Fani ścigania w otwartym świecie obchodzą w tym roku swoje małe święto, a wszystko ze względu na premierę nowej odsłony cyklu Forza Horizon. To wyjątkowo ambitny projekt, który zaoferuje mnóstwo zawartości, wyczekiwany przez wielu region świata oraz mile widziane zmiany w rozgrywce.
Zacznijmy od najważniejszego, czyli daty premiery – Forza Horizon 6 ukaże się 19 maja, a najdroższa edycja gry (wzbogacona też o dodatkowe auta i przepustkę sezonową) pozwoli rozpocząć zabawę cztery dni wcześniej. Produkcja będzie dostępna po polsku, choć bez dubbingu, a tylko z napisami.
Deweloperzy w końcu spełniają największe życzenie wielu miłośników serii i za sprawą najnowszej części przenoszą nas do Japonii, skąd wywodzi się zresztą wiele uznanych marek samochodowych. Niestety zabraknie motocykli, choć Yamaha, Suzuki czy Kawasaki wywodzą się właśnie z Kraju Kwitnącej Wiśni. Twórcy, jak zawsze, chcieli skupić się na autach.
Dostępny obszar gry będzie podzielony na kilka stref, co zagwarantuje różnorodność krajobrazów. Ścigać będziemy się chociażby w górzystym terenie w okolicach kurortu narciarskiego, a także na malowniczym wybrzeżu oraz pięknych nizinach.
Trafimy także do Tokio, które ma być największym miastem, jakie kiedykolwiek trafiło do serii Forza Horizon. Deweloperzy podeszli do sprawy ambitnie – projektowaniem Tokio zajął się osobny zespół twórców, który odpowiedzialny był tylko i wyłącznie za tę lokację. Możemy liczyć na duży poziom szczegółowości w czterech dzielnicach, które będzie można zwiedzić.
Na całej mapie gry możliwe będzie kupienie w sumie ośmiu garaży, a każdy z nich może stanowić punkt szybkiej podróży. Gracze będą mogli też rozbudowywać tereny osobistej posiadłości, wzbogacając krajobraz o różne nowe elementy, które będzie można później dostrzec w danej lokacji podczas jazdy.
Warto też zaznaczyć, że nowa odsłona serii przywraca znany z Forza Horizon 4 system zmieniających się pór roku, którego zabrakło w części piątej. Po japońskich drogach pojeździmy więc wiosną, latem, jesienią i zimą, co zagwarantuje jeszcze większe zróżnicowanie widoków.
Twórcy sięgają też do starszych odsłon serii w trybie kariery, ponieważ – tak jak chociażby w pierwszej części – grę zaczniemy jako turysta. Stopniowo będziemy piąć się po szczeblach kariery, by dopiero później stać się uczestnikiem tytułowego festiwalu Horizon. Taka forma progresji była zawsze zdecydowanie bardziej angażująca, niż rozpoczęcie zabawy jako gwiazda festiwalu z dostępem do wielu mocnych aut.
Projektanci chcą, by sama swobodna jazda bez konkretnych celów była niezwykle wciągająca, lecz przygotowano też rzecz jasna szereg aktywności i wyścigów. Jazda na czas, zmagania typu Togue na górskich drogach, drift, drag racing, a także szukanie ukrytych w różnych miejscach samochodów – bez wątpienia będzie tu sporo do roboty.
Jakiś czas temu ujawniono także, że wizualna customizacja aut ma być najbardziej rozbudowana w historii serii, a więc miłośnicy modyfikacji samochodów i nadawania im wyjątkowego charakteru mogą spać spokojnie.
Forza Horizon 6 zapowiada się na największą i oferującą najbogatszą zawartość odsłonę popularnego cyklu od studia Playground Games. Już w przyszłym miesiącu przekonamy się, czy obietnice twórców nie były nieco na wyrost, ale jesteśmy dobrej myśli – na wszystkich materiałach przedpremierowych gra wygląda naprawdę imponująco.
Już 17 kwietnia o godzinie 17:00 w Showroomie Lenovo i Motorola w Warszawie odbędzie się kolejna odsłona Gamingowego Piątku — cyklicznego wydarzenia, które na stałe wpisało się w kalendarz atrakcji dla fanów gamingu. Tym razem uczestnicy zmierzą się w emocjonującym turnieju F1, w którym liczyć się będą refleks, precyzja i opanowanie na torze.
Gamingowy Piątek to organizowana co miesiąc impreza dla społeczności graczy, łącząca rywalizację, spotkania z influencerami i wspólne spędzanie czasu w gamingowej atmosferze. Każda edycja przyciąga uczestników, którzy chcą nie tylko sprawdzić swoje umiejętności w turniejach, ale też skorzystać z dodatkowych atrakcji przygotowanych na miejscu. Zagra z nami: Patryk Krutyj!
Podczas wydarzenia na gości czeka nie tylko turniej z nagrodami, ale również catering, obecność influencerów oraz quizy z atrakcyjnymi nagrodami. To świetna okazja, by spotkać innych pasjonatów gamingu, zobaczyć showroom Lenovo i Motorola oraz spędzić piątkowe popołudnie w wyjątkowym klimacie.
W turnieju F1 do wygrania będą:
1. miejsce – konsola Lenovo Legion Go S 2. miejsce – monitor Lenovo Legion R27U-10 3. miejsce – słuchawki Lenovo Legion H600
Liczba miejsc jest ograniczona, dlatego obowiązuje wcześniejsza rejestracja.
To już kolejna impreza z cyklu Gamingowych Piątków i wszystko wskazuje na to, że także tym razem nie zabraknie emocji. Jeśli chcesz poczuć atmosferę gamingowej rywalizacji, spotkać twórców internetowych i spędzić czas w gronie osób, które dzielą tę samą pasję, warto wpaść i dołączyć do wydarzenia.
David Beckham dołącza do Lenovo jako globalny partner. Nie chodzi jednak o klasyczną współpracę wizerunkową – to ruch, który pokazuje, gdzie zmierza sport i technologia.
AI wchodzi na boisko. I zmienia zasady gry.
Lenovo rozwija rozwiązania, które:
redefiniują przygotowanie drużyn i analizę danych
budują nowe doświadczenia dla fanów
optymalizują operacje klubów i organizatorów
otwierają zupełnie nowe źródła przychodów
To samo podejście coraz mocniej przenika gaming. Lepsze decyzje, szybsza analiza, przewaga tam, gdzie liczą się milisekundy.
Beckham reprezentuje świat, w którym talent spotyka technologię. Lenovo pokazuje, jak AI wynosi to połączenie na kolejny poziom.
Premiera globalnej kampanii już w maju – tuż przed FIFA World Cup 2026™.
Lenovo Showroom w Warszawie obchodzi swoje pierwsze urodziny. Z tej okazji przygotowaliśmy dla odwiedzających wyjątkową ofertę specjalną, dostępną wyłącznie na miejscu.
To doskonała okazja, aby nie tylko zapoznać się z najnowszym sprzętem Lenovo i Motorola, ale również skorzystać z atrakcyjnych promocji oraz odebrać prezenty przygotowane specjalnie na tę okazję.
Urodzinowa oferta specjalna
W okresie od 30 marca do 11 kwietnia 2026 roku na klientów czekają wyjątkowe benefity zakupowe:
Przy zakupach za minimum 999 zł – w prezencie tablet Lenovo Tab One
Przy zakupach produktów Motorola za minimum 999 zł – ładowarka Motorola TurboPower
Przy zakupach powyżej 2999 zł brutto – Lenovo IdeaTab jako dodatkowy prezent
To propozycje, które łączą funkcjonalność, mobilność i wygodę – zarówno w pracy, jak i w codziennym użytkowaniu.
Przetestuj sprzęt na miejscu
Lenovo Showroom to przestrzeń, w której można swobodnie przetestować urządzenia, porównać modele i skonsultować się z doradcami. Dzięki temu każdy zakup jest świadomy i dopasowany do realnych potrzeb użytkownika.
Odwiedź nas i świętuj razem z nami
Promocje obowiązują wyłącznie w showroomie Lenovo i Motorola w Warszawie, w Hotelu Warszawa przy pl. Powstańców Warszawy 9 (wejście od ul. Świętokrzyskiej).
Oferta jest ograniczona czasowo oraz ilościowo – obowiązuje do 11 kwietnia 2026 roku lub do wyczerpania zapasów.
Nie przegap tej okazji – odwiedź nasz showroom i skorzystaj z urodzinowych benefitów.
Crimson Desert ma trochę problemów i daleko tej produkcji do ideału, jednak granie w tytuł studia Pearl Abyss najczęściej po prostu sprawia frajdę, a mocne strony przesłaniają na dłuższą metę wady.
Mamy tu do czynienia z rozbudowaną pod wieloma względami grą akcji w otwartym, ogromnym świecie. Nie jest to RPG, więc i – siłą rzeczy – historia czy zaawansowany rozwój postaci schodzą raczej na dalszy plan. Najważniejsze elementy Crimson Desert to eksploracja oraz walka.
Fabuła nie zapada w pamięć – i to trzeba przyznać. Nie jest to więc gra dla tych, którzy oczekują ciekawej, wciągającej narracji. Nie pomaga fakt, że Kliff, czyli główny bohater, jest jednym z najbardziej nijakich i bezbarwnych protagonistów ostatniej dekady. Wątek stopniowego odbudowywania najemniczej kompanii Szarogrzywych i zemsty na rywalach z wrogiego klanu wojowników, to tylko pretekst, by odwiedzać kolejne obszary na wielkiej mapie.
Świat natomiast jest nie tylko pięknie wykonany, ale motywuje też do eksploracji. Warto tu czasem po prostu pobłądzić, pokręcić się po różnych lokacjach, nawet bez celu, ponieważ jest duża szansa, że trafimy na jakąś interesującą drobnostkę. A to jakiś skarb, a to zagadka prowadząca do czegoś ciekawego. Crimson Desert wynagradza nas za bycie turystą i zwiedzanie krainy Pywel. Nagrody często nie są potężne czy wyjątkowo cenne, ale to nie przeszkadza.
Cały kontynent składa się z kilku krain, które w dosyć typowy sposób podzielone są ze względu na środowisko i warunki pogodowe. Zaczynamy w lokacji leśno-zielonej, później mamy też obszary pustynne czy zimowe – absolutna klasyka wielu gier z otwartymi światami. Obecne w tych lokacjach frakcje czy miasta potrafią już być jednak charakterystyczne i jakoś się wyróżniać.
Do tego dochodzi jeszcze dodatkowa warstwa świata, czyli archipelag podniebnych wysp, do złudzenia przypominających te z The Legend of Zelda: Tears of the Kingdom. Crimson Desert zresztą czerpie wiele pomysłów i mechanik z różnych hitów i wcale się tego nie wstydzi. Unoszące się wysoko nad ziemią lokacje są liniowe i bogate w różne środowiskowe zagadki. Często wygodnym rozwiązaniem jest skorzystanie z podniebnego punktu szybkiej podróży, by się tam przenieść, a potem zeskoczyć na powierzchnię i poszybować do celu wybranej misji.
Struktura zadań rzadko jest oryginalna czy wyjątkowo interesująca. Zlecenia i misje są tu po prostu pretekstem do walki czy zdobycia jakichś przedmiotów, choć od czasu do czasu trafią się jakieś zabawne epizody, najczęściej związane z drobnymi prośbami od różnych mieszkańców miasteczek czy wiosek.
Walka jest trochę chaotyczna, lecz na pewno mocno angażuje. Momentami można poczuć się tutaj niczym w grach typu Devil May Cry, choć Crimson Desert nie jest aż tak dynamiczne. Twórcy dobrze bawili się z projektowaniem systemu starć, co widać choćby po tym, że zaimplementowano tutaj nawet chwyty i ciosy rodem z wrestlingu.
Potyczki nie są więc tylko machaniem bronią czy blokowaniem tarczą. Możemy chwycić wroga i rzucić nim w jego kolegów, czasem na kogoś szarżujemy, wykonamy potężny cios obrotowy, czy nawet… zetniemy drzewo i uderzymy nim w większego oponenta. Czujemy się naprawdę potężni i jest to niezaprzeczalna zaleta.
Podczas gry możemy zająć się wieloma różnymi rzeczami, bo twórcy przygotowali mnóstwo różnych systemów – począwszy od gotowania czy łowienia ryb, poprzez rozwój naszego obozu, kończąc na okazjonalnym przełączaniu się na dwójkę innych bohaterów, których niestety potraktowano po macoszemu. Zajmiemy się też łapaniem zbiegów albo szukaniem magicznych ruin i artefaktów.
Nagromadzenie mechanik sprawia, że sterowanie jest trochę przekombinowane i niezbyt wygodne. Przyzwyczajenie się do schematu ruchów, ataków, ciosów, interakcji i zachowań Kliffa wymaga nawet kilku godzin. Niejeden raz wkurzymy się, gdy podskoczymy zamiast podnieść przedmiot leżący na ziemi. Akcje można przypisywać dowolnie do różnych klawiszy klawiatury, niestety zabrakło podobnych opcji dla pada.
Crimson Desert jest grą naprawdę przyjemną dla oka, choć może niektóre efekty pogodowe są przesadzone i nienaturalne. Jednak zasięg rysowania i krajobrazy potrafią tutaj zachwycić. Co najważniejsze – mamy do czynienia ze świetną optymalizacją, która jest w dzisiejszych czasach rzadkością. Za to duży plus dla Pearl Abyss.
W tej produkcji spędzić można nawet 100 godzin. To ogromna gra, w której niektóre elementy są po prostu średnie, ale inne potrafią wciągnąć i przytrzymać na dłużej przy ekranie. Nie jest to może kandydat na grę roku, ale najzwyczajniej w świecie przyjemna ekscytująca przygoda, która daje sporo radości, gdy przyzwyczaimy się do jej bolączek.
Gamingowy Piątek w Showroom Lenovo i Motorola (odbył się 20 marca) ponownie udowodnił, że połączenie esportowych emocji, nowoczesnej technologii i społeczności graczy to przepis na wyjątkowe wydarzenie. Tym razem spotkaliśmy się na wirtualnej murawie EA SPORTS FC26, gdzie od pierwszych minut nie brakowało zaciętej rywalizacji, efektownych akcji i głośnego dopingu.
W wydarzeniu wzięło udział aż 60 uczestników, a atmosfera była naprawdę wyjątkowa – część graczy pojawiła się w koszulkach swoich ulubionych drużyn i piłkarzy, przez co czuliśmy się jak na prawdziwym stadionie.
Na miejscu nie zabrakło również gości specjalnych. Wśród nich pojawił się dziennikarz CD-Action, który miał okazję przyjrzeć się wydarzeniu z bliska i sprawdzić, jak wygląda społeczność Lenovo Legion w akcji. Duże zainteresowanie wzbudziła także obecność influencera Krzy Krzysztofa, który podczas eventu testował najnowszy sprzęt Lenovo. Na jego warsztat trafił m.in. Legion Go 2 – mobilna konsola gamingowa nowej generacji, a także Legion Glasses Gen 2, czyli okulary pozwalające zamienić dowolne miejsce w prywatny, wielkoformatowy ekran do grania i oglądania treści. To rozwiązanie szczególnie przypadło do gustu uczestnikom, którzy mogli zobaczyć, jak wygląda immersja na zupełnie nowym poziomie.
Dużym zainteresowaniem cieszyły się również najnowsze laptopy Lenovo Legion, które reprezentują aktualną generację sprzętu dla najbardziej wymagających graczy. Wyposażone w topowe podzespoły i technologie poprawiające wydajność oraz jakość obrazu, pozwalały na płynną rozgrywkę i maksymalne wykorzystanie możliwości EA SPORTS FC26. Dla wielu uczestników była to okazja, by nie tylko zagrać, ale też przetestować sprzęt, który na co dzień oglądają w materiałach online.
Sam turniej dostarczył mnóstwo emocji – nie brakowało wyrównanych pojedynków, zwrotów akcji i bramek zdobywanych w ostatnich sekundach meczu. Poziom był wysoki, a rywalizacja trwała do samego końca.
Gamingowy Piątek to jednak nie tylko turniej, ale przede wszystkim spotkanie społeczności, która dzieli tę samą pasję. Dziękujemy wszystkim uczestnikom za obecność, energię i świetną atmosferę.
Już teraz zapraszamy na kolejną edycję wydarzenia – w kwietniu zmieniamy klimat i przenosimy się na tor wyścigowy. Będzie szybko, dynamicznie i jeszcze bardziej emocjonująco. Szczegóły już wkrótce!
Solasta 2 zadebiutowała na Steamie w dziale Wczesnego Dostępu. Widać tu obiecujący zalążek porządnej gry RPG, choć trzeba jeszcze poczekać, aż projekt rozwinie skrzydła na przestrzeni kolejnych miesięcy.
Sequel wydanej w 2021 roku produkcji oferuje obecnie pierwszy akt kampanii fabularnej. Na starcie tworzymy czteroosobową drużynę śmiałków, którzy podczas swojej przygody trafią do tajemniczej krainy elfów i spróbują rozwikłać zagadkowy wątek misji zleconej przez pewną boginię.
Każdego bohatera tworzymy sami, tak jak w oryginale. Tym razem jednak wszystkie nasze postacie są powiązane fabularnie – są bowiem przybranym rodzeństwem. To dobre rozwiązanie, które sprawia, że łatwiej nam odczuć bliskość pomiędzy członkami grupy. Nie jest to po prostu zbieranina przypadkowych najemników.
Główny wątek historii rozwija się ciekawie, zahacza nie tylko o wspomnianą tajemnicę bogini światła, ale też o podejrzane działania elfiego królestwa, które stara się pozostać odizolowane od reszty świata. Obecnie w grze fabuły jest jednak za mało, by można było dobrze ją ocenić.
Dialogi są napisane nieźle, a wiele postaci niezależnych, które spotykamy podczas przygody, to ciekawe osobowości. Pomaga fakt, że Solasta 2 oferuje pełny dubbing, więc każdy ma swój charakter. Gra oferuje polskie napisy, jednak jakość tłumaczenia momentami bywa niezadowalająca i wymaga poprawek.
Podczas dialogów podejmujemy czasem różne wybory, które mogą w jakiś sposób wpłynąć na daną sytuację czy przebieg wydarzeń, jednak warto podkreślić, że nie kształtujemy tutaj historii w tak dużym stopniu, jak choćby w Baldur’s Gate 3. Nasze decyzje miewają znaczenie, ale nie są aż tak bardzo istotne w ogólnym rozrachunku – przynajmniej w fabularnej części gry, która jest obecnie dostępna.
W grze zwiedzamy stosunkowo małe lokacje, zaprojektowane jednak tak, żeby zawsze było gdzie zajrzeć w poszukiwaniu jakichś skarbów. Eksplorować możemy jedno większe miasto i poboczne obszary – lasy czy jaskinie. Jeśli chcemy zaskoczyć czających się gdzieś wrogów, możemy włączyć tryb skradania.
Walka to porządne przełożenie mechaniki Dungeons & Dragons (w piątej edycji) na płaszczyznę gry wideo. Starcia są dobrze zbalansowane, wrogowie rzucają przyjemne wyzwanie, a strategiczne myślenie jest niezbędne, by wyjść z każdej potyczki cało. Oczywiście wiele zależy od tego, jak skomponujemy ekipę i jakich zdolności będziemy używać.
To właśnie na walce spędzamy najwięcej czasu – i choć czasem brutalne rozwiązania można ominąć, to nie jest to gra, w której większość sytuacji spornych rozwiążemy za pośrednictwem dialogu czy sprytu. Możliwość uniknięcia walki pojawia się tylko czasami, na przykład po wyborze odpowiedniej opcji podczas rozmowy.
Pierwsza Solasta sprawiała sporo frajdy w kooperacji, dlatego dziwi brak co-opa na premierę wersji Early Access. Momentami irytuje też interfejs, bo niektóre jego elementy są zbyt duże i sprawiają, że podczas rozgrywki na ekranie robi się po prostu niezły śmietnik informacyjny. Trzeba też zaznaczyć, że gra obecnie boryka się z różnymi problemami, choćby nienajlepszą optymalizacją i okazjonalnymi bugami – na szczęście zazwyczaj tylko wizualnymi.
Solasta 2 nie oferuje na razie zbyt wiele do roboty, a twórcy muszą poprawić stan techniczny gry. Przygotowana przez nich zawartość jasno sugeruje jednak, że finalna wersja ma szansę być naprawdę porządnym i rozbudowanym RPG z głębokim, angażującym systemem walki.
Nvidia zaprezentowała DLSS 5, otwierając jednocześnie bramy piekieł. Tysiące wojowników klawiatury ruszyło do ostatecznej walki w mitycznym, socialmediowym Har-Magedonie. Co takiego wywołało to potężne zakłócenie mocy? Nowy DLSS nie spodobał się graczom. Trudno powiedzieć, jak licznej rzeszy, ale z pewnością bardzo głośnej w internecie.
Ad ovo. Nvidia pokazała krótki film prezentujący możliwości nowego DLSS 5, opartego na AI, w kilku grach. Resident Evil, Starfield, Hogwarts Legacy i FIFA to produkcje, w których możemy zobaczyć nowy wynalazek Nvidii. Sam DLSS pojawił się w 2018 roku i od samego początku był oparty na AI. Jego zadaniem było zwiększenie wydajności w grach – początkowo przez skalowanie rozdzielczości, a później także przez generowanie całych klatek. Zaimplementowano go już w setkach głośnych tytułów i nigdy nie był szczególnym punktem zapalnym. Aż do dziś.
Sam skrót DLSS oznacza Deep Learning Super Sampling – superpróbkowanie oparte na głębokim uczeniu – i aż do wersji czwartej dzięki niemu dostawaliśmy po prostu więcej FPS-ów w grach. Tym razem Nvidia poszła o krok dalej – albo, jak piszą niektórzy głośni komentatorzy, o jeden most za daleko. DLSS 5 ma już nie tylko zwiększać liczbę klatek w grach, ale także wyraźnie poprawiać ich grafikę, czyniąc ją bardziej fotorealistyczną. W miejsce dosyć uproszczonej grafiki twarzy dostajemy więc obraz niemal jak z fotografii – choć z ostatecznym entuzjazmem trzeba będzie poczekać do jesieni, kiedy DLSS 5 pojawi się oficjalnie na rynku, a wraz z nim tytuły, które będą go obsługiwać.
Na statycznych ujęciach wygląda to bardzo dobrze, choć wielu internautów opatruje te materiały hasztagiem #aislop. Czym właściwie jest AI slop? To termin określający niskiej jakości, masowo produkowane treści – teksty, obrazy, filmy czy wpisy w mediach społecznościowych – wygenerowane przez sztuczną inteligencję. Słowo slop w języku angielskim oznacza pomyje albo odpadki, co dobrze oddaje pogardliwy stosunek do takich materiałów. Są one traktowane jako bezwartościowe, śmieciowe treści zalewające internet.
Z AI slopem stykamy się dziś już codziennie. Zalewają nas filmy generowane przez AI – lew ratujący dziecko, które w zoo wpadło za ogrodzenie, „śmieszne” scenki z babciami w absurdalnych sytuacjach czy bóbr skaczący na nartach na wielkiej skoczni. Filmy te osiągają miliony wyświetleń, a my coraz częściej, oglądając coś w social mediach, zastanawiamy się, czy to jeszcze rzeczywistość, czy już AI. I ten trend pogłębia się każdego dnia. Śmieciowych treści tworzonych przez sztuczną inteligencję powstają setki tysięcy dziennie – i będzie ich tylko więcej. Będą coraz bardziej przypominać prawdziwe materiały, aż w końcu sami przestaniemy odróżniać fikcję wygenerowaną przez AI od realnego świata.
Nic więc dziwnego, że powstał swoisty ruch oporu wobec Skynetu, który zabiera się za podbój ludzkości w zupełnie inny sposób niż jego pierwowzór z Terminatora. To właśnie ta frakcja odsądza Nvidię od czci i wiary, nazywając jej wynalazek największym błędem firmy.
W AI wpompowano już biliony dolarów – w infrastrukturę, badania i aplikacje. Nic też nie wskazuje na to, by prace nad sztuczną inteligencją miały się zatrzymać. Przeciwnie: wszystko sugeruje ich dalszą intensyfikację, a wraz z nią jeszcze większą obecność AI slopu. Czy jednak DLSS 5 można traktować jako slop? Według mnie – przynajmniej na tym etapie – zdecydowanie nie.
Obrazy, które Nvidia pokazała w swoim filmie promocyjnym, zrobiły na mnie duże wrażenie. Efekt DLSS 5 jest bardzo kinowy, a co ważne – działa z grami, które przecież nie były pisane specjalnie pod niego. Zamiast tradycyjnego renderowania oświetlenia i materiałów przez silnik gry, DLSS 5 wykorzystuje sztuczną inteligencję do „nasycania” pikseli fotorealistycznymi efektami świetlnymi i teksturami w czasie rzeczywistym. Ta technologia ma niemal całkowicie zacierać granicę między renderowanym obrazem a rzeczywistością. Odpalamy sobie takiego Starfielda i nagle mamy wrażenie, że oglądamy hollywoodzką superprodukcję.
W tym miejscu znajdą się oczywiście tacy, którzy powiedzą, że jest to raczej zatarcie obrazu przez obryzganie go hałdami AI. I jest w tym sporo prawdy. Tyle że… DLSS od samego początku był oparty na AI. Sztuczna inteligencja powstała właśnie po to, by przyspieszać procesy, usprawniać je i ulepszać. I od początku robiła to również za pomocą DLSS.
Na mnie piąta wersja zrobiła duże wrażenie, mimo że mam już odruch wymiotny, kiedy widzę na Facebooku kolejny film, w którym pies ratuje dziecko albo babcia skacze ze spadochronem z Mount Everestu. Tyle że wykorzystanie AI do poprawiania grafiki w grach uważam akurat za sensowne i właściwe zastosowanie tej technologii.
Studzę jednak entuzjazm do chwili, kiedy zobaczę jakiś tytuł, który rzeczywiście będzie z niej korzystał. Oczami wyobraźni widzę Cyberpunka w DLSS 5 i nie będę ukrywał, że jara mnie ta wizja. Nie jestem jednak niepoprawnym optymistą i zdaję sobie sprawę z tego, że efekt końcowy może wyglądać sztucznie. Ale to będzie można stwierdzić dopiero wtedy, gdy pojawią się pierwsze gry i sami będziemy mogli w nie zagrać.
Hejtowanie i demonizowanie DLSS 5 już na tym etapie wydaje mi się trochę przejawem wymuszonego nonkonformizmu na pokaz.
Slay the Spire 2 to dosyć bezpieczny sequel, jednak oferujący tyle nowej zawartości, że nawet najbardziej hardkorowi fani oryginału będą pod wielkim wrażeniem. Ten tytuł zachwyca, chociaż to dopiero początek fazy Wczesnego Dostępu.
Twórcy hitu sprzed niemal dekady postawili sobie jasny cel – chcieli stworzyć grę, która zaoferuje wszystko to, co oryginał, ale też zaproponuje więcej zawartości, która przy okazji będzie bardziej różnorodna. W praktyce działa to świetnie, a gra robi niesamowite wrażenie już teraz, chwilę po premierze wczesnej wersji.
Podstawy rozgrywki pozostają niezmienione. Nadal mamy do czynienia z roguelite’ową karcianką z turowymi pojedynkami i przemierzaniem kolejnych lokacji w drodze do potężnych bossów, ze zdobywaniem artefaktów i ulepszeń w trakcie podróży, by rozwijać nasze możliwości.
Na start dostajemy jedną klasę, typowego wojownika znanego z poprzedniej części. Szybko odblokowujemy jednak kolejne postacie – w sumie w wersji Early Access mamy aż piątkę różnorodnych bohaterów, którzy oferuje zupełnie odmienne style rozgrywki. Wspomniany wojownik polega na sile i zwykłych obrażeniach, ale pozostałe klasy wprowadzają ciekawe urozmaicenia.
Najbardziej interesującą bohaterką jest Nekromantka, którą można budować tak, by zwiększać siłę jej kościanego towarzysza działającego jak jej tarcza. Można też jednak pójść w innym kierunku i dobierać karty oraz ulepszenia w taki sposób, by skupić się na wykorzystaniu mechaniki Zagłady – klątwy, której nakładanie na wrogów może doprowadzić do ich pokonania jeszcze zanim stracą wszystkie punkty życia. Jest to niezwykle satysfakcjonujące.
Powracają też dwie inne postacie znane z pierwszej części – Defekt korzystający z magicznych sfer wyładowujących różne rodzaje energii, a także polegająca na sztyletach lub truciznach zabójczyni The Silent. Bardziej skomplikowany jest ostatni bohater, debiutujący w serii Regent, który wprowadza mechanikę zarządzania nie jednym, a dwoma rodzajami zasobów do wydawania na używanie kart.
Biorąc pod uwagę liczbę klas, w Slay the Spire 2 mamy naprawdę mnóstwo zabawy. Przejście obecnej wersji każdą postacią to świetne wyzwanie na początek, a później przecież mamy kolejne poziomy Wzniesienia – swego rodzaju Nowej Gry Plus z różnymi utrudnieniami.
Imponuje też liczba kart, przedmiotów – chociażby mikstur – i artefaktów, które diametralnie potrafią wpływać na nasz build i na to, jak gramy. Pierwszy rzut oka na grę może prowadzić do błędnych wniosków, że to „praktycznie to samo”, co część pierwsza, jednak spędzenie z sequelem choćby godziny wystarcza, żeby osobiście się przekonać, jak dużo nowości przygotowali twórcy.
Ciekawym dodatkiem jest opcjonalny tryb kooperacji. Obecnie gra oferuje możliwość zabawy tylko ze znajomymi, a wyszukiwanie chętnych do gry online pojawi się zapewne w przyszłości. To eksperymentalne rozwiązanie działa zaskakująco dobrze i projektantom udało się nawet zadbać o pewien balans rozgrywki. Cztery osoby mogą tu grać różnymi klasami, operować własnymi kartami i przedmiotami, a wrogowie mają tylko odpowiednio podkręcone punkty życia.
Kwestią gustu pozostaje styl oprawy wizualnej, praktycznie niezmieniony, dopracowany tylko lepszymi animacjami i bardziej jakościowym wykończeniem modeli czy efektów specjalnych. Nie jest to najpiękniejsza gra wideo w historii, ale z pewnością nie można powiedzieć, że nie wyróżnia się na tle innych rogalików.
Slay the Spire 2 to szalenie wciągająca produkcja, którą można śmiało polecać już teraz. Do premiery wersji 1.0 pozostał zapewne rok, jednak nawet obecnie gra może zapewnić dziesiątki, jeśli nie setki godzin doskonałej zabawy.