. FIFA 21 to ciekawa i dostarczająca mnóstwa frajdy w trybie multi propozycja. Kupcie ją, o ile po gry z tej serii sięgaliście ostatnio kilka lat temu.

Posiadacze konsol PS 4 i Xbox One mogą liczyć na darmowe ulepszenie nabytej gry do wersji „next-genowej”, tworzonej odrębnie z myślą o konsolach nowej generacji. Co z użytkownikami komputerów osobistych? Przykro mi to mówić, ale potraktowano nas po macoszemu. Dlaczego #pcmasterrace nie zostali uraczeni tą właśnie ulepszoną wersją? Przecież nie chodzi tutaj o wydajność komputerów. O co więc? Może Wy macie jakiś pomysł, bo mi nie wypada wysuwać zbyt daleko idących wniosków.

Na pocieszenie powiem tylko tyle, że dobrze, że FIFA 21 na PC nie jest tym samym co FIFA 21 w wersji na konsole Switch. Wyobraźcie sobie, że FIFA 21 na tę platformę to wersja Legacy, czyli FIFA 20 z odświeżonymi składami, która… rok temu była wersją Legacy i była odświeżoną wersją gry FIFA 19! Tak, FIFA 21 na konsolki Nintendo Switch to tak naprawdę przypudrowana FIFA 19. Wstyd EA, wstyd.

Mocne strony:Słabe strony:
najlepszy symulator piłki nożnejjedna z najlepszych gier kanapowychwciągający tryb multiplayerumiejętności piłkarzy mają odzwierciedlenie na boiskumnóstwo efektownych trikówsatysfakcjonujący dryblinginteresujący tryb kariery……z wieloma ważnymi zmianami…… i trybem symulacji rodem z Football Manageramizerne zmiany w stosunku do FIFA 20oprawa graficzna jest już nieco przestarzałabrak licencji niektórych klubównudne mecze z komputerembłędy w polskim komentarzu, strojach i inne drobne bugi

Ocena ogólna: 7/10

Laptop Lenovo Legion Y540 – recenzja laureata konkursu „Zostań Testerem”

Laptop Lenovo Legion Y540 – recenzja laureata konkursu „Zostań Testerem”

Oto druga recenzja powstała w ramach konkursu „Zostań testerem laptopa Lenovo Legion”. Tym razem chodzi o recenzję laptopa Lenovo Legion Y540 – recenzję, której autorem jest laureat konkursu, Mirosław Ziora.

Skrupulatny opis sprzętu jest rezultatem 3-tygodniowych testów. Czy laptop Lenovo Legion Y540 przypadł naszemu testerowi do gustu? Przekonajcie się sami.


Laptop Lenovo Legion Y540-17IRH to w miarę niedrogi sprzęt gamingowy, który ma wiele zalet ale też nie ustrzegł się kilku drobnych wad, które w ostatecznym rozrachunku nie mają większego wpływu na jakość, wydajność i design sprzętu. Przechodząc do konkretów:

Budowa i obudowa

Każdy fan gamingu spodziewa się, że laptop do gier musi być ciężki, grubaśny i pokaźnych rozmiarów jak strongman podczas spaceru farmera. Tymczasem po rozpakowaniu Legiona, naszym oczom ukazuje się 17 calowy, elegancki laptop, który o dziwo jest lekki, cieniutki i niepozorny. Waży niecałe 3 kg i bez problemu można go spakować do plecaka czy torby. Gabaryty nie świadczą zatem o przeznaczeniu tego sprzętu do gier. Świadczy o tym natomiast przód obudowy matrycy z charakterystycznym, częściowo podświetlonym logiem. O dziwo górna pokrywa laptopa nie brudzi się i nie zbiera odcisków palców.

Zestaw dostępnych złączy jest wystarczający. Z prawej i lewej strony mamy po 1 wejściu USB 3.1, plus jeszcze jedno z tyłu. Z lewej umieszczono złącze słuchawkowe. Do tego laptop posiada 1 port USB typu C z tyłu, zabezpieczenie Kensington, mini DisplayPort 1.4, HDMI 2.0, RJ-45 oraz wejście na zasilacz. Nie jestem przyzwyczajony do sprzętu z wejściami z każdej strony, a tutaj ich umiejscowienie o dziwo powoduje, że korzystanie jest wygodne.

Aby uzyskać niewielką wagę i rozmiary, z laptopa pozbyto się kilku (dla większości) zbędnych elementów. Nie znajdziemy w nim np. napędu optycznego. Firma uznała najwidoczniej, że już nikt nie instaluje oprogramowania z płyt. Osoby, które jednak wolą korzystać z tradycyjnej formy instalowania programów czy też oglądania filmów, muszą mieć to na uwadze.

Bardzo przemyślaną rzeczą jest rozmieszczenie 4 otworów wentylacyjnych po rogach laptopa. Ma to według zapewnień producenta usprawnić obieg powietrza i rzeczywiście, podczas grania klawiatura laptopa była przyjemnie chłodna dzięki zastosowaniu technologii Legion Coldfront. Niestety nie można tego powiedzieć o spodzie komputera, który bardzo się nagrzewa.

Matryca laptopa zasługuje na osobny akapit zachwytów, jest bowiem bardzo przemyślana. Jest to 17,3 calowy ekran Full HD, który nie posiada cieniutką ramkę po bokach i u góry, a kamerkę umieszczono na dolnej krawędzi, co pozwoliło jeszcze bardziej zoptymalizować jego wymiary. Sama kamerka to dla mnie też plus, bo posiada bardzo praktyczny suwak przesłony do zasłaniania jej i odsłaniania w razie potrzeby. Jest to bardzo fajny bajer, dzięki któremu nie trzeba już prowizorycznie zaklejać kamerki. Całość daje wrażenie elegancji i prostoty, nie jest przekombinowana.

Urządzenia wejścia

Klawiatura Lenovo, jak przystało na laptopa do gier, jest pełnowymiarowa. Muszę jednak przyznać, że trochę czasu zajęło mi przyzwyczajenie się do rozmieszczenie części numerycznej klawiszy. W trakcie grania reagowała bardzo dobrze, a same klawisze wydawały się solidne i przyjemne w dotyku.

Podświetlenie klawiatury w białych barwach jest ukłonem w stronę osób anty-RGB i ma jeden poziom intensywności. Mnie to odpowiada w zupełności i nie razi po oczach tęczowymi barwami. Wpisuje się to idealnie w elegancką stylistykę Legiona. Oczywiście samo podświetlenie można włączyć i wyłączyć odpowiednim skrótem.

Płytka dotykowa reagowała dobrze, nie była za czuła ani też zbyt toporna. Pod nią umieszczono 2 przyciski również dobrze działające.

Obraz

Jak już wcześniej wspomniano, Y540 jest wyposażony w 17,3 calowy ekran Full HD. Posiada matową matrycę i wyświetlacz IPS o rozdzielczości 1920 x 1080 pikseli i odświeżaniu 144 Hz. Antyodblaskowy ekran spełnia swoje zadanie i wyświetlane treści są widoczne nawet w pełnym słońcu.

Osiągi

Pora na najważniejsza kwestię w laptopie gamingowym – osiągi. Lenovo Legion Y540-17IRH w tej kwestii oferuje dokładnie to, czego potrzebuje każdy fan gamingowych doświadczeń. Potężny mobilny procesor Intel Core i7 9 generacji idealnie pasuje do układu graficznnego Nvidia GeForce RTX 2060 o dużej mocy, co zapewnia płynną, komfortową grę na najwyższych ustawieniach w wymagające graficznie gry AAA. Bazowe taktowanie wynosi 2,6 GHz, a turbo 4,5 GHz.

Testy 3DMark pozwoliły osiągnąć naszemu Legionowi dobre 5 705 pkt.

Testy PCMARK dały wynik 5 3030 pkt.

Same cyferki jednak nie odzwierciedlają w pełni potęgi tej machiny i wrażeń, jakie zapewnia podczas użytkowania. Do własnych testów wybrałem grę Assassin’s Creed Odyssey. Laptop sprostał zadaniu i gra działała na nim bez zgrzytów na ustawieniach ultra w średnio 44 FPS (jak wykazał benchmark testowy w grze). Realnie nie dało się odczuć wyraźniejszych spadków w płynności rozgrywki.

Głośność

Zastosowane w laptopie głośniki produkcji Harman obsługują technologię Dolby Atmos for Gaming. Jakość dźwięku jest bardzo dobra, zarówno w grach jak i odtwarzanej muzyki. Przyznaję, że przekroczyły moje oczekiwania.

Wpływ na otoczenie

W tej kwestii laptop nie ustrzegł się kilku minusów.

Poziom hałasu podczas intensywnego korzystania jest dosyć wysoki. Działające na pełnych obrotach wentylatory potrafią głośno pracować, co jest trochę uporczywe, ale jak do wszystkiego z czasem można się przyzwyczaić.

Z temperaturą bywa różnie. 4 otwory wentylacyjne miały zagwarantować, że chłodzenie laptopa będzie optymalne. I rzeczywiście, klawiatura podczas intensywnego użytkowania była przyjemnie chłodna za sprawą technologii Legion Coldfront. Niestety nie można tego powiedzieć o spodzie laptopa, który pod obciążeniem nawet przez podkładkę potrafił dosyć mocno grzać. W spoczynku i przy mało intensywnym użytkowaniu laptop pozostawał chłodny.

Podsumowanie

Laptop Lenovo Legion Y540 przypadł mi bardzo do gustu, zarówno dzięki eleganckiej stylistyce, niewielkim wymiarom jak i osiągom. Sprzęt jest smukły, lekki i zgrabny. Nikt na pierwszy rzut oka by nie pomyślał, że jest to laptop gamingowy. A taki rzeczywiście jest, gdyż najnowsze gry AAA działają na nim dobrze na najwyższych ustawieniach detali.

Największym minusem laptopa jest jego kultura pracy pod obciążeniem. Zarówno temperatura na spodzie laptopa, jak i hałas, potrafią dać się we znaki.

Laptop wart jest zakupu jeżeli ktoś szuka smukłego i lekkiego sprzętu gamingowego. Nie jest to ciężka „kobyła”. którą strach ruszać z obawy przed bólem pleców, ale właśnie sprzęt przenośny, czyli taki jaki powinien być z definicji i założenia laptop

Laptop Lenovo Legion Y740 – recenzja zwycięzcy konkursu „Zostań testerem”

Laptop Lenovo Legion Y740 – recenzja zwycięzcy konkursu „Zostań testerem”

W czerwcu miłośnicy elektronicznej rozrywki zyskali niepowtarzalną okazję – okazję przetestowania mocnego, gamingowego laptopa marki Lenovo Legion. Nadarzyła się ona za sprawą naszego konkursu „Zostań testerem laptopa Lenovo Legion”, którego laureaci otrzymali 21 dni na przekonanie się, co potrafią urządzenia z serii Legion Y740 lub Y540 oraz szansę podzielenia się ze światem opinią na ich temat w formie własnej recenzji.

Dziś publikujemy jedną z takich recenzji, która powstała na drodze konkursu. Jest to rzecz jasna recenzja jego zwycięzcy – Dawida Szwarca, który w świetny sposób – barwnie, śmiesznie i szczerze, opisał laptop Lenovo Legion Y740. Dawid, dopiero rozpoczynający swoją karierę pisarską, jest uczniem jednego z wielkopolskich liceów, interesującym się między innymi informatyką i technologią.

Przykład Dawida pokazuje, że naprawdę warto brać udział w naszych konkursach. Notabene, już niedługo odbędzie się kolejna edycja konkursu „Zostań testerem”, w którym będzie mógł wykazać się każdy z Was.

Nie przedłużając, zapraszamy do lektury!


Przez ostatnie trzy tygodnie miałem okazję użytkować laptopa Lenovo Legion Y740 15-IRHg zarówno podczas pracy, jak i czasu wolnego. Poznałem go niemal tak dobrze, jak zaznajomić się można z obsługą przeciętnego tostera w dwadzieścia jeden dni. Sprawdzałem, mierzyłem, porównywałem, eksperymentowałem, aby w końcu móc przedstawić wam moją opinię na temat tego sprzętu. Poniżej podzieliłem ją na kilka sekcji, aby każdy znalazł coś na swój ząb. Jeśli z jakiegoś powodu nie macie czasu, by przeczytać ją całą, dam wam cenną radę, przejdźcie od razu do punktu siódmego. Podziękujecie później.

1. Ekran

Muszę przyznać, że tu jestem pozytywnie zaskoczony. Ta matryca jest jak Syriusz wśród gwiazd. Bardzo jasna, aż do 500 nitów, do tego matowa, przez co nawet w najjaśniejszych warunkach oświetleniowych nie miałem problemu, żeby dokładnie widzieć wyświetlaną zawartość. Powiem więcej. Ten ekran jest niczym spadający Syriusz, co zawdzięcza swojej olbrzymiej płynności. 144Hz naprawdę robi robotę, której nie widać na ekranach o niższej częstotliwości odświeżania. Świetne kolory, wspaniała rozdzielczość FHD. Podsumowując, ekranowi 15,6” daję olbrzymi plus.

2. Wydajność

Gdybym założył, że poprzedni akapit był długi jak przeciętna kiełbasa śląska, ten będzie długości dwóch podwawelskich. Przetestowałem laptopa na grze Minecraft w różnych warunkach ze stałą odległością renderowania wynoszącą 16 chunków. Korzystałem z tekstur 32×32 oraz shaderów Beyond Belief na wersji 1.16.1. Jeśli chodzi o jasne statystyki ilości klatek na sekundę, w świecie domyślnym było to ok. 250 fps bez shaderów, z podłączonym zasilaniem; 140 fps bez shaderów na baterii; 60 fps z shaderami, z podłączonym zasilaniem oraz ok. 20 fps z shaderami na baterii. Można z tego łatwo wywnioskować, że wszystkie konfiguracje oprócz ostatniej są jak najbardziej grywalne i gwarantują płynną rozgrywkę bez zakłóceń. Procesor Intel Core i7-9750H oraz karta graficzna NVIDIA GeForce RTX 2070 Max-Q radzą sobie tu bardzo dobrze, nie mam większych zastrzeżeń.

Sprawdziłem wydajność sprzętu również pod względem montażu filmów. 16 GB pamięci RAM, jakimi dysponuje laptop to właściwie niedużo jak na tę czynność, ale i tu okazało się, że myliłem się znacznie. Bez problemu zmontowałem kilkuminutowy materiał, z efektami specjalnymi w każdej z kilkunastu scen. Szybkość renderowania jest tu zawrotna, sprzęt z łatwością by w tym wyścigu zdublował moją prywatną jednostkę z 8 GB pamięci RAM i 2 GB pamięci karty graficznej.

To był ostatni gryz naszej kiełbasy podwawelskiej, gdyż chyba w tym aspekcie wszystko już opowiedziałem. A jeśli nie, z pewnością znajdziecie to niżej.

3. Klawiatura

„Zbędny gadżet” – pomyślałem, dowiadując się o wielokolorowym podświetleniu klawiatury w otrzymanym laptopie. Może tak, ale wręcz zakochałem się w funkcji śledzenia audio; zapewniam, że gdybyście i wy mieli okazję tego doświadczyć, byłaby to miłość od pierwszego wejrzenia. Oprócz tego, klawiatura daje naprawdę ogrom możliwości konfiguracji. Kolor każdego klawisza, jak i ujść powietrza oraz logo z tyłu można wybrać indywidualnie, aby w żadnym miejscu klawiatury nie wystąpił ten sam kolor. Są również funkcje takie jak zależność koloru podświetlenia od temperatury procesora lub karty graficznej, a domyślnym ustawieniem jest tęczowa spirala. Kontrolować można także trzy poziomy jasności podświetlenia, które pozwoliłem sobie nazwać „jasny”, „bardzo jasny”, a także „ultrajasny”.

Cóż, jak wydobyłem z siebie już tę cząstkę dzieciaka zafascynowanego tymi wszystkimi funkcjami, czas przejść do rzeczy bardziej praktycznych. Czas reakcji klawiatury jest tak mały, że nie zdążyłem wziąć wdechu, kiedy zauważyłem, że nie zauważyłem tego czasu. Po prostu jest on wręcz niewyczuwalny. Skok klawiatury jest również bardzo dobry, nie stawia dużego oporu, a równocześnie czuje się dobrze wciśnięcie klawisza.

4. Bateria

To chyba najsłabsza strona tego komputera. Jak już wcześniej wspomniałem, po odłączeniu zasilania znacznie spada wydajność, a mimo tego akumulator nie zapewnia długiej rozgrywki. Około godziny gry lub dwóch godzin oglądania filmów to niezbyt zadowalający czas, ale myślę, że w sprzęcie do gier najważniejsza jest jednak wydajność na zasilaniu. Jeśli komuś jednak bardzo zależy na dobrej baterii – siedemnastocalowa wersja komputera będzie lepszą opcją.

5. Chłodzenie

Legion Y740 15-IRHg ze względu na swoje podzespoły oczywiście musi posiadać wydajny system chłodzenia. Rzeczywiście taki jest, ale niestety również bardzo głośny przy maksymalnej wydajności pozostałych elementów. Można to zniwelować odpowiednimi słuchawkami (ja miałem możliwość testować laptopa wraz z słuchawkami Lenovo Legion H300, w których niemalże nie zauważałem hałasu), ale wiadomo, nie każdy takimi dysponuje. Do komputera jest dołączony spory zasilacz, na którym niestety nie usmażymy kotletów ze względu na brak powłoki teflonowej, jednak na pewno nie będzie stopom zimno podczas zimowych wieczorów.

6. Pozostałe elementy

To sekcja dla parametrów, których omówienie jest zbyt krótkie na własny akapit. Zacznę od głośników. W skrócie, grają przyjemnie i czysto, są głośne i można w nich wyczuć delikatny bas.

Laptop jest także bardzo mobilny, nie jest ciężki, a małe ramki wokół ekranu czynią go także niewielkim pod względem wymiarów zewnętrznych.

7. Podsumowanie

Jeśli miałbym jednym zdaniem opisać Legion Y740, powiedziałbym, że jest on jak czekolada z całymi orzechami wśród czekolad orzechowych. To chyba dostateczna recenzja, która mogłaby zastąpić poprzednie sześć punktów, które, jak widać, napisałem kompletnie niepotrzebnie. Na plus zasługuje także mały szczegół, że poza informacjami o producencie procesora i karty graficznej, nie znajdziemy na wnętrzu laptopa żadnych naklejek, które mogłyby odkleić się po roku zwykłego używania.

Ostatecznie, jeśli dysponujecie wolnymi pieniędzmi, mogę wam z czystym sumieniem polecić Legion Y740-15IRHg zarówno do gry, jak i nieco bardziej wymagającej pracy. Jeśli, jak ja, raz spróbujecie z niego korzystać, z pewnością tego nie zapomnicie.

Death Stranding (PC) – recenzja. Powinieneś w nią zagrać

Death Stranding (PC) – recenzja. Powinieneś w nią zagrać

Death Stranding, autorstwa należącego do Hideo Kojimy studia Kojima Productions, była bez dwóch zdań najgorętszą premierą 2019 roku na konsolach PlayStation 4. W nieco ponad 8 miesięcy od jej konsolowego debiutu gra zagościła w końcu na komputerach osobistych. Czy na blaszakach jest dziełem jeszcze bardziej dopracowanym? Sprawdziliśmy to.

O Death Stranding wielu z Was wie tyle, że to „ta dziwna gra z PS4”, nazywana także pogardliwie „symulatorem kuriera”. To stanowczo za mało. Hideo Kojima stworzył scenariusz Death Stranding z tak wielkim rozmachem, że często zastanawiałam się czy gram w grę, czy może odgrywam jakąś rolę w interaktywnym filmie. Dzieło to najlepiej traktować jako… nietuzinkowe doświadczenie, które oczaruje co wrażliwszych graczy.

Scenariuszem Death Stranding można by obdarzyć emocjonujący film

Głównym bohaterem Death Stranding jest Sam Bridges. Sam to skryty samotnik, cierpiący na hafefobię, czyli lęk przed dotykiem. Na co dzień pełni rolę kuriera, przemierzającego sprawiającą wrażenie opuszczonej, Ziemię. Ludzkość wbrew pozorom wciąż istnieje. W wyniku tytułowego zjawiska, tłumaczonego na język polski jako „wdarcie śmierci”, ocaleni byli zmuszeni szukać schronienia pod powierzchnią ziemi.

Zielona planeta zamieszkiwana jest teraz przez niewidzialne stworzenia („Wynurzonych”), które pojawiają się wraz z cyklicznymi opadami deszczu. Deszczu, który ma cudowną właściwość przyspieszania czasu. Organizmy żywe pod jego wpływem błyskawicznie się starzeją, a stal natychmiast rdzewieje. Jak zapewne się domyślacie, praca kuriera w takich realiach nie jest spacerem po bułki, a osoby trudniące się tym zawodem cieszą się kolosalnym poważaniem.

Śmierć człowieka w świecie Death Stranding oznacza kolosalne niebezpieczeństwo dla innych ludzi. Jeśli zwłoki na czas nie zostaną dostarczone do spalarki, wybuchają, pozostawiając w ziemi gigantyczny krater i przyczyniając się do nadejścia hordy Wynurzonych. Na samą myśl o egzystowaniu w takich realiach przechodzą ciarki, prawda? Cóż, właśnie to wszystko nagle zostaje rzucony gracz, w rytmie pięknej muzyki zespołów Low Roar i Silent Poets.

Nie chciałabym zdradzać dalszej części fabuły, bo na to na jej odkrywaniu bazuje przecież cała zabawa. Powiem tylko tyle, że z Samem nawiązuje kontakt organizacja Bridges, dla której mężczyzna kiedyś pracował. W pewnym momencie zostaje postawione przed nim ambitne zadanie pokonania Stanów Zjednoczonych wszerz – z jednego wybrzeża na drugie. Cel? Uruchomienie sieci, która połączy skupione w niewielkich, podziemnych osadach społeczeństwo.

Symulator chodzenia? Tak, w telegraficznym skrócie

Sam Bridges zasadniczo dysponuje plecakiem, lewą i prawą ręką. Ach, nogami też, nogi są bardzo ważne. Brzmi dziwacznie? Być może, ale to naprawdę dobrze opisuje to, co czeka graczy na przestrzeni zabawy. Paczki nosić można bowiem w obu dłoniach, ale da się je ładować także na plecy. Sam dysponuje określonym udźwigiem i jeśli obładujecie go zbyt mocno, w trakcie biegu łatwiej tracił będzie równowagę. Ba, w Death Stranding da się potknąć nawet na kamieniu i jeśli w porę nie opanujecie równowagi, uszkodzicie przenoszony towar.

W tym świecie potwory stanowią zagrożenie, ale jest nim nawet ukształtowanie terenu. Przeprawianie się przez rwące rzeki i strome wzniesienia również potrafi być realnym problemem. Planowanie trasy jest niezmiernie istotne – z czasem użytek da się robić z akcesoriów, które konstruować w kluczowych miejscach mapy mogą dla nas także… inni gracze. Tych nie spotkamy wprawdzie na naszej drodze, ale pozostawione przez nich ułatwiacze już tak.

Tak jak w życiu, tak i w Death Stranding człowiek człowiekowi człowiekiem. Na cenny ładunek mogą zechcieć zasadzić się bandyci, którzy są w stanie unieszkodliwić Sama i ukraść jego towar. Ten odzyskać można zakradając się do ich obozów. Walka bez broni jest dość łatwa, a z bronią… stanowczo zbyt łatwa. To naprawdę nie ma jednak większego znaczenia, bowiem prawdziwym wyzwaniem jest przyroda oraz tajemniczy przybysze, których nasz bohater jest w stanie zarówno wyczuć za pomocą zmysłów, jak i wykryć za pomocą automatycznego detektora.

To nie jest gra „na chwilę”

Death Stranding to przygoda, którą smakuje się zupełnie inaczej, niż wszystkie inne gry akcji. Nie znajdziecie tutaj raczej bezmyślnego strzelania do wszystkiego co popadnie i wysokiego tempa rozgrywki. Pomiędzy dostarczeniem jednej i drugiej przesyłki oglądać będziecie natomiast długie filmy przerywnikowie. Tak długie, że na początku gry wielokrotnie zadacie sobie pytanie: „ile właściwie jest gry w tej grze?”. Nie każdemu musi to oczywiście odpowiadać, ale… mi się podobało. Z czasem balans zostaje przesunięty w stronę interaktywnej zabawy, by później… a z resztą sami się przekonajcie!

Death Stranding nie jest tytułem, w który da się pograć pięć minut w poniedziałek, dziesięć we wtorek i dwadzieścia w środę. Na każdą sesję z dziełem Kojimy warto poświęcić co najmniej godzinę. Dlaczego? Bo nierzadko zdarza się (przynajmniej w początkowych rozdziałach), że większość czasu spędzicie właśnie na oglądaniu cutscenek, a nie na samym graniu. Kojima zadbał o zatrudnienie prawdziwych aktorów, co jest gwarantem doprawdy świetnej immersji. Mads Mikkelsen, Léa Seydoux, Troy Baker, Margaret Qualley oraz oczywiście Norman Reedus wywiązali się ze swoich ról wzorowo. Jedni powiedzą, że sekwencje filmowe są przegadane. Ja uważam, że czegoś takiego gracze pecetowi dawno nie widzieli. Na przejście gry potrzebowałam około… 50 godzin.

Pecetowa wersja imponuje technikaliami

Zastanawiacie się zapewne czy Death Stranding na PC miażdży w kwestii oprawy graficznej wersję z przestarzałej już konsoli PlayStation 4. Ku mojemu zdziwieniu… nie! Jest to zapewne zasługą silnika gry lub tego jak Hideo Kojima chciał zaprojektować swoją grę. Różnice pomiędzy ustawieniami domyślnymi (odpowiadającymi tym z konsoli), a maksymalnymi wcale nie są duże. Nie oznacza to rzecz jasna, że wizualia stoją na niskim poziomie, wręcz przeciwnie! Przypominający nieco… Islandię świat niejednego oczaruje.

Wersja pecetowa ma co najmniej jedną, ogromną zaletę. Da się ją uruchomić nawet w 240 klatkach na sekundę – o ile tylko dysponujecie odpowiednim sprzętem. Ja Death Stranding ogrywałam na komputerze wyposażonym w procesor Intel Core i5-9600K, układ graficzny Palit GeForce RTX 2080 Ti oraz 32 GB RAMu. W rozdzielczości 2K bez problemu sprzęt wyciągał ok. 120 klatek na sekundę… przed włączeniem NVIDIA DLSS! Aktywowanie DLSS 2.0 przyczynia się do wzrostu liczby tychże nawet o ok. 40% w trybie najwyższej jakości i aż 70% w trybie wydajności. Utrata jakości grafiki nie jest zauważalna – ba, niektóre tekstury wyglądają nieco lepiej. NVIDIA odwaliła doprawdy kawał świetnej roboty.

Podsumowanie

Death Stranding urzeka swoją filmowością i tym, że gracz cały czas ma poczucie brania udziału w czymś więcej, niż tylko grze. Wykreowany przez Kojimę świat intryguje, fascynuje i zachęca do zgłębiania jego tajemnic. Prosta z pozoru praca kuriera daje dużo satysfakcji, zważywszy na zupełnie niestandardowe okoliczności, w jakich się odbywa. Wydaje mi się, że rynek gier komputerowych potrzebuje więcej tego rodzaju perełek, wyróżniających się pod absolutnie każdym względem ponad morze gier przewidywalnych. Jeśli nudzą Cię powoli gry komputerowe, spróbuj Death Stranding. Moim zdaniem to świetna propozycja przede wszystkim dla… dojrzałych graczy.

Mocne strony:Słabe strony:
kinowy rozmach produkcjidoskonała fabułaciekawie zaprojektowany świat gryfantastycznie wykreowana atmosferaprzepiękna oprawa graficznaniesamowite udźwiękowienie z utworami Low Roar i Silent Poetsobsługa NVIDIA DLSS 2.0dobra optymalizacjalimit klatek na poziomie 240 kl./s.nie każdemu musi odpowiadać natężenie cut scenekw opowieści dość łatwo się zagubićpolska wersja językowa jest taka sobie

Ocena ogólna: 9/10

Recenzje Lenovo Legion (cz. 20) – mamy powody do dumy

Recenzje Lenovo Legion (cz. 20) – mamy powody do dumy

Recenzje sprzętu Lenovo Legion regularnie pojawiają się w różnych miejscach sieci oraz w prasie drukowanej. Zastanawiacie się czy warto kupić laptopy i komputery Lenovo Legion? Być może poniższe testy pomogą Wam dokonać właściwego wyboru. Tym razem sięgnęliśmy także po testy z czołowych serwisów anglojęzycznych!

Urządzenia Lenovo Legion tworzymy z myślą o Was, graczach. Jesteśmy otwarci na Wasze sugestie i wsłuchujemy się w potrzeby zarówno e-sportowców, jak i początkujących graczy. W naszej ofercie znajdziecie nie tylko komputery i laptopy dla graczy, ale także akcesoria – myszki, zestawy słuchawkowe, mechaniczne klawiatury, a nawet podkładki.

1. IGN Polska – Lenovo Legion Y740 – Recenzja

„Lenovo Legion Y740 to wyborny laptop dla graczy. Jego jakość wykonania stoi na najwyższym poziomie. Moc bardzo wydajnych podzespołów może zostać wykorzystana przez ekran z wysoką wartością odświeżania (144Hz), a radę dają nawet głośniki, które przewyższają w Y740 większość konkurencji. Bez dwóch zdań możemy polecić tego laptopa. Nawet biorąc pod uwagę nieco krótszy czas pracy na baterii od oczekiwanego.”

Lenovo Legion Y740 – zalety według testującego:

2. T3 – TEST: Lenovo Legion Y540

„Legion Y540 to komputer dla osób, które po prostu chcą grać w najnowsze tytuły bez wydawania fortuny – tylko tyle i aż tyle.”

Lenovo Legion Y540 – zalety według testującego:

  • Wydajność
  • Ekran
  • Jakość wykonania
  • Dźwięk

3. Telepolis.pl – Test Lenovo Legion Y540 – tanio, skromnie, ale z klasą

„Lenovo Legion Y540 w tej konfiguracji kosztuje 4299 zł bez systemu operacyjnego. To bardzo przyzwoita cena za opisane wyżej możliwości. Gdybym szukała dla siebie laptopa do grania w cenie do 4,5 tys. zł, ten model byłby na liście. Jego główna zaleta to to, że nie wygląda jak laptop do grania. Jest… po prostu dobry. Skromny, a przy tym funkcjonalny i wygodny.”

Lenovo Legion Y540 – zalety według testującego:

  • dobry stosunek wydajności do ceny
  • stonowane wzornictwo
  • dobra klawiatura
  • porty z tyłu obudowy
  • możliwość kupienia bez systemu
  • możliwość rozłożenia do 180 stopni
  • odpowiednio wydajne chłodzenie

4. Videotesty.pl – Test Lenovo Legion Y540 z GeForce RTX 2060 i i7-9750H

„Ogólnie Y540 przemawia do mnie przede wszystkim dobrym stosunkiem jakości do ceny i przemyślanymi rozwiązaniami. Co prawda brakuje portu na karty pamięci czy Thunderbolt 3, jednak przy gamingu jako głównym zastosowaniu nie są to wielkie problemy.”

Lenovo Legion Y540 – zalety według testującego:

  • Dobry rozkład portów
  • Wytrzymała obudowa
  • Konkurencyjna cena

5. Whatnext.pl – Test laptopa Lenovo Legion Y540-17IRH-PG0

„Lenovo Legion Y540-17IRH-PG0 w testowanej wersji powinien kosztować około 4600 zł. Uważam, że jest to bardzo ciekawa propozycja wśród laptopów 17 calowych dla graczy. „

Lenovo Legion Y540 – zalety według testującego:

  • wygląd
  • głośniki
  • ekran
  • wydajny dysk NVMe
  • niski throttling

6. Ustatkowanygracz.pl – Test laptopa Lenovo Legion Y540

„Za sprzęt zapłacisz ok. 5000 złotych, a w tej cenie dostajesz bardzo wygodny, solidny i estetyczny komputer przenośny. Nie jest on może całkiem przyszłościową inwestycją, jeśli zależy Ci na tym, by grać w 4K w produkcje z 2022 roku; ale jeśli potrzebujesz maszynki na której komfortowo ograsz backlog na godnym poziomie klatek i fajerwerków, a która rozwiąże Twój problem z nowymi grami na rok, dwa – to jesteś w dobrym miejscu.”

Lenovo Legion Y540 – zalety według testującego:

  • dobrze podświetlony ekran
  • niezła, podświetlana klawiatura
  • aplikacja Lenovo Vantage

7. Lubiegrac.pl – Recenzja Lenovo Legion Y740

Lenovo Legion Y740 – zalety według testującego:

  • świetne wykonanie
  • niezła kultura pracy
  • wydajność
Minecraft Dungeons – recenzja. Coś więcej niż Diablo dla dzieci

Minecraft Dungeons – recenzja. Coś więcej niż Diablo dla dzieci

Sprzedaż Minecrafta przekracza wszelkie pojęcie. Do tej pory sprzedano już 200 milionów egzemplarzy gry, przy której każdego miesiąca bawi się nawet ponad 125 milionów graczy. Aż dziw bierze, że do tej pory nie powstała żadna inna znacząca gra w tym niezwykle popularnym uniwersum. Okej, powstała, jedna, ale Minecraft: Story Mode z 2015 roku traktować należy w końcu raczej w kategorii porażki i niewiele znaczącego tytułu. Na szczęście doczekaliśmy się premiery Minecraft Dungeons – RPGa w świecie złożonym z sześciennych bloków. Czy warto wydać na niego „kilka złotych”? Sprawdziłam to.

Uwaga: na samym wstępie po prostu muszę Was poinformować o tym, że Minecraft Dungeons dostępna jest w ramach subskrypcji Xbox Game Pass, kosztując w trwającej obecnie promocji zaledwie 4 złote za miesiąc! Usługę opisywaliśmy przy okazji porównania ofert ciekawych abonamentów dla graczy w tym miejscu. Cena ta sprawia, że w produkcję powinien zagrać absolutnie każdy z Was – bez względu na to, co przeczytacie w tej lub innych recenzjach.

Oglądając pierwsze gameplaye z Minecraft Dungeons po produkcji nie spodziewałam się wiele. Już na pierwszy rzut oka było widać, że jest to raczej prosty hack’n’slash, który trafić ma w gusta jak największej liczby graczy – także tych najmłodszych. Nastawiłam się negatywnie, a już pierwsza godzina spędzona z najnowszym dziełem Microsoftu pokazała, że robiłam to zupełnie niesłusznie.

Minecraft Dungeons rozpoczyna się od samouczka, w którym poznajemy spektrum możliwości oferowanych graczom. Do naszej dyspozycji oddano przede wszystkim broń do walki w zwarciu (np. miecz, kosę i inne), a także łuk lub kuszę do walki na dystans. Oręż różni się od siebie nie tylko podstawowymi statystykami w postaci choćby obrażeń czy szybkości ataku, ale także rzadkością oraz gniazdami na dodatkowe moce (bardzo zróżnicowane). Dodatkowe trzy gniazda dedykowane są artefaktom, które pełnią tu rolę odpowiedników umiejętności aktywnych lub – sporadycznie – pasywnych. Finalnie, korzystać można również z mikstury leczenia, odnawianej cyklicznie co 30 sekund.

Na przestrzeni zabawy przemierzamy kolejne krainy, próbując pokonać głównego przeciwnika w grze – Arch Illagera. Zwiedzając biomy znane doskonale z klasycznego Minecrafta na swojej drodze napotykamy oponentów pokroju zombie, szkieletów i creeperów, ale także przeciwników specjalnych – ot w postaci choćby Endermana, których pokonanie stanowi nieco większe wyzwanie. Na wyższych poziomach trudności pokonanie mini bossów potrafi być niemałym wyzwaniem.

Świat gry jest ciekawy i kolorowy, ale sprawia wrażenie nieco sterylnego i „ciasnego”. Niestety, twórcy Minecraft Dungeons nie dali graczom możliwości destrukcji otoczenia – a szkoda. Możliwość modyfikowania świata gry jest w końcu wizytówką Minecrafta. Na pocieszenie: wirtualne krainy skrywają wiele sekretów, w tym… krowi poziom, stanowiący nawiązanie do kultowej serii Diablo.

Pomiędzy kolejnymi misjami odwiedzamy bazę wypadową (wioskę), w której za zdobyte szmaragdy wylosować można nowe elementy ekwipunku oraz artefakty. Te wypadają na przestrzeni zabawy z pokonanych mobów i stanowią nagrodę za zaliczenie każdej z misji. Bardzo brakowało mi tu czegoś „ekstra”, w postaci chociażby opcji ulepszania wioski. Może taka opcja pojawi się przy okazji któregoś z DLC?

Zabawa w Minecraft Dungeons zaczyna się tak naprawdę w trybie kanapowej kooperacji lub rozgrywki online ze znajomymi. Wtedy można poszaleć na wysokich poziomach trudności, zdobywając w ten sposób fajne wyposażenie. Niestety, ale po zaliczeniu niezwykle krótkiej kampanii grind i zdobywanie kolejnych poziomów i przedmiotów stanowią cel sam w sobie. Nie ma tutaj żadnego dodatkowego magnesu, który zachęcałby do spędzenia w grze dodatkowego czasu.

Minecraft Dungeons – czy warto? Oczywiście – za 4 złote

Powiedzmy sobie otwarcie: Minecraft Dungeons swoją złożonością nie dosięga pięt Path of Exile i nie ociera się nawet o to, co oferuje Diablo 3. Pomimo tego jest satysfakcjonującym i wciągającym hack’n’slashem, przed którym bardzo miło spędzicie czas zarówno w pojedynkę, jak i wraz ze swoimi znajomymi. Gra jest krótka, a po pierwszym zaliczeniu kampanii czeka Was co najwyżej grind. Pomimo tego zabawa daje całkiem sporo radości. Mechanika rozgrywki jest dobrze opracowana, a dostępny arsenał przedmiotów i towarzyszących im modyfikatorów – zadowalający. Jeśli chcecie, Minecraft Dungeons może stanowić niemałe wyzwanie. Wysokie poziomy trudności i bossowie pokonywani w pojedynkę potrafią napsuć sporo krwi. Po zmianie trudności na niższą natomiast, z powodzeniem zrelaksujecie się przed monitorem po ciężkim dniu nauki lub pracy, zabijając hordy „mobków” z uśmiechem na buzi.

Minecraft Dungeons mógł być lepszy i oferować nieco większą „głębię”. Jest jaki jest, bo musiał być przystępny dla odbiorcy w każdym wieku. Realizacja tego założenia udała się Microsoftowi znakomicie. To jeden z lepszych tytułów dla całej rodziny z trybem lokalnej kooperacji – serio!

Mocne strony:Słabe strony:
przystępny hack’n’slash dla każdego, niezależnie od wiekusatysfakcjonująca mechanika rozgrywkiciekawe bronie, artefakty i umiejętnościwciągająca zabawa w lokalnej kooperacji i multiładnie zaprojektowana oprawa graficznawymagająca na wyższych stopniach trudnościdostępny w Xbox Game Pass za 4 złote!kampania jest krótkagłębia rozgrywki pozostawia wiele do życzeniapo pierwszym przejściu gry czeka Was wyłącznie grindsporadyczne glitchowanie się za teksturamibrak możliwości destrukcji otoczenia

Ocena ogólna: 7/10

Recenzje Lenovo Legion (cz.19) – mamy powody do dumy

Recenzje Lenovo Legion (cz.19) – mamy powody do dumy

Recenzje sprzętu Lenovo Legion regularnie pojawiają się w różnych miejscach sieci oraz w prasie drukowanej. Zastanawiacie się czy warto kupić laptopy i komputery Lenovo Legion? Być może poniższe testy pomogą Wam dokonać właściwego wyboru. Tym razem sięgnęliśmy także po testy z czołowych serwisów anglojęzycznych!

Urządzenia Lenovo Legion tworzymy z myślą o Was, graczach. Jesteśmy otwarci na Wasze sugestie i wsłuchujemy się w potrzeby zarówno e-sportowców, jak i początkujących graczy. W naszej ofercie znajdziecie nie tylko komputery i laptopy dla graczy, ale także akcesoria – myszki, zestawy słuchawkowe, mechaniczne klawiatury, a nawet podkładki.

1. PPE.pl – Lenovo Legion Y740 – recenzja sprzętu. Potężny laptop z RTX 2080 Max-Q i procesorem i7!

„Z wielkim smutkiem oddaje ten sprzęt, bo korzystanie z niego każdego dnia było prawdziwą przyjemnością. Gdybyście zastanawiali się nad czymś wystarczającym do mobilnego grania, to albo wybierzcie laptopy z taką konfiguracją jak testowany dzisiaj Legion, albo szukajcie czegoś bardzo zbliżonego.”

Lenovo Legion Y740 – zalety według testującego:

  • znakomita jakość wykonania
  • świetna matryca 1080p 144 Hz
  • wystarczająco mocne komponenty, żeby wszystkie gry działały na maksymalnych detalach
  • rewelacyjna klawiatura
  • dobry touchpad
  • podświetlanie RGB
  • minimalistyczny wygląd
  • preinstalowane oprogramowanie Lenovo Vantage
  • szybki dysk SSD w zestawie
  • klawiatura nie nagrzewa się nawet po wielu godzinach grania

2. Eurogamer.pl – Test laptopa Lenovo Legion Y740

„Lenovo Legion Y740 to interesująca propozycja dla graczy, którzy cenią wysoki komfort użytkowania i płynne działanie we wszystkich grach, a jednocześnie szukają przenośnego urządzenia, które można uruchomić wraz z ulubionymi grami w dowolnym miejscu – w domu, podczas weekendowego wyjazdu czy na wakacjach.”

3. mobiManiaK – Czy laptop do grania może być tani? Sprawdzam Lenovo Legion Y540 (TEST)

„Lenovo po raz kolejny udowadnia, że na robieniu niedrogich laptopów dla graczy zna się, jak mało kto. Legion Y540 to sprzęt dobrze zrobiony, sensownie wyceniony i do tego oferujący optymalnie dobraną konfigurację podzespołów: na tyle wydajną, żeby zagwarantować satysfakcjonującą płynność w grach przy wysokich ustawieniach, i na tyle „budżetową”, żeby nie zrujnować portfela gracza.”

Lenovo Legion Y540 – zalety według testującego:

  • ładny i dobrze zrobiony
  • dobry zestaw portów
  • wygodna klawiatura
  • dobrze dobrana wydajność

4. blackwhite TV – Lenovo Legion Y540 / TEST

5. Gram.pl – Laptop gamingowy Lenovo Legion Y540-15IRH – Recenzja

Opublikowano przez: Lenovo Legion

DOOM 64 – recenzja. Remaster warty swojej (niskiej) ceny

DOOM 64 – recenzja. Remaster warty swojej (niskiej) ceny

Wielu z Was grało zapewne w pierwszego, kultowego już DOOMa. Ba, wydaje nam się, iż niektórzy czytelnicy naszego serwisu ogrywali także DOOMa 2. Założymy się jednak, że większość fanów Lenovo Legion nie słyszała nigdy o produkcji DOOM 64 wydanej swego czasu na konsole Nintendo 64, która doczekała się właśnie doskonałego remastera.

Nintendo 64 była konsolą, która w latach 90′ ubiegłego wieku w Polsce cieszyła się umiarkowaną popularnością. Dość wysokie ceny gier oraz samej konsoli, a także dysponujące zdaniem wielu ciekawszą bazą tytułów alternatywy w postaci PlayStation lub tanich konsolek bazarowych nie pomogły jej w zaskarbieniu sobie uznania Polaków. To właśnie na danej platformie w 1997 roku zadebiutował DOOM 64, spin-off serii stworzony nie przez id Software, a przez Midway Games.

DOOM 64 przynosił ulepszoną grafikę i nowe poziom, ale jak na swoje czasy wciąż był tytułem nieco archaicznym. Pomimo tego, dziś oryginał prezentuje się… całkiem znośnie. Jedynym jego poważnym minusem jest fakt, że dostępny jest wyłącznie na konsole Nintendo 64. Przy okazji premiery gry DOOM Eternal, której recenzję zaserwowaliśmy Wam jakiś czas temu, zadebiutowała jednak zremasterowana wersja DOOMa 64, która trafiła nie tylko na PCty, ale także Xbox One, PS4 i Nintendo Switch. Grę dołączaną jako gratis do DOOMa Eternal w wersji Deluxe kupić można w cenie zaledwie 20,99 złotych i… warto to zrobić.

DOOM 64 – oto jak powinno się odświeżać gry

DOOM 64 to jedna z najbardziej dynamicznych i chyba najmroczniejsza gra z tej serii. Twórcy remastera za punkt honoru postawili sobie przemodelowanie od podstaw absolutnie wszystkich wrogów, którzy wyglądają świetnie. Ekipa Nightdive, odpowiedzialna za wiele innych udanych remasterów (choćby Blood i Forsaken), spisała się na medal w kwestii odświeżenia także innych elementów oprawy graficznej. Odświeżony klasyk cieszy oko teksturami w podniesionej rozdzielczości, ulepszonymi efektami oświetleniowymi, a nawet płynniejszym ruchem postaci, pomimo że logika gry wciąż działa w 30 Hz. I tak: gra działa również w wysokich rozdzielczościach, a nawet obsługuje antyaliasing oraz zmianę pola widzenia.

Rozgrywka w DOOMie 64 może stanowić szok dla osób, które przyzwyczajone są do pełnej swobody w obserwowaniu otoczenia. Sterowana przez gracza postać może rozglądać się tylko w osi horyzontalnej, czyli w poziomie. Jeśli będziecie chcieli trafić przeciwnika stojącego wyżej lub niżej, wystarczy obrócić się w osi poziomej, a pocisk poleci do wroga w odpowiednim kierunku w osi pionowej. Tempo zabawy jest wysokie, co zawsze było wizytówką DOOMa.

Co ciekawe, twórcy dodali od siebie „coś ekstra” i postanowili zaskoczyć grających w nowego DOOMa 64 jednym nowym potworem o nazwie Nightmare Imp (szybszy wariant Impa), nowym bossem w postaci Matki Demonów (walka z nią jest bardzo wymagająca) oraz bronią o nazwie Unmaker, którą da się ulepszać. Więcej na jej temat nie powiem, bo zepsuję Wam zabawę. „Widać napracowanko”, cytując Klocucha.

Na przestrzeni zabawy osoby znające dobrze oryginalnego DOOMa 64 w mig zobaczą, że załoga Nightdive dorzuciła do znanych dobrze poziomów aż sześć leveli bonusowych, ujętych w kampanię o nazwie „The Lost Levels”. Byłam zaskoczona jak złożone i skomplikowane są poziomy oraz ile czasu zajmuje ich zaliczenie. Nie muszę chyba wspominać, że eksploracja nastawiona na odnalezienie wszystkich sekretów, z których słynie seria DOOM jeszcze bardziej wydłuża rozgrywkę.

DOOM 64 – rewelacyjna zabawa za równowartość kilku paczek czipsów

DOOMa 64 warto kupić – bez względu na to czy graliście w oryginał, czy nigdy o nim nie słyszeliście. To pozycja obowiązkowa dla gier retro, dla miłośników FPSów oraz wszystkich tych, którzy po prostu chcą się dobrze bawić. Aż 93% recenzji DOOM 64 na Steamie jest pozytywnych – niechaj głos społeczności wesprze naszą rekomendację.

DOOM Eternal – recenzja. Krwisty, satysfakcjonujący, niemal idealny!

DOOM Eternal – recenzja. Krwisty, satysfakcjonujący, niemal idealny!

W końcu doczekaliśmy się chyba najciekawszej z premier pierwszego kwartału bieżącego roku. Gracze mogą kupować już grę DOOM Eternal, a my sprawdziliśmy czy faktycznie warto to zrobić.

Podobnie jak w przypadku rebootu serii DOOM z 2016 roku, do DOOMa Eternal podchodziłam z nieskrywaną ciekawością, ale bez kolosalnych emocji. Produkcja id Software w 2016 roku wgniotła mnie tak mocno w fotel, że stwierdziłam, że nowsza jej odsłona będzie co najwyżej odrobinkę inna – kto zmieniałby bowiem coś, co okazało się niemałym przebojem? Trudno mi było wyobrazić sobie, że deweloper może uczynić grę lepszą. Okazało się, że dysponuję zbyt mało rozwiniętą wyobraźnią…

W DOOM Eternal powracamy na Ziemię, która została opanowana przez demony. Jedyną osobą mogącą odesłać je z powrotem do piekła jest nie kto inny jak Doom Slayer. Sterujący nim gracz otrzymuje do dyspozycji pokaźny arsenał środków wykraczający znacząco ponadto, co widzieliśmy w grze z 2016 roku. W dalszym ciągu zniszczenie siejemy przede wszystkim za sprawą broni dysponujących po ulepszeniu dwoma różnymi trybami prowadzenia ognia. Potwory masakrujemy dobrze już znaną piłą mechaniczną, by pozyskać amunicję lub dobijamy je, gdy są już na wykończeniu w alternatywny sposób poprzez efektowne finiszery o nazwie glory kills, nagradzane regeneracją punktów życia. Nowością jest naramienne działko mogące podpalać lub zamrażać wrogów, dzięki czemu pozyskać można z ich martwych ciał także pancerz.

Pojedynki toczone są zasadniczo na przestrzeni całych rozbudowanych, wielopoziomowych i pełnych sekretów map. Od czasu do czasu natrafiamy jednak na swoistą arenę, którą trzeba wyczyścić z maszkaronów, aby utorować sobie dalszą drogę. Wszędzie rozsiane są apteczki, pancerze i amunicja. Jeśli nie pozyskujecie ich jednak przy okazji także z wrogów, marny Wasz los.

Mechanika rozgrywki w dalszym ciągu daje kolosalną satysfakcję. Nie znam żadnego innego FPSa (może prócz DOOMa z 2016 roku), który byłby w stanie wprowadzić mnie w taki trans bitewny, w jaki wprowadza mnie w niego nowy DOOM Eternal. Starcia są dynamiczne, krwiste i na wyższych poziomach trudności szalenie wymagające. Zaryzykuję stwierdzenie, że nowy DOOM jest grą o wiele bardziej wymagającą od poprzednika. Tutaj w trakcie starć trzeba umiejętnie żonglować nie całym tylko arsenałem broni palnej, ale także naramiennym działkiem, granatami, finiszerami oraz oczywiście piłą mechaniczną. Jeśli nie będziecie korzystać z całego spektrum wyposażenia, często będzie bardzo gorąco. Potyczki z czasem zaczynają przypominać finezyjny taniec. Krwisty, brutalny taniec ze śmiercią, który daje niesamowitą frajdę. W tej grze mordowanie urasta do rangi sztuki.

Twórcy oddali graczom spore możliwości nie tylko w zakresie modyfikacji broni i jej ulepszania. Rozwijać można także umiejętności, statystyki, pancerz, a także inne drobne aspekty wpływające na rozgrywkę (jak choćby to, w jaki sposób wyświetlana jest przydatna w poszukiwaniu skarbów mapa). W tej grze jest tak wiele zawartości, że twórcom za ich kreatywność należą się gromkie brawa.

Walce towarzyszy doskonała oprawa dźwiękowa (nie zabrakło kilku kawałków z poprzedniej odsłony gry), a oprawa graficzna nie ustępuje jej ani na krok. Projekt świata jest piękny – od modeli przeciwników, na apokaliptycznych krajobrazach z piekła rodem skończywszy. Nie dość, że wizualia zachwycają, to cała gra jest solidnie zoptymalizowana i działać będzie doskonale także na mniej wydajnych komputerach.

Świat gry zachęca do eksploracji, powolnego smakowania jego licznych zakamarków i polowania na easter eggi i przedmioty kolekcjonerskie, które później oglądać można w bazie wypadowej. DOOM Eternal stał się grą z elementami zręcznościowymi. Czasem grając czułam się jak parkourowiec i… podobało mi się to! Podwójny skok oraz umiejętność o nazwie dash (również można ją aktywować dwukrotnie) daje szerokie spektrum zastosowań nie tylko poza walką, ale także w ferworze walki.

DOOM Eternal nie jest grą, po której ktokolwiek spodziewałby się chyba jakiegoś niesamowitego trybu rozgrywki wieloosobowej. Tymczasem produkcja zawiera mnóstwo przedmiotów kosmetycznych do odblokowania za postępy w grze i pozwala daleko personalizować także wygląd zewnętrzny bohatera. W DOOM Eternal obecny jest asymetryczny tryb multiplayer, w którym w starciach bierze udział trzech graczy. Dwóch wciela się w wybrane przez siebie demony, a jeden w DOOM Slayera. Na mapie nie brakuje uprzykrzających życie Slayerowi NPC współpracujących z pozostałą dwójką graczy, a także licznych przeszkadzaczy. Rozgrywka nie jest najlepiej zbalansowana i przeważnie stroną wygrywającą są demony.

Jeśli miałabym do tej beczki miodu dolać jeszcze nieco dziegciu, to jako jedną z niewielu wad (w gruncie rzeczy niezbyt istotną) wskazałabym grę aktorów w polskiej wersji językowej. Być może jestem nieco uprzedzona, ale moim zdaniem ich kwestie nie umywają się do tych z wersji angielskiej. Po kilkudziesięciu minutach zabawy zmieniłam język na angielski i odbiór gry stał się jeszcze lepszy.

Podsumowanie

Jeśli DOOM z 2016 roku Wam się podobał, to będziecie zakochani w DOOM Eternal. Studio id Software powtórzyło sprawdzony koncept, ale doszlifowało go przy tym w absolutnie każdej kwestii. W DOOM Eternal wszystko jest po prostu nieco lepsze i wszystkich elementów jest więcej. Nie skłamię mówiąc, że najnowsze dzieło popularnego studia to jeden z najlepszych shooterów ostatnich lat… a może nawet wszechczasów?

Biorąc pod uwagę powyższe, w ogóle nie dziwi mnie, że nowa odsłona serii z łatwością wyprzedziła pod względem popularności swojego poprzednika. O ile w DOOMa na Steam grało jednocześnie maksymalnie 44 tysiące osób, to dziś przy Eternalu bawiło się ich ponad 104 tysiące.

Mocne strony:Słabe strony:
zapewnia szalenie satysfakcjonującą zabawępiękna oprawa graficznaświetna optymalizacjagenialne mechaniki rozgrywkiangażująca walkadoskonałe udźwiękowieniemnóstwo sekretów, znajdziek, przedmiotów kolekcjonerskichelementy zręcznościowe (serio!)naprawdę długa kampaniapolska lokalizacjataki sobie tryb wieloosobowy

Ocena ogólna: 9/10

Deliver Us the Moon – recenzja kosmicznej gry „za grosze” z ray tracingiem

Deliver Us the Moon – recenzja kosmicznej gry „za grosze” z ray tracingiem

69,99 złotych. Tyle obecnie musicie zapłacić za jedną z najlepszych i najbardziej klimatycznych kosmicznych gier przygodowych, która prawdopodobnie rzuci Was na kolana. Mowa nie o jakimś zapomnianym tytule AAA sprzed kilku lat, a Deliver Us the Moon, czyli niezależnej produkcji holenderskiego studia KeokeN, której premiera z jakiegoś powodu przeszła bez większego echa. Gotowi na wyprawę na Księżyc?

Deliver Us the Moon to produkcja, na której stworzenie fundusze uzbierano za pośrednictwem platformy crowdfundingowej Kickstarter. Niemałym zaskoczeniem dla wielu będzie fakt, że gra ta wspiera technologię ray tracingu od Nvidia – i to już daje pierwszą wskazówkę odnośnie tego jak dobrze prezentować się może oprawa graficzna.

Dzieło holenderskich programistów przenosi graczy do roku 2059, kiedy to ludzkość staje przed poważnym problemem związanym z wyczerpaniem się surowców naturalnych. W 2030 roku rozpoczął się wielki kryzys energetyczny, który udało się rozwiązać za sprawą izotopu Wodoru-3, wydobywanego na Księżycu przez organizację o nazwie World Space Agency (WSP) od roku 2032. Niestety, w 2054 roku Ziemia utraciła łączność ze skolonizowanym Księżycem, a dostawy cennego surowca zostały przerwane. To właśnie w roku 2059 byli członkowie WSP zdołali uzbierać środki niezbędne do tego, aby wysłać na Księżyc jednego astronautę, któremu powierzona zostaje misja, od której zależą losy całej ludzkości. Tym astronautą jest gracz.

Od samego początku gry Deliver Us the Moon potrafi zbudować ciężki klimat tragedii, towarzyszący egzystencji ludzi z przyszłości. Wpływa na to nie tylko narracja, ale także fenomenalna oprawa dźwiękowa oraz wizualia, których nie spodziewaliśmy się po tytule studia niezależnego. Przygoda zaczyna się jeszcze na Ziemi, by dość szybko przenieść gracza na Księżyc, który jest miejscem odizolowanym, szarym i bardzo przygnębiającym. Grając w Deliver Us the Moon można poczuć uwierającą samotność. Zanim jednak postawicie stopy na powierzchni naturalnego satelity Ziemi będziecie musieli rozwikłać kilka zagadek logicznych umożliwiających przeniesienie się tam ze stacji kosmicznej pełniącej rolę swoistej windy na powierzchnię Księżyca, a jeszcze wcześniej przeprowadzić procedurę startową, jeszcze na Ziemi.

Całe Deliver Us the Moon nazwać można mianem gry przygodowej z atmosferą godną niejednego survival horroru lub thrillera. Przeważają mimo wszystko elementy przygodowe i logiczne, które gracz spotyka na każdym kroku. Świat gry jest wypełniony po brzegi nie tylko przedmiotami pozwalającymi lepiej wsiąknąć w trudną rzeczywistość, ale też licznymi zagadkami – mocno zróżnicowanymi i o różnym stopniu trudności. Jeśli miałabym porównać tę grę pod względem jakości realizacji i atmosfery do któregoś filmu, to byłby to chyba… Interstellar Christophera Nolana. Naprawdę, jest tak dobrze!

Na przestrzeni zabawy zwiedzicie mnóstwo ciekawych miejsc – wnętrz pojazdów, ale także budynków na powierzchni Księżyca. Przeklinać będziecie pod nosem niezbyt wygodne sterowanie w warunkach zerowej grawitacji, a jednocześnie wzdychać delektując się wizualiami w postaci pięknej grafiki, efektów ray tracingu (o ile macie kartę GeForce RTX), czy też drobnymi detalami podkreślającymi piękno eksplorowanych miejsc i rewelacyjnym systemem fizyki.

Oprawa graficzna zasługuje na wielkie słowa uznania. Projekty lokacji zostały zaprojektowane z tak wielkim pietyzmem, że momentami trudno jest uwierzyć, że nie mamy do czynienia z produkcją AAA. Na finalny odbiór gry mocno rzutował w moim przypadku ray tracing, którego doświadczałam na układzie graficznym GeForce RTX 2080 SUPER. W przypadku Deliver Us the Moon śledzenie promieni w czasie rzeczywistym dotyczy cieni oraz odbić światła w niemal każdej powierzchni, w której odbijałyby się one w rzeczywistości – nie tylko lustrach, czy też szybach. Patrząc przez okna stacji księżycowej widzieć będziecie nie tylko skalistą powierzchnię satelity Ziemi, ale także swoje odbicie, któremu towarzyszyły będą elementy stacji znajdujące się za Waszymi plecami. Jeśli to nie jest fotorealizm, to… co nim jest?!

W Deliver Us the Moon obecna jest także technika DLSS, która za cenę niemal niedostrzegalnej utraty jakości wyświetlanego obrazu (głównie w dynamicznych scenach) pozwoli Wam osiągnąć zysk na poziomie nawet 50% klatek wyświetlanych na sekundę. Dla przykładu, grałam w rozdzielczości 2K na maksymalnych detalach z włączonym ray tracingiem i bez DLSS mój komputer wyświetlał ok. 50 klatek na sekundę. Po włączeniu DLSS liczba klatek wzrosła do ok. 74 klatek na sekundę. Czy trzeba dodawać coś więcej? Oczywiście zarówno ray tracing, jak i DLSS działają wyłącznie na kartach graficznych marki Nvidia.

Na przestrzeni odkrywania tajemnic księżycowej bazy napotkałam kilka elementów, które nazwałabym raczej drobnymi skazami niż poważnymi wadami. Wkurzały mnie strasznie sekwencje „na czas”, które zupełnie niepotrzebnie zakłócają i tak skutecznie budowany niepokój, czy też pracę kamery, która w kilku miejscach potrafi utrudniać realizację założonych wcześniej zadań. Czasem zanim zorientujecie się co zrobić, skończy Wam się tlen i będziecie musieli zaczynać daną sekwencję od początku. Poziom trudności rozgrywki i tak nie jest niski i nie ma moim zdaniem potrzeby dodatkowo utrudniać go w ten sposób.

O drobnych wpadkach niezależnego studia szybko zapomniałam wsłuchując się w świetną grę aktorów zatrudnionych do odgrywania powierzonych ich ról. Gdyby odnajdowane nagrania głosowe inżynier Sary Baker nie brzmiały tak przekonująco, produkcja straciłaby sporo na swoim uroku. Na przejście całej gry potrzebowałam ok. 9 godzin, ale wydaje mi się, że gdybym poświęciła nieco więcej czasu na eksplorację i odnajdowanie większej liczby poukrywanych znajdziek, to czas zabawy można by rozszerzyć nawet do 11-12 godzin.

Na obecnie trwającej promocji grę Deliver Us the Moon można kupić obecnie za cenę ok. 69,99 złotych i jest to kwota naprawdę uczciwa. Osoby interesujące się szeroko pojętą tematyką związaną z kosmosem będą wniebowzięte, a ich wyobraźnia z pewnością zostanie mocno rozbudzona. Niezależna produkcja holenderskiego studia pokazuje, że nie trzeba dysponować kolosalnym budżetem, aby zaserwować graczom produkcję piękną od strony wizualnej, wciągającą i świeżą od strony fabularnej, a także dopracowaną, na której ukończenie potrzebnych może być nawet kilkanaście godzin.

Mocne strony:Słabe strony:
aż trudno uwierzyć, że to gra indiewciągająca, ciekawa fabuławspaniale oddany klimat odosobnieniainteresujące, zróżnicowane zagadki logicznefenomenalna oprawa graficzna z ray tracingiemgenialna muzykasekwencje „na czas” są wkurzającemomentami nienajlepsza praca kamery

Ocena ogólna: 8,5/10