Najnowsze dzieło włoskiego Kunos Simulazioni zadebiutowało w dziale Early Access na Steamie. Mocno czuć, że to wczesna wersja, ale można być niemal pewnym, że będzie lepiej.
Assetto Corsa EVO to obecnie gra okrojona. Przez lata różne produkcje debiutujące we Wczesnym Dostępnie na platformie Valve pokazywały już, że od samego początku mogą oferować spory poziom dopracowania czy zawartości. EVO takie nie jest. Ten tytuł przypomina, co naprawdę może oznaczać „wczesny dostęp”.
Produkcja oferuje obecnie tylko dwadzieścia samochodów. Kolejne będą wprowadzane w przyszłości – oczywiście za darmo. Finalnie, wersja 1.0 ma oferować ponad setkę aut. Na szczęście dostępne już pojazdy są odpowiednio różnorodne. Mamy tu na przykład Alfę Romeo Giulię, Alpine’a A110, Audi RS3, Camaro ZL1 czy też stricte sportowe, potężne Porsche 911 GT3 Cup i Mercedesa AMG GT2.
Od pierwszych chwil EVO przypomina, że Assetto Corsa to prawdziwy symulator, który nigdy nie idzie na skróty i nie oferuje ułatwień, które gracze mogą kojarzyć choćby z serii Forza Motorsport czy Gran Turismo. Najwięcej zależy tutaj bowiem od samochodu i jego faktycznych ustawień oraz możliwości, a mniej od ogólnych asyst, które wybieramy sobie z poziomu menu.
Osoby przyzwyczajone do nieco bardziej popularnych gier wyścigowych mogą w Assetto Corsa EVO odkryć przyjemność z nauki jazdy. Siadanie za kierownicą słabszych aut nie jest tutaj przykrym doświadczeniem i czymś, co robimy tylko po to, by jak najszybciej dostać się dalej, do mocniejszych maszyn.
Stopniowe poznawanie aut oraz tego, na co je stać, a także uczenie się torów, jest szalenie satysfakcjonujące. Wszystko to za sprawą fantastycznego modelu jazdy, który przygotowali deweloperzy z włoskiego studia. W EVO jazda sprawia po prostu ogromną frajdę i rzuca spore wyzwanie. Pokonywanie kolejnych kilometrów to czysta przyjemność, podobnie jak poznawanie nowych trudności – choćby jazdy w deszczu.
Dlatego też właśnie nieco łatwiej wybaczyć obecnej wersji gry pewne braki i problemy, jak na przykład wciąż nie działający poprawnie tryb online. Optymalizacja także pozostawia wiele do życzenia. Można przypuszczać, że nie poświęcono zbyt dużo zasobów na wewnętrzne testy przed premierą. Trzeba jednak przyznać, że pod względem oprawy, gra potrafi robić wrażenie – szczególnie audio jest szczególnie udane. Odgłosy aut są lepsze niż w konkurencyjnych tytułach.
Liczba tras też nie zachwyca. Na razie możemy pojeździć tylko na Imoli, Brands Hatch, Laguna Seca, Mount Panorama i na Suzuce. W najbliższych aktualizacjach otrzymamy dodatkowo trasę Fuji czy niezastąpione Nürburgring Nordschleife.
A propos Nürburgring, nie można nie wspomnieć o ambitnych i fascynujących planach twórców. Jeszcze w tym roku do gry trafić ma mapa z otwartym światem – usytuowana właśnie dookoła słynnego, niemieckiego toru. Obszar ten ma być ponad dziesięć razy większy niż największa mapa z cyklu Forza Horizon.
To robi wrażenie i naprawdę nie możemy się doczekać, by przetestować ten specyficzny i wyjątkowy – jak na gatunek symulatorów motoryzacyjnych – tryb rozgrywki. To jednak kwestia przyszłości, bo na razie twórcy muszą skupić się na naprawianiu tego, co niedoskonałe.
Assetto Corsa EVO trudno polecić w tym momencie. Świetny model jazdy daje jednak duże nadzieje na przyszłość, tym bardziej, że twórcy udowodnili już w przeszłości, że potrafią zrobić fantastyczne gry wyścigowe.
Kingdom Come Deliverance 2 to świetny sequel. Jeśli polubiliście pierwszą część serii, to nowa produkcja studia Warhorse po prostu zrobi na was piorunująco dobre wrażenie.
Nie ma co ukrywać – jeżeli kogoś odrzucił styl rozgrywki w pierwowzorze, to raczej nie powinien próbować swoich sił w kontynuacji. Niemal każdy element gry jednak w jakimś stopniu ulepszono, więc być może nawet przeciwnicy oryginału tym razem pozytywnie się zaskoczą.
Kingdom Come Deliverance 2 jest grą RPG, którą trudno porównać do innych przedstawicieli gatunku. Wszystko przez sporą dawkę przyziemnych aspektów rozgrywki. Brudne odzienie należy uprać, trzeba też w miarę regularnie się myć, naprawiać ekwipunek i uzbrojenie.
Z początku mozolne bywa też zarabianie pieniędzy, niezbędnych w wielu sytuacjach. Pasuje to jednak do sytuacji, w której znajduje się nasz bohater. Musi porządnie o siebie zadbać, by osiągnąć swój cel.
Historia rozpoczyna się w zasadzie od razu po zakończeniu pierwszej części. Henryk i Jan jadą z poselstwem do twierdzy Troski. Coś jednak idzie nie po ich myśli – i nie docierają nawet na miejsce. W wyniku pewnych niebezpiecznych wydarzeń znajdują się w bardzo nieciekawym położeniu. Janowi nikt nie chce wierzyć, że jest szlachcicem, oboje z Henrykiem prezentują się jak włóczędzy.
Powoli trzeba więc zarobić, zdobyć lepsze odzienie i wyrobić sobie stosunki z mieszkańcami kilku wsi w regionie przynależnym do Trosek – choćby wykonując ich zlecenia. Czasem banalne, czasem skomplikowane, przeradzające się w intrygujące serie wydarzeń. Fabuła rozkręca się niezbyt szybko, ale to wcale nie przeszkadza, a nawet pozwala lepiej poznać i wczuć się w ten świat i okoliczności.
Główny wątek jest świetnie zrealizowany i poprowadzony. Misje są różnorodne, a ostatnie kilka godzin fabuły to naprawdę emocjonalny kawał interaktywnej opowieści. Mocno czujemy, co przechodzi nasz bohater – a finałowa scena stanowi piękne podsumowanie całej, długiej podróży, która rozpoczęła się oczywiście w pierwszym Kingdom Come.
Zadania poboczne także świadczą o talencie scenarzystów. Konstrukcja zdecydowanej większości opcjonalnych misji jasno pokazuje, że mamy do czynienia z jedną z najlepiej napisanych gier ostatnich lat. Ciekawe wątki, intrygujące wydarzenia, zwroty akcji, mało przewidywalności i naturalni bohaterowie – ten sequel ma to wszystko.
Pod względem rozgrywki, Kingdom Come Deliverance 2 oferuje identyczne fundamenty gameplayowe. Każdy element zabawy jest nieco rozwiniętą lub lekko ulepszoną wersją jakiegoś systemu z jedynki – dotyczy to zarówno walki, jak i alchemii, skradania się czy kradzieży kieszonkowej albo po prostu eksploracji. Dzięki temu w sequel gra się trochę wygodniej, wszystko jest jakby nieco płynniejsze.
Choćby właśnie walka wydaje się trochę bardziej dynamiczna, mniej sztywna. To nadal jednak identyczny niemal mechanizm pojedynków i wyprowadzania ciosów z kilku różnych kierunków, połączony z w miarę realistycznym systemem pancerzy oraz obrażeń – więc wciąż łatwo o przegraną, jeśli przecenimy swoje siły.
Strzelanie z łuku też jest trochę wygodniejsze, choć oczywiście na początku przygody nie jesteśmy w tym mistrzami. Jak wszystkie umiejętności, także łucznicze talenty rozwijamy poprzez powtarzanie konkretnych czynności – im więcej czymś się zajmujemy, tym stajemy się w danej dziedzinie lepsi. Dotyczy do elementów związanych z walką, rozmowami, craftingiem czy jazdą konną.
Oczywiście siłowe rozwiązania to jedno, ale gra często oferuje dużą swobodę. Czasem lepiej będzie spróbować z kimś porozmawiać, a czasem najlepszym wyjściem okaże się kradzież kieszonkowa czy włamanie – wszystko zależy od nas i naszych zdolności oraz planów.
Podczas co najmniej 60-65 godzin przygody w Bohemii zwiedzamy piękne lasy, wioski i pola, a także jedno z najlepiej przedstawionych średniowiecznych miast w grach wideo, czyli Kuttenbergu. Lokacje zdecydowanie pomagają budować wspaniały klimat i atmosferę.
Pozytywnie zaskakuje optymalizacja wersji PC. Sequel działa w momencie premiery lepiej niż oryginał po wielu latach od debiutu. Widać, że pozostanie przy CryEngine było dobrą decyzją – twórcy po prostu stali się specjalistami od tego silnika. Techniczne problemy pojawiają się bardzo rzadko, ograniczając się do graficznych glitchy – takich jak widok deszczu padającego pod ziemią.
Ogólnie rzecz biorąc, Kingdom Come Deliverance 2 jest grą wspaniałą. To nadal produkcja, która cechuje się wyjątkowo specyficzną i potencjalnie średnio przystępną rozgrywką, ale świetnie skonstruowana fabuła i niepowtarzalny charakter tego tytułu sprawiają, że naprawdę trudno się od dzieła studia Warhorse oderwać.
Serdecznie zapraszamy na Intel® Extreme Masters Katowice 2025, które odbędzie się w dniach 7–9 lutego w katowickim Spodku. Równolegle, w Międzynarodowym Centrum Kongresowym, będzie miało miejsce IEM Expo, gdzie Lenovo Legion wraz z RTV EURO AGD przygotowali dla Was wyjątkową strefę GAME ZONE pełną atrakcji.
Lenovo Legion zaprasza Teleturniej by Lenovo Legion!
W sobotę i w niedzielę odbędzie się zabawa na zasadach znanego i lubianego teleturnieju „Kłamczuch”. W zabawie weźmie udział sześciu graczy, którzy na początku zajmują swoje miejsca przy stanowiskach gamingowych i deklarują, że nie są Kłamczuchami. W rzeczywistości jednak jedna osoba zna prawidłowe odpowiedzi wraz z ich punktacją i stara się manipulować grą tak, by pozostałym uczestnikom nie udało się odkryć jej tożsamości. Prowadzący zadaje pytania, a odpowiedzi graczy są oceniane według ich popularności. Po każdej rundzie uczestnicy oddają głosy, wskazując osobę, którą podejrzewają o bycie Kłamczuchem. Jeśli podejrzany otrzyma co najmniej trzy głosy, odpada z rozgrywki. W przypadku wyeliminowania Kłamczucha pozostali zachowują swoje punkty, jeśli jednak nadal pozostaje w grze, wszyscy tracą połowę dotychczasowego dorobku punktowego.
Co się będzie działo na naszej strefie GAME ZONE?
Piątek, 7 lutego:
10:00 – 10:30: Otwarcie strefy GAME ZONE
11:00 – 11:45: Rozgrywki CS2
12:00 – 15:00: Spotkanie z Pashą i Fusialką
17:00 – 19:00: Wizyta TechnoStrefy oraz konkursy
15:00 – 20:00: Rozgrywki w gry i mini quizy
Sobota, 8 lutego:
10:00 – 11:00: Otwarcie strefy i rozgrzewka z Radiem ESKA
11:00 – 13:00: Spotkanie z Pashą
14:00 – 15:00: Meet & Greet z Natanem Zgorzykiem
15:00 – 15:30: Teleturniej powered by Lenovo Legion
14:00 – 17:00: Spotkanie z Fusialką
17:00 – 20:00: Rozgrywki w gry i mini quizy
Niedziela, 9 lutego:
10:00 – 11:00: Otwarcie strefy i rozgrzewka z Radiem ESKA
11:00 – 13:00: Spotkanie z Pashą
13:30 – 14:30: Meet & Greet z Izakiem
14:00 – 16:00: Spotkanie z Fusialką
15:00 – 15:30: Teleturniej powered by Lenovo Legion
17:00 – 20:00: Wspólne oglądanie finału IEM Katowice 2025
To tylko mały wstęp! Ze strony ekipy Lenovo Legion możecie liczyć na wiele dodatkowych atrakcji! Będziecie mogli wziąć udział w quizach, turniejach w CS 5v5, 2v2 Wingman oraz 1v1 i wygrać atrakcyjne nagrody.
Na strefie Lenovo Legion uczestnicy będą mogli sprawdzić swoje umiejętności w szeregu emocjonujących rozgrywek gamingowych. W piątek od godziny 11:00 rozegrane zostaną mecze w trybie 1vs1 w CS2, podczas których hości zbiorą 16 uczestników do pięciorundowej rywalizacji, trwającej około 5 minut na każdą rundę. Po południu, o 15:20, gracze zmierzą się w trybie 2vs2 Wingman, obejmującym trzy intensywne rundy. Wieczorem zaś, od 19:00, dziesięcioosobowe drużyny staną naprzeciw siebie w wielkim meczu 5vs5. Sobota i niedziela przyniosą kolejne turnieje w trybach 1vs1, 2vs2 oraz 5vs5, dostosowane do poziomu uczestników, z dodatkowymi zapisami oraz profesjonalnym wsparciem organizatorów. Rozgrywki będą okazją nie tylko do rywalizacji, ale także do zdobycia atrakcyjnych nagród.
Przeżyj niezapomniane chwile w strefie Lenovo Legion i RTV Euro AGD podczas IEM Katowice 2025!
Seria Dynasty Warriors powraca po latach – i jest to powrót naprawdę udany. Origins można śmiało polecić nie tylko największym fanom tej serii.
Na wstępie słowo wyjaśnienia. „Origins” w tytule może bowiem sugerować, że mamy do czynienia z prequelem. Jest tak tylko w pewnym sensie. Akcja gry zaczyna się tylko nieco wcześniej niż zazwyczaj… Ponieważ wszystkie części Dynasty Warriors to reinterpretacja tych samych wydarzeń przedstawionych w XIV-wiecznej Opowieści o Trzech Królestwach.
Ta chińska powieść łącząc fakty historyczne z heroiczno-romantycznymi upiększeniami, przedstawia burzliwe dzieje upadku wielkiej dynastii Han i późniejszego chaosu oraz walki o władzę. W cyklu Dynasty Warriors mogliśmy zawsze wcielać się w różnych bohaterów wszystkich stron konfliktu. Origins jest jednak inne, ponieważ po raz pierwszy wprowadzono tutaj nową postać, stworzoną specjalnie na potrzeby gry.
To akurat jedna z wad Origins. Niemy bohater jest w zasadzie pozbawiony charakteru – co zupełnie nie pasuje do cyklu Dynasty Warriors. Na szczęście nie zabrakło tutaj wielu barwnych postaci pobocznych, które często przejmują pałeczkę w scenkach przerywnikowych. Te skupiające się na naszym bohaterze są po prostu nudne.
Poza nowym protagonistą, największą nowością w Origins na tle całej serii jest wprowadzenie eksploracji z poziomu mapy świata. Niczym w cyklu Total War poruszamy się po mapie regionu, zbierając surowce, czasem z kimś rozmawiając czy rozpoczynając kolejne bitwy. To ciekawy dodatek, nie wnoszący jednak większych emocji.
Podstawą gry pozostaje jednak już mocno klasyczna dla cyklu Dynasty Warriors rozgrywka, czyli bitwy, w których walczymy z tłumami wrogów. Często na naszej drodze stają kilkudziesięcioosobowe oddziały przeciwnika, a nieraz zdarzy się, że najlepszymi atakami pokonamy setki żołnierzy.
Do dyspozycji mamy różne rodzaje broni, które odblokowujemy stopniowo w trakcie ponad 30 godzin kampanii fabularnej. Każdy rodzaj oręża oferuje inne ataki, zawsze możemy więc urozmaicić przygodę, po prostu zmieniając broń. Warto zresztą zmieniać uzbrojenie, by równo rozwijać wszystkie typy posiadanych narzędzi wojny.
Podczas bitew zwykli żołnierze wroga nie stanowią większego wyzwania i są tam tylko po to, byśmy mogli poczuć się potężni – i tak się w istocie czujemy. Dynasty Warriors: Origins w zupełności spełnia swój główny cel, czyli sprawia, że mamy wrażenie sterowania najsilniejszym wojownikiem w historii.
Walki bywają jednak wyzwaniem. Trudni mogą być chociażby kapitanowie czy generałowie. Pokonanie ich może być już bardziej skomplikowane. Tutaj także pojawia się kolejna nowość, czyli możliwość – czasem konieczność – parowania ciosów oponenta. Odbijanie ataków jest na szczęście w miarę proste, także nie trzeba się obawiać, że twórcy zrobili z Dynasty Warriors drugie Sekiro.
Starcia są szalenie efektowne, czy raczej: efekciarskie. W każdym razie, z pewnością potrafią zrobić wrażenie. Szczególnie najważniejsze bitwy i ich kulminacyjne momenty, gdy całe obszary wypełnione są żołnierzami rywalizujących frakcji, a oddziały stosują imponujące manewry ofensywne.
Dynasty Warriors: Origins nie próbuje wymyślać koła na nowo, ale oferuje pewne urozmaicenia klasycznej formuły rozgrywki. Wszystkie nowości są niezłe, poza nijakim głównym bohaterem. Walka niezmiennie wciąga i oferuje doznania, jakich dostarczają tylko gry od studia Omega Force. To udany powrót serii po latach przerwy.
Nowy rok przynosi nową okazję na zakup wymarzonego laptopa! Lenovo Polska rusza z promocją „Cashback YOGA”, która obejmuje wybrane modele laptopów serii Yoga. W ramach tej akcji, kupując wybrany model w okresie od 20 stycznia do 28 lutego 2025 r., możesz otrzymać zwrot gotówki w wysokości nawet do 1000 zł!
Jak to działa?
Zasady są proste. Wystarczy kupić laptop Lenovo Yoga objęty promocją u jednego z autoryzowanych partnerów, a następnie zarejestrować zakup na stronie promocji: www.lenovopolska.pl/cashback. Rejestracja jest dostępna od 20 stycznia, a zgłoszenie należy wysłać w ciągu 14 dni od zakupu.
Modele i wysokość cashbacku:
Yoga Slim 6 – zwrot 600 zł,
Yoga Slim 7, Yoga Pro 7, Yoga 7 – zwrot 700 zł,
Yoga Slim 9, Yoga Pro 9 – zwrot 900 zł,
Yoga Book – zwrot aż 1000 zł!
Lista modeli objętych promocją dostępna jest na stronie internetowej oraz w regulaminie akcji.
Dlaczego warto?
Lenovo Yoga to seria laptopów stworzona z myślą o wymagających użytkownikach, którzy cenią sobie nowoczesny design, niezawodną wydajność oraz innowacyjne rozwiązania. Teraz te zaawansowane urządzenia są dostępne w jeszcze bardziej atrakcyjnych cenach.
Nie czekaj, promocja trwa tylko do końca lutego, a liczba zwrotów jest ograniczona. Zrób pierwszy krok w stronę lepszego sprzętu na Nowy Rok i skorzystaj z promocji „Cashback YOGA”!
Pełne informacje o produktach objętych promocją „Cashback YOGA” znajdziesz na oficjalnej stronie Lenovo pod adresem https://www.lenovo.com/pl/pl/yoga/. Znajdziesz tam szczegółowe specyfikacje techniczne, funkcje oraz unikalne cechy każdego modelu, które pomogą Ci wybrać laptop idealnie dopasowany do Twoich potrzeb.
Nie zwlekaj – odwiedź stronę Lenovo i przekonaj się, który model Yoga będzie Twoim niezawodnym towarzyszem na lata!
Nową grę studia Heart Machine trudno z czystym sumieniem polecić w tej chwili, ale to z pewnością tytuł, który warto dodać na steamową listę życzeń.
Roguelite osadzony w uniwersum fantastycznej gry Hyper Light Drifter przeszedł bolesną drogę do premiery. Wielokrotne opóźnienia, strata wydawcy, zmiany koncepcji. Nic dziwnego więc, że wersja Early Access nie jest idealna. Jest tu jednak potencjał na świetną i wciągającą grę.
Założenia przygody są proste. Z głównej bazy przenosimy się do świata gry – sporej, otwartej wyspy. Musimy tam zdobywać materiały zwane Prism, by dzięki nim otwierać areny z bossami. W międzyczasie eksplorujemy okolice, by zdobywać zasoby, broń i ekwipunek. Do bazy możemy wrócić w dowolnym momencie, o ile dotrzemy do punktu ewakuacji i wytrzymamy atak fali przeciwników.
Hyper Light Breaker oferuje nieźle przemyślane systemy związane z roguelite’ową formułą zabawy. Każdy przedmiot – miecz, strzelba, zbroja czy jakieś ulepszenie postaci – ma określoną liczbę punktów „wytrzymałości”. Wyznaczają one, ile dany przedmiot może przetrwać śmierci gracza. Nie tracimy więc całego sprzętu po każdym zgonie.
W bazie możemy ulepszać bohatera i ekwipunek, a także kupować nowe wyposażenie czy zaprosić do gry znajomych (jest tu system kooperacji). Poruszanie się po bazie i korzystanie z usług różnych postaci nie jest jednak na początku zbyt intuicyjne, ponieważ w grze brakuje prostego i przejrzystego tutoriala. Szkoda też, że niektóre upgrade’y postaci wymagające dosyć cennych zasobów są wręcz absurdalnie mało imponujące – choćby takie, które zwiększa możliwość szybowania o… całe pół sekundy.
Kiedy trafiamy na wyspę, miejsce właściwej rozgrywki, mamy totalną swobodę w zakresie wykonywania celów i poruszania się po lokacji. Możemy zdecydować, czy chcemy tylko pozbierać trochę łupów i wrócić do bazy, czy jednak skupić się na dotarciu do bossa. Wyspę eksplorujemy za pomocą przyjemnej w obsłudze deski hoverboard, niczym na futurystycznym snowboardzie.
Wszędzie na naszej drodze stają oczywiście przeciwnicy. To różnego rodzaju jednostki – od żołnierzy z bronią palną po dziwne potwory. Wszyscy są jednak równie niebezpieczni. Hyper Light Breaker jest bez dwóch zdań grą trudną, w której chwilę nieuwagi często można przypłacić życiem.
System walki pozwala nam atakować bronią białą, wykonywać proste combosy i aktywować specjalne, potężne zdolności – inne dla każdego rodzaju broni. Mamy też parę rodzajów broni palnej, lecz amunicję dosyć trudno odzyskiwać, przynajmniej na początku przygody.
Jest też system parowania ciosów, w teorii bardzo przydatny, gdyż pozwala zregenerować nieco utraconego HP. W praktyce jednak, to jeden z najgorszej zrealizowanych mechanizmów tego typu – niezwykle trudno po prostu wyczuć odpowiedni moment, żeby dobrze odbić wrogi cios. Jest to źródłem częstej frustracji. Zresztą, sygnalizacja ataków przeciwników jest ogólnie rzecz biorąc zbyt słabo zrealizowana.
Nie pomaga też obecny system leczenia, który sprawia, że nawet gdy odblokujemy już apteczki, to nie uzupełniamy ich zapasu automatycznie na starcie wyprawy. Żeby mieć przy sobie środki leczące, musimy wcześniej zebrać odpowiednie zasoby z kwiatów i roślin – jest to zbędny i irytujący sposób na sztuczne utrudnienie rozgrywki.
Hyper Light Breaker cierpi też na problemy natury technicznej. Optymalizacja pozostawia wiele do życzenia, a dostępnych opcji graficznych jest przeraźliwie mało – nie można więc za bardzo dostosować warstwy wizualnej do możliwości swojego peceta. Nieraz trafimy też na różnego rodzaju bugi, choćby z wrogami, którzy na nas nie reagują, albo zacinają się w teksturach mapy.
Grę zdecydowanie warto mieć na uwadze, bo widać tutaj potencjał na angażującego rogalika z pięknym, kolorowym światem. Twórcy muszą jednak dopracować jednak największe wady wczesnej wersji, bo obecnie przygoda po prostu zbyt często frustruje.
Choć gry RTS praktycznie zniknęły już ze sceny wysokobudżetowych produkcji, to wciąż mają się dobrze na poletku gier indie. Mniejszy budżet wcale nie oznacza gorszej jakości.
W 2025 roku ukaże się kilka naprawdę ciekawych strategii czasu rzeczywistego. Oto pięć najbardziej interesujących RTS-ów, jakie trafią na Steama w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy.
Produkcja od studia Slipgate to coś dla fanów serii Command & Conquer. Kampanie fabularne zaoferują nawet scenki CGI przywodzące na myśl przerywniki filmowe z Red Alerta.
Tempest Rising odda w ręce graczy aż trzy różnorodne frakcje, charakteryzujące się odmiennym stylem gry i ekonomią – oraz oczywiście zupełnie innymi jednostkami. Wszystko to w otoczce klasycznego RTS-a z rozbudową bazy.
Twórcy chcą też zadbać o tryb sieciowy. Zagramy w tryby niestandardowe, zmierzymy się z botami albo innymi graczami w starciach rankingowych z punktacją Elo, wskazującą nasz poziom umiejętności. Premierę zaplanowano na kwiecień.
Era One
Ta strategia zabierze nas w kosmos. Ten RTS wyróżnia się przede wszystkim rozbudowanym systemem rozwoju i modyfikacji głównej bazy, która – podobno – ma nie stawiać przed nami żadnych ograniczeń w zakresie liczby ulepszeń i zwiększenia jej rozmiarów.
Interesująco zapowiada się też mechanizm konstruowania statków kosmicznych według własnego projektu. Stworzone samodzielnie pojazdy wyślemy do boju, a bitwy obudzą w nas wspomnienia z serii Homeworld.
Deweloperzy obiecują też, że kampania fabularna zachwyci jakością historii. Czy tak będzie w istocie, przekonamy się pod koniec lutego.
D.O.R.F.
O ile wspomniany wyżej Tempest Rising wzorując się na serii C&C proponuje nowoczesną oprawę graficzną, tak D.O.R.F. Real-Time Strategic Conflict celowo chce zabrać nas w podróż do przeszłości.
Twórcy także czerpią inspiracje z cyklu Command & Conquer, oferując jednocześnie oprawę graficzną, która może kojarzyć się chociażby z pierwszą odsłoną Red Alert. Modele jednostek i lokacje wykonano jednak naprawdę starannie, z dbałością o szczegóły.
Poza tym otrzymamy tradycyjny, klasyczny model rozgrywki z rozbudową bazy, dbaniem o stały dopływ surowców i konstruowaniem odpowiednich jednostek, by skontrować plany wroga i zniszczyć jego bazę.
Empire Eternal
Kojarzycie serię Empire Earth? Jeśli za nią tęsknicie, to koniecznie powinniście mieć na oku Empire Eternal. Twórcy tej gry wzorują się właśnie na wspomnianym klasyku od Sierry.
W kampanii wybierzemy jedną z dostępnych cywilizacji i poprowadzimy ją do chwały na przestrzeni wielu wieków. To znaczy, że będziemy toczyć bitwy z udziałem rycerzy i konnicy, by jakiś czas później produkować już samoloty i żołnierzy z karabinami.
Poza kampanią twórcy chcą zaoferować też rozbudowany tryb sieciowy, a także potężne wsparcie dla modów. Fani będą mogli tworzyć podobno nie tylko nowe mapy, ale też własne jednostki.
Sanctuary: Shattered Sun
Gra studia Enhearten Media to coś dla miłośników starć na wielką skalę, niczym z Planetary Annihilation czy Supreme Commander. Zresztą, sam twórca wspomnianych serii, Chris Taylor, powiedział, że Sanctuary można nazwać duchowym spadkobiercą jego dzieł.
Bitwy z udziałem setek czy nawet tysięcy jednostek to oczywiście ekscytująca perspektywa. Twórcy zaoferują jednak możliwość obserwowania potyczek na ogromnych powierzchniach. Uzbrojenie i specjalne zdolności dowódców pozwolą chociażby zamrażać całe oceany czy kontrolować pogodę.
Sanctuary: Shattered Sun ma być grą, w której najważniejsze będzie tak zwane macro, a więc zarządzanie ekonomią i dobór jednostek. Twórcy podkreślają, że refleks i umiejętności szybkiego klikania nie będą kluczem do sukcesu.
5 najciekawszych gier RTS, które zadebiutują w tym roku
Choć gry RTS praktycznie zniknęły już ze sceny wysokobudżetowych produkcji, to wciąż mają się dobrze na poletku gier indie. Mniejszy budżet wcale nie oznacza gorszej jakości.
W 2025 roku ukaże się kilka naprawdę ciekawych strategii czasu rzeczywistego. Oto pięć najbardziej interesujących RTS-ów, jakie trafią na Steama w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy.
Tempest Rising
Produkcja od studia Slipgate to coś dla fanów serii Command & Conquer. Kampanie fabularne zaoferują nawet scenki CGI przywodzące na myśl przerywniki filmowe z Red Alerta.
Tempest Rising odda w ręce graczy aż trzy różnorodne frakcje, charakteryzujące się odmiennym stylem gry i ekonomią – oraz oczywiście zupełnie innymi jednostkami. Wszystko to w otoczce klasycznego RTS-a z rozbudową bazy.
Twórcy chcą też zadbać o tryb sieciowy. Zagramy w tryby niestandardowe, zmierzymy się z botami albo innymi graczami w starciach rankingowych z punktacją Elo, wskazującą nasz poziom umiejętności. Premierę zaplanowano na kwiecień.
Era One
Ta strategia zabierze nas w kosmos. Ten RTS wyróżnia się przede wszystkim rozbudowanym systemem rozwoju i modyfikacji głównej bazy, która – podobno – ma nie stawiać przed nami żadnych ograniczeń w zakresie liczby ulepszeń i zwiększenia jej rozmiarów.
Interesująco zapowiada się też mechanizm konstruowania statków kosmicznych według własnego projektu. Stworzone samodzielnie pojazdy wyślemy do boju, a bitwy obudzą w nas wspomnienia z serii Homeworld.
Deweloperzy obiecują też, że kampania fabularna zachwyci jakością historii. Czy tak będzie w istocie, przekonamy się pod koniec lutego.
D.O.R.F.
O ile wspomniany wyżej Tempest Rising wzorując się na serii C&C proponuje nowoczesną oprawę graficzną, tak D.O.R.F. Real-Time Strategic Conflict celowo chce zabrać nas w podróż do przeszłości.
Twórcy także czerpią inspiracje z cyklu Command & Conquer, oferując jednocześnie oprawę graficzną, która może kojarzyć się chociażby z pierwszą odsłoną Red Alert. Modele jednostek i lokacje wykonano jednak naprawdę starannie, z dbałością o szczegóły.
Poza tym otrzymamy tradycyjny, klasyczny model rozgrywki z rozbudową bazy, dbaniem o stały dopływ surowców i konstruowaniem odpowiednich jednostek, by skontrować plany wroga i zniszczyć jego bazę.
Empire Eternal
Kojarzycie serię Empire Earth? Jeśli za nią tęsknicie, to koniecznie powinniście mieć na oku Empire Eternal. Twórcy tej gry wzorują się właśnie na wspomnianym klasyku od Sierry.
W kampanii wybierzemy jedną z dostępnych cywilizacji i poprowadzimy ją do chwały na przestrzeni wielu wieków. To znaczy, że będziemy toczyć bitwy z udziałem rycerzy i konnicy, by jakiś czas później produkować już samoloty i żołnierzy z karabinami.
Poza kampanią twórcy chcą zaoferować też rozbudowany tryb sieciowy, a także potężne wsparcie dla modów. Fani będą mogli tworzyć podobno nie tylko nowe mapy, ale też własne jednostki.
Sanctuary: Shattered Sun
Gra studia Enhearten Media to coś dla miłośników starć na wielką skalę, niczym z Planetary Annihilation czy Supreme Commander. Zresztą, sam twórca wspomnianych serii, Chris Taylor, powiedział, że Sanctuary można nazwać duchowym spadkobiercą jego dzieł.
Bitwy z udziałem setek czy nawet tysięcy jednostek to oczywiście ekscytująca perspektywa. Twórcy zaoferują jednak możliwość obserwowania potyczek na ogromnych powierzchniach. Uzbrojenie i specjalne zdolności dowódców pozwolą chociażby zamrażać całe oceany czy kontrolować pogodę.
Sanctuary: Shattered Sun ma być grą, w której najważniejsze będzie tak zwane macro, a więc zarządzanie ekonomią i dobór jednostek. Twórcy podkreślają, że refleks i umiejętności szybkiego klikania nie będą kluczem do sukcesu.
5 najciekawszych gier RTS, które zadebiutują w tym roku
Choć gry RTS praktycznie zniknęły już ze sceny wysokobudżetowych produkcji, to wciąż mają się dobrze na poletku gier indie. Mniejszy budżet wcale nie oznacza gorszej jakości.
W 2025 roku ukaże się kilka naprawdę ciekawych strategii czasu rzeczywistego. Oto pięć najbardziej interesujących RTS-ów, jakie trafią na Steama w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy.
Tempest Rising
Produkcja od studia Slipgate to coś dla fanów serii Command & Conquer. Kampanie fabularne zaoferują nawet scenki CGI przywodzące na myśl przerywniki filmowe z Red Alerta.
Tempest Rising odda w ręce graczy aż trzy różnorodne frakcje, charakteryzujące się odmiennym stylem gry i ekonomią – oraz oczywiście zupełnie innymi jednostkami. Wszystko to w otoczce klasycznego RTS-a z rozbudową bazy.
Twórcy chcą też zadbać o tryb sieciowy. Zagramy w tryby niestandardowe, zmierzymy się z botami albo innymi graczami w starciach rankingowych z punktacją Elo, wskazującą nasz poziom umiejętności. Premierę zaplanowano na kwiecień.
Era One
Ta strategia zabierze nas w kosmos. Ten RTS wyróżnia się przede wszystkim rozbudowanym systemem rozwoju i modyfikacji głównej bazy, która – podobno – ma nie stawiać przed nami żadnych ograniczeń w zakresie liczby ulepszeń i zwiększenia jej rozmiarów.
Interesująco zapowiada się też mechanizm konstruowania statków kosmicznych według własnego projektu. Stworzone samodzielnie pojazdy wyślemy do boju, a bitwy obudzą w nas wspomnienia z serii Homeworld.
Deweloperzy obiecują też, że kampania fabularna zachwyci jakością historii. Czy tak będzie w istocie, przekonamy się pod koniec lutego.
D.O.R.F.
O ile wspomniany wyżej Tempest Rising wzorując się na serii C&C proponuje nowoczesną oprawę graficzną, tak D.O.R.F. Real-Time Strategic Conflict celowo chce zabrać nas w podróż do przeszłości.
Twórcy także czerpią inspiracje z cyklu Command & Conquer, oferując jednocześnie oprawę graficzną, która może kojarzyć się chociażby z pierwszą odsłoną Red Alert. Modele jednostek i lokacje wykonano jednak naprawdę starannie, z dbałością o szczegóły.
Poza tym otrzymamy tradycyjny, klasyczny model rozgrywki z rozbudową bazy, dbaniem o stały dopływ surowców i konstruowaniem odpowiednich jednostek, by skontrować plany wroga i zniszczyć jego bazę.
Empire Eternal
Kojarzycie serię Empire Earth? Jeśli za nią tęsknicie, to koniecznie powinniście mieć na oku Empire Eternal. Twórcy tej gry wzorują się właśnie na wspomnianym klasyku od Sierry.
W kampanii wybierzemy jedną z dostępnych cywilizacji i poprowadzimy ją do chwały na przestrzeni wielu wieków. To znaczy, że będziemy toczyć bitwy z udziałem rycerzy i konnicy, by jakiś czas później produkować już samoloty i żołnierzy z karabinami.
Poza kampanią twórcy chcą zaoferować też rozbudowany tryb sieciowy, a także potężne wsparcie dla modów. Fani będą mogli tworzyć podobno nie tylko nowe mapy, ale też własne jednostki.
Sanctuary: Shattered Sun
Gra studia Enhearten Media to coś dla miłośników starć na wielką skalę, niczym z Planetary Annihilation czy Supreme Commander. Zresztą, sam twórca wspomnianych serii, Chris Taylor, powiedział, że Sanctuary można nazwać duchowym spadkobiercą jego dzieł.
Bitwy z udziałem setek czy nawet tysięcy jednostek to oczywiście ekscytująca perspektywa. Twórcy zaoferują jednak możliwość obserwowania potyczek na ogromnych powierzchniach. Uzbrojenie i specjalne zdolności dowódców pozwolą chociażby zamrażać całe oceany czy kontrolować pogodę.
Sanctuary: Shattered Sun ma być grą, w której najważniejsze będzie tak zwane macro, a więc zarządzanie ekonomią i dobór jednostek. Twórcy podkreślają, że refleks i umiejętności szybkiego klikania nie będą kluczem do sukcesu.
Wydaje się, że szczyt popularności bohaterów Marvela w kinie już minął. To dobry moment, żeby przypomnieć najlepsze gry z postaciami tego komiksowego uniwersum.
Jak zwykle, postaraliśmy się przygotować zestawienie różnorodne, by każdy mógł znaleźć choć jedną idealną produkcję dla siebie – a gwarantujemy, że wszystkie wymienione tu tytuły są (z różnych względów) fantastyczne.
Ta wyjątkowa gra od studia Firaxis – twórców współczesnych odsłon serii XCOM oraz Civilization – nie odniosła komercyjnego sukcesu. Trudno powiedzieć dlaczego, bo na pewno nie z powodu niskiej jakości. Midnight Suns to świetna propozycja dla fanów Marvela.
Miłośnicy komiksów są raczej zgodni co do tego, że przedstawienie różnych superbohaterów i interakcje między nimi to najlepszy element gry. Rozmawiając w bazie z towarzyszami, dbając o ich potrzeby i wysłuchując problemów, można poczuć się niczym Shepard bratający się z kompanami na pokładzie Normandii.
Poza spędzaniem czasu w posiadłości z innymi bohaterami, walczymy też ze złoczyńcami, rzecz jasna. System walki to przyjemne potyczki w turach, które wymagają kombinowania i odpowiedniego planowania. Rozgrywka potrafi mocno zaangażować.
Guardians of the Galaxy
Rozgrywka przypominająca nieco rozbudowaną wersję systemu walki z serii Mass Effect jest naprawdę przyjemna, do tego oprawa graficzna i ścieżka dźwiękowa są idealnie zbudowane i dopasowane do klimatu przygody. Najważniejsza jest jednak komiksowa atmosfera.
Gra od Eidos Montreal przewyższa wiele filmów kinowego uniwersum Marvela pod względem jakości scenariusza i dialogów. W historię Strażników Galaktyki – których poznajemy już w momencie, gdy działają razem od jakiegoś czasu – można się naprawdę wciągnąć.
Do tego otrzymujemy też idealnie wyważone i pasujące do całości poczucie humoru oraz świetnych aktorów podkładających głosy pod bohaterów. Czego chcieć więcej? To fantastyczna gra akcji.
Spider-Man
Teoretycznie można tu też polecić inne gry z Człowiekiem Pająkiem od studia Insomniac – Miles Morales czy też pełnoprawny sequel. Są one warte uwagi z podobnych powodów.
Najważniejszą zaletą jest w przypadku Spider-Mana niesamowicie angażujący gameplay, który dopracowano do perfekcji. Nieważne czy mówimy o walce czy genialnie zrealizowanym systemie poruszania się po mieście, wszystko, co robimy w wirtualnym Nowym Jorku, jest niezwykle przyjemne.
Żadna inna gra w historii nie oferowała tak dobrze wykonanego przedstawienia kultowej postaci z komiksów. Z radością można tu spędzać kolejne godziny choćby tylko po to, by pobujać się na pajęczynach i poobijać bandziorów.
Marvel Rivals
Nie ma co owijać w bawełnę – Marvel Rivals bardzo, naprawdę bardzo mocno wzoruje się na serii Overwatch… Jednak co z tego, skoro sieciowa rywalizacja sprawia tyle frajdy?
Fani gier PvP otrzymują w tym przypadku dopracowaną, pozbawioną błędów grę akcji, która skupia się na starciach dwóch sześcioosobowych zespołów złożonych z różnych herosów uniwersum Marvela.
Co najlepsze, wszystkie postacie dostępne są za darmo, bez żadnych opłat. Mikropłatności związane są tylko i wyłącznie z różnymi elementami kosmetycznymi. To w efekcie jeden z najlepszych przykładów gry Free to Play, która nie zmusza odbiorców do sięgania do portfela.
Ultimate Marvel vs. Capcom 3
Na liście nie może zabraknąć jednej z najlepszych bijatyk w historii tego gatunku. Szczególnie biorąc pod uwagę fakt, że wersja PC jest stale rozwijana za pomocą fanowskich modów i cieszy się niezłą popularnością.
Z początku rozgrywka może wydawać się chaotyczna, w końcu każdy zawodnik walczy trójką postaci – niczym w nowszej grze, Dragon Ball FighterZ. Gdy jednak poznajemy stopniowo mechanizmy potyczek i kolejnych bohaterów, zauważamy, jak świetnie przemyślana jest to produkcja. Wciąga jak bagno.
Przy okazji polecamy też Marvel vs. Capcom Infinite, które doczekało się niedawno fantastycznej modyfikacji Beyond, która zupełnie zmienia oryginalną, nieprzyjemną dla oczu oprawę graficzną i nadaje jej o wiele lepszy styl.
Rywalizacja w sieciowych grach oferuje niepowtarzalne emocje, których na próżno szukać w przygodach single-player. Kompetetywne potyczki nie muszą być jednak zawsze shooterami.
Tym razem chcemy wam polecić kilka tytułów gwarantujących świetne wrażenia z multiplayerowych starć, ale skupimy się na produkcjach, które nie reprezentują gatunku strzelanek – tych jest bowiem całe mnóstwo i łatwo wybrać spośród nich coś dla siebie.
Produkcja studia Psyonix to najlepszy dowód na to, że piękno tkwi w prostocie. Banalne zasady rozgrywki w Rocket League połączono z głębią systemu jazdy i perfekcyjnie zrealizowanym sterowaniem oraz ogólną mechaniką gameplayu.
Dwie drużyny kierowców – najczęściej trzyosobowe – rywalizują na boisku, by zdobyć jak najwięcej goli. W tym celu wykorzystywać można rakietowe dopalacze, a także akrobatyczne zdolności aut: skoki czy przewroty.
Zrozumienie rozgrywki jest tu bajecznie proste, ale zgłębianie różnych subtelnych zagrań – choćby używania dopalacza po skoku by przez moment lecieć niczym szybowiec – jest niezwykle wciągające i sprawia mnóstwo frajdy.
League of Legends
Najpopularniejsza gra od Riot Games jest często postrzegana jako frustrująca sieciowa MOBA, pełna toksycznych użytkowników… Co nie zmienia faktu, że potrafi zaangażować i czerpać przyjemność z wciągających potyczek drużynowych.
Dwa pięcioosobowe zespoły walczą na symetrycznej mapie, by próbować zniszczyć bazę rywala. Ogrom dostępnych postaci do wyboru sprawia, że zdecydowanie każdy znajdzie paru bohaterów, którymi gra się przyjemnie.
Najważniejsze w przypadku League of Legends jest odpowiednie podejście. Polecamy od razu wyłączyć każdą formę komunikacji i skupić się na swoich zadaniach w meczu. Brak możliwości wyświetlania kąśliwych uwag sojuszników potrafi zdziałać cuda.
Tekken 8
Teoretycznie można by tutaj zaproponować także Street Fighter 6, jednak to Tekken 8 wygrywa, jeśli chodzi o przystępność – nawet początkujący mogą tutaj czerpać frajdę z rozgrywki praktycznie od razu.
Sieciowe starcia są zaprojektowane w taki sposób, że trafiamy na przeciwników na swoim poziomie. Nawet jeśli trafiamy na bardziej zaawansowanych graczy, zawsze jest to okazja do nauki na własnych błędach.
Przemyślany samouczek i tryby treningowe pozwalają poczuć się pewnie przed wkroczeniem na pole sieciowej rywalizacji. Niedoświadczonym polecamy postacie takie jak Law, Paul, Victor czy Lars.
Chivalry 2
Czasem dobrze zamienić broń palną na miecz, a Chivalry 2 potwierdza taką tezę. Sieciowe zmagania rycerzy to fenomenalna zabawa dla każdego.
Dostępne uzbrojenie to gwarancja zróżnicowanej rozgrywki. Chcemy trzymać dystans? Wystarczy skorzystać z łuku. Z kolei walka w zwarciu różni się w zależności od tego, jaką broń wybierzemy – inaczej używa się dwuręcznego miecza, a inaczej krótkiej buławy i tarczy.
Twórcy zadbali o ciekawe projekty lokacji, a także cele rozgrywki, które wymagają od graczy czegoś więcej niż tylko okładania się toporami po hełmach. To wyjątkowy multiplayer, który niezmiennie bawi.
Rivals of Aether
Ta gra to odpowiedź na pytanie: a co, gdyby Super Smash Bros. było dostępne na PC? Rivals of Aether proponuje rozgrywkę opartą na podobnych zasadach.
Nie mamy do czynienia z typową bijatyką z paskami zdrowia postaci. Zamiast tego okładamy przeciwnika różnymi ciosami, by w końcu spróbować wybić go poza planszę. To niezwykle wciągający i satysfakcjonujący gameplay.
Gra oferuje zestaw wielu różnorodnych postaci, sterowanie jest dopracowane do perfekcji, a multiplayer działa lepiej niż w jakiejkolwiek części Smash Bros. od Nintendo. Pula graczy online nie jest już jednak zbyt duża, ale Rivals of Aether jest też fantastyczną produkcją do rywalizacji ze znajomymi.
Rozpoczynający się rok obfituje w ciekawe premiery, ale nie chodzi tylko o gry zagranicznych studiów. Doczekamy się bowiem paru naprawdę intrygujących produkcji z Polski.
Tutaj postanowiliśmy wymienić pięć polskich gier, które debiutują w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy i najbardziej zwróciły naszą uwagę. Zdecydowanie warto śledzić ich rozwój.
Powrót bohatera pierwszej części serii to poważna sprawa. Życzenie wielu fanów zostanie spełnione. W The Beast wcielimy się w Kyle’a Crane’a, który po niemal dekadzie ucieka z niewoli oprawców przeprowadzających na nim eksperymenty.
Samodzielny dodatek do Dying Light 2 zabierze nas poza tereny dużych miast. Zwiedzimy były turystyczny region Castor Woods, gdzie trafimy do wiosek, małych miasteczek i gęstych lasów – wszędzie oczywiście spotkamy przerażające zombie.
Najważniejsze nowości związane z rozgrywką to między innymi wprowadzenie samochodu, a także większy niż w poprzednich grach z cyklu nacisk na używanie różnych rodzajów broni palnej.
The Alters
Studio 11bit powraca z zupełnie nową grą. The Alters to wyjątkowo oryginalna produkcja science-fiction, w której zarządzamy stale poruszającą się po obcej planecie bazą badawczą.
Bohaterem jest Jan Dolski, a wszystkie inne postacie to jego klony – altersi. Ważnym elementem rozgrywki jest budowanie relacji między postaciami, dokonywanie wyborów, a także eksploracja planety i pozyskiwanie zasobów.
Premierę The Alters zaplanowano na pierwszy kwartał roku. Warto podkreślić, że na Steamie cały czas dostępna jest wersja demonstracyjna.
Cronos: The New Dawn
Bloober Team nie spoczywa na laurach po wielkim sukcesie remake’u Silent Hill 2. Jeszcze w tym roku ma ukazać się nowy survival horror od krakowskiego studia.
Sam setting zapowiada się niezwykle intrygująco. Akcja rozgrywać ma się w Polsce lat 80., ale też w dalekiej przyszłości – po bliżej nieokreślonej katastrofie, która zniszczyła planetę. Misją bohatera będzie odnalezienie ważnych osobistości w przeszłości i zabranie ich cennych esencji.
Nie otrzymaliśmy jeszcze obszernej prezentacji gameplayu, jednak krótkie fragmenty sugerują, że Cronos położy duży nacisk na walkę dystansową, a całość ma przypominać nieco serię Dead Space.
Dante’s Ring
Twórcy The Invincible zaprezentowali niedawno swój nowy projekt. Dante’s Ring to survivalowe RPG akcji, w którym wcielimy się w badacza eksplorującego pasmo niebezpiecznych wulkanów.
Zgłębiając tajemnice tytułowego archipelagu Dantego wykorzystamy interesujące gadżety – bomby przeciwpożarowe czy nawet gaśniczą strzelbę. Wszystko po to, by poradzić sobie z wszechobecnym żarem, ogniem czy lawą.
Nie będzie to typowa gra survivalowa. Dante’s Ring kładzie duży nacisk na klimat, historię, a nawet dokonywanie ważnych dla świata i innych postaci wyborów. Pojawią się też środowiskowe zagadki związane z pokonywaniem trudnego terenu.
Mouse: P.I. For Hire
Kojarzycie grę Cuphead i klasyczne kreskówki z Myszką Miki z lat 30. ubiegłego wieku? Właśnie taką stylistykę proponuje interesująca strzelanka od studia Fumi Games.
Czarno-biała estetyka, trochę klimatu filmów noir oraz kryminalna intryga, a do tego sporo walki z wykorzystaniem przeróżnych rodzajów broni palnej – to Mouse w pigułce.
Zwiedzimy nieliniowe mapy, na których znajdziemy też sporo sekretów. Zmierzymy się z różnorodnymi przeciwnikami, a także staniemy twarzą w twarz z niebezpiecznymi – i świetnie zaprojektowanymi – bossami.
Polskie gry w 2025 roku
Rozpoczynający się rok obfituje w ciekawe premiery, ale nie chodzi tylko o gry zagranicznych studiów. Doczekamy się bowiem paru naprawdę intrygujących produkcji z Polski.
Tutaj postanowiliśmy wymienić pięć polskich gier, które debiutują w ciągu najbliższych dwunastu miesięcy i najbardziej zwróciły naszą uwagę. Zdecydowanie warto śledzić ich rozwój.
Dying Light: The Beast
Powrót bohatera pierwszej części serii to poważna sprawa. Życzenie wielu fanów zostanie spełnione. W The Beast wcielimy się w Kyle’a Crane’a, który po niemal dekadzie ucieka z niewoli oprawców przeprowadzających na nim eksperymenty.
Samodzielny dodatek do Dying Light 2 zabierze nas poza tereny dużych miast. Zwiedzimy były turystyczny region Castor Woods, gdzie trafimy do wiosek, małych miasteczek i gęstych lasów – wszędzie oczywiście spotkamy przerażające zombie.
Najważniejsze nowości związane z rozgrywką to między innymi wprowadzenie samochodu, a także większy niż w poprzednich grach z cyklu nacisk na używanie różnych rodzajów broni palnej.
The Alters
Studio 11bit powraca z zupełnie nową grą. The Alters to wyjątkowo oryginalna produkcja science-fiction, w której zarządzamy stale poruszającą się po obcej planecie bazą badawczą.
Bohaterem jest Jan Dolski, a wszystkie inne postacie to jego klony – altersi. Ważnym elementem rozgrywki jest budowanie relacji między postaciami, dokonywanie wyborów, a także eksploracja planety i pozyskiwanie zasobów.
Premierę The Alters zaplanowano na pierwszy kwartał roku. Warto podkreślić, że na Steamie cały czas dostępna jest wersja demonstracyjna.
Cronos: The New Dawn
Bloober Team nie spoczywa na laurach po wielkim sukcesie remake’u Silent Hill 2. Jeszcze w tym roku ma ukazać się nowy survival horror od krakowskiego studia.
Sam setting zapowiada się niezwykle intrygująco. Akcja rozgrywać ma się w Polsce lat 80., ale też w dalekiej przyszłości – po bliżej nieokreślonej katastrofie, która zniszczyła planetę. Misją bohatera będzie odnalezienie ważnych osobistości w przeszłości i zabranie ich cennych esencji.
Nie otrzymaliśmy jeszcze obszernej prezentacji gameplayu, jednak krótkie fragmenty sugerują, że Cronos położy duży nacisk na walkę dystansową, a całość ma przypominać nieco serię Dead Space.
Dante’s Ring
Twórcy The Invincible zaprezentowali niedawno swój nowy projekt. Dante’s Ring to survivalowe RPG akcji, w którym wcielimy się w badacza eksplorującego pasmo niebezpiecznych wulkanów.
Zgłębiając tajemnice tytułowego archipelagu Dantego wykorzystamy interesujące gadżety – bomby przeciwpożarowe czy nawet gaśniczą strzelbę. Wszystko po to, by poradzić sobie z wszechobecnym żarem, ogniem czy lawą.
Nie będzie to typowa gra survivalowa. Dante’s Ring kładzie duży nacisk na klimat, historię, a nawet dokonywanie ważnych dla świata i innych postaci wyborów. Pojawią się też środowiskowe zagadki związane z pokonywaniem trudnego terenu.
Mouse: P.I. For Hire
Kojarzycie grę Cuphead i klasyczne kreskówki z Myszką Miki z lat 30. ubiegłego wieku? Właśnie taką stylistykę proponuje interesująca strzelanka od studia Fumi Games.
Czarno-biała estetyka, trochę klimatu filmów noir oraz kryminalna intryga, a do tego sporo walki z wykorzystaniem przeróżnych rodzajów broni palnej – to Mouse w pigułce.
Zwiedzimy nieliniowe mapy, na których znajdziemy też sporo sekretów. Zmierzymy się z różnorodnymi przeciwnikami, a także staniemy twarzą w twarz z niebezpiecznymi – i świetnie zaprojektowanymi – bossami.