Le Mans Virtual Series wraca w 2026 roku – ciekawe co na to Max Verstappen

Le Mans Virtual Series wraca w 2026 roku – ciekawe co na to Max Verstappen

Po dwóch latach przerwy Le Mans Virtual Series ma powrócić w wielkim stylu. Potwierdza to nowy raportem finansowy 397 – dla nas, ludzi oddychających sim-racingiem, to jak wigilia połączona ze świętami wielkanocnymi i sylwestrem. Bo to Le Mans — LEGENDA. Wyścig który dla każdego fana motorsportu i simracingu jest świętością. Wygrać w Le Mans to jak zdobyć mistrzostwo świata. 

Od totalnego cyrku do potencjalnie największego wydarzenia simracingowego

Edycja 2023 była katastrofą. Najwięcej na ten temat mógłby pewnie powiedzieć aktualny (jeszcze) mistrz Formuły 1 — Max Verstappen. Holender prowadził w wyścigu, gdy gra (rFactor 2 bo to na tej platformie odbywał się ten wielki wyścig) trzy razy wyrzuciła go z serwera. Trzy razy! W efekcie stracił ponad okrążenie i jego szanse na zwycięstwo wyparowały. Max nie krył frustracji. Publicznie nazwał całe wydarzenie „cyrkiem” i jasno dał do zrozumienia, że coś takiego nie powinno mieć miejsca w imprezie, która nosi miano legendy. No dobra. Powiedział na żywo znacznie więcej ale nie będę go tutaj cytował. 

Ten moment był symbolem – skoro nawet aktualny mistrz świata, od lat angażujący się w simracing, nie mógł liczyć na stabilne i uczciwe warunki rywalizacji, to znaczyło, że trzeba było odbudować całą strukturę od podstaw.

Technologia idzie do przodu

Na szczęście od tamtego czasu wiele się zmieniło. Przede wszystkim pojawiło się LE MANS ULTIMATE. LMU już zdążyło udowodnić, że można zrobić to inaczej i lepiej. Gra przeszła długa drogę bo pojawiła się we wczesnym dostępie w lutym 2024 roku a dopiero w lipcu tego roku Studio 397 wydało pełną wersję. Testowy wyścig Six Hours of Qatar z wymianą kierowców – absolutnie kluczowym elementem w wyścigach endurance – zakończył się dużym sukcesem. System RaceControl, który w rFactor 2 był raczej ciekawostką, teraz stał się solidnym fundamentem. Strukturalne kwalifikacje, stabilna organizacja i większy profesjonalizm – to wszystko ma sprawić, że powrót w 2026 roku nie będzie tylko remedium na dawne błędy, ale zupełnie nową jakością.

Jako fan czuję, że to naprawdę może być moment przełomowy. W końcu mówimy o wirtualnym wyścigu 24-godzinnym – a to oznacza, że w jednym aucie startuje trzech kierowców, którzy co kilka godzin zmieniają się za kierownicą. To nie jest tylko zabawa przy komputerze. To walka z czasem, z rywalami, ale też z własnym ciałem. Nocne stinty, skupienie o trzeciej nad ranem, gdy oczy same się zamykają, a każdy błąd kosztuje – czasami bardzo wiele. To naprawdę męczące, a zmęczenie potrafi uderzyć jak Tyson w swoim prime time. 

I właśnie w tym tkwi magia Le Mans – nie tylko szybkość, ale wytrzymałość, konsekwencja, nerwy ze stali.

Sceptyków pewnie nigdy nie zabraknie ale ja wybieram wiarę – że tym razem będzie inaczej. Że Le Mans Virtual Series wróci z pełną mocą i pokaże światu, że to nie „gra”, tylko prawdziwy test charakteru.

I jeśli faktycznie tak się stanie, to w 2026 roku czeka nas widowisko, które może na nowo zdefiniować, czym jest wirtualna wytrzymałość.

Recenzja Wuchang: Fallen Feathers. Niezły soulslike z problemami

Recenzja Wuchang: Fallen Feathers. Niezły soulslike z problemami

Kluczem do stworzenia dobrej gry typu soulslike jest zaprojektowanie porządnego systemu walki, ciekawego świata oraz zadbanie o kwestie techniczne. Niestety, w Wuchang nie wszystko wyszło tak, jak powinno.

Fallen Feathers opowiada historię wojowniczki Bai Wuchang, która z amnezją budzi się w świecie ogarniętym niebezpieczną zarazą. Przedzierając się przez świat inspirowany okresem dynastii Ming musi znaleźć lekarstwo, bo jej też grozi przemiana w dziwną bestię. Zarys fabuły nie jest zbyt oryginalny, lecz historia i tak jest na tyle minimalistyczna, że trudno śledzić ją z zainteresowaniem.

Na szczęście nieciekawy zarys fabularny nie jest potrzebny do czerpania radości z walki. Nie jest on w tej grze odkrywczy, jednak system oparty na unikach, kontrach i parowaniu ciosów zrealizowano na tyle dobrze, że po prostu potrafi sprawić satysfakcję, gdy już go opanujemy. Pomaga spora liczba broni do wyboru.

Na uwagę zasługuję na pewno system magii. Wyspecjalizowanie się w korzystaniu z ofensywnych zaklęć jest tutaj możliwe – i świetnie, bo wiele soulslike’ów zaniedbuje tego typu rozwiązania, robiąc z nich tylko skromny dodatek. Tutaj naprawdę możemy stać się, jeśli mamy ochotę, potężną czarodziejką z mieczem w jednej dłoni, a drugą ciskającą ogniste kule.

System rozwoju postaci jest dobrze przemyślany i pozwala eksperymentować z różnymi rodzajami stylów rozgrywki. Pomaga też fakt w miarę łatwego zresetowania talentów, jeśli chcemy zmienić sposób, w jaki podchodzimy do walki.

Na pewno udała się także eksploracja – element niezwykle ważny w grach reprezentujących ten gatunek. Lokacje są zaprojektowane świetnie, a odkrywanie kolejnych przejść i połączeń sprawia sporo frajdy. Zwiedzanie tego świata jest po prostu satysfakcjonujące, chociaż trzeba przyznać, że parę obszarów jest nieco zbyt dużych.

Trudno jednak czerpać pełnię radości z walki czy eksploracji w grze, która nie chce dobrze działać. Pecetowa wersja Fallen Feathers boryka się ze sporymi problemami z optymalizacją. Ghosting, stuttering czy po prostu spadki płynności są na tyle częste, że obcowanie z tym tytułem jest najczęściej irytujące, a nie przyjemne.

Odnośnie kwestii technicznych – wypada też wspomnieć o pracy kamery, ponieważ ten element także bywa źródłem frustracji. Szczególnie, gdy walczymy z poważnym przeciwnikiem w nieco ciaśniejszej lokacji albo przedzieramy się przez wąskie jaskinie.

Wuchang: Fallen Feathers nie imponuje też zestawem proponowanych przeciwników. Dosyć często widzimy podobnych wrogów, można wyczuć po prostu lekki recykling modeli oponentów. Bossowie z kolei starają się wyróżniać, ale niewielu z nich oferuje ekscytujące pojedynki i praktycznie żaden nie zapada w pamięć.

Problemem z bossami jest też wyjątkowo nierówny poziom trudności. Część tych ostatecznych wrogów jest zbyt łatwa do pokonania, a nieco później trafiamy na takich, którzy nagle zawyżają poziom trudności dziesięciokrotnie w stosunku do poprzednio spotkanego bossa. Twórcy zdecydowanie muszą lepiej zbalansować wyzwanie w kolejnych aktualizacjach.

Fallen Feathers to porządny soulslike, który wymaga poprawek. Deweloperzy z pewnością zajmą się palącymi problemami w najbliższej przyszłości – i dopiero wtedy warto będzie rozważyć ewentualny zakup wersji PC. W chwili obecnej jest duża szansa, że i tak radość z niezłego systemu walki będzie przysłonięta kiepską optymalizacją.

Recenzja Mafia: Dawne strony. Oldschool pełną gębą

Recenzja Mafia: Dawne strony. Oldschool pełną gębą

Mafia: The Old Country to prequel, który cofa nas nie tylko w czasie, ale i w filozofii projektowania gier. To porządna i liniowa przygoda, choć momentami sprawiająca wrażenie niedostatecznie dopracowanej.

Fabuła jest dosyć przewidywalna i nie zaskakuje, jeśli obejrzeliśmy w życiu choć trochę filmów o tematyce gangstersko-mafijnej. Wcielamy się w Enzo, który ucieka z niewolniczej niemal pracy w kopalni siarki, by trafić prosto w objęcia mafijnej rodziny charyzmatycznego Dona Torrisiego. Z biegiem czasu obserwujemy, jak nasz bohater zmienia się w twardego człowieka honoru, nad którym ciąży ciężar lojalności.

Opowieść trzyma poziom, a jej siłą napędową są postacie. Niestety, o ile cut-scenki po prostu dobrze się ogląda, to różni bohaterowie niezależni są mocno archetypowi. Zresztą, sam Enzo też jest postacią, która jest po prostu nieciekawa. Dlatego warto zdecydować się na dubbing z sycylijskim dialektem – wtedy braki scenariuszowe można sobie wynagrodzić świetnym klimatem.

Odnośnie klimatu – można śmiało powiedzieć, że atmosferę z powodzeniem buduje też to, jak wygląda przedstawiona w grze Sycylia. Jest tu po prostu pięknie, a często chcemy po prostu pójść jakąś ścieżką tylko po to, by podziwiać krajobrazy.

Nowa Mafia porzuca otwarty świat z trzeciej części. Sycylijskie okolice pozwalają zboczyć z głównej ścieżki, ale nie ma tu żadnych ukrytych misji, wyzwań, minigier – mamy do czynienia ze strukturą podobną do tej z pierwszej odsłony cyklu. Miasto i świat były tam tylko tłem, podobnie jest też tutaj. Można powiedzieć, że to miła odskocznia od niezwykle popularnych „open worldów”.

System walki oparty na osłonach jest fundamentem rozgrywki i… jest po prostu w porządku. Strzelanie z broni palnej z epoki, takiej jak rewolwery i strzelby, potrafi być satysfakcjonujące, a starcia bywają intensywne, zwłaszcza na wyższych poziomach trudności. Jednocześnie jest to do bólu generyczny system, który nie wnosi absolutnie nic nowego do gatunku i który widzieliśmy w setkach innych gier w ciągu ostatniej dekady.

Prawdziwym problemem jest jednak nowa, szumnie zapowiadana mechanika pojedynków na noże. Te starcia, pełniące rolę walk z bossami, są po prostu dosyć nudne. Szybko okazują się powtarzalne, schematyczne i pozbawione jakiegokolwiek wyzwania. Na myśl przychodzą tutaj niesławne potyczki z bossami z The Order 1886.

Segmenty skradankowe również nie zachwycają. Są niezwykle proste, a sztuczna inteligencja przeciwników pozostawia wiele do życzenia. Co gorsza, twórcy często uciekają się do archaicznego i frustrującego rozwiązania, jakim są misje z natychmiastową porażką po wykryciu, co odbiera graczowi swobodę i prowadzi do niepotrzebnej irytacji.

Niestety wersja PC też nie oferuje idealnego doświadczenia. To kolejny przykład gry na Unreal Engine 5, która sprawia problemy – optymalizacja pozostawia po prostu wiele do życzenia. Wydaje się, że priorytetem były dla twórców wersje konsolowe.

Na szczęście nic nie można zarzucić oprawie audio, ponieważ udźwiękowienie stoi na wysokim poziomie, a ścieżka muzyczna została skomponowana tak, by idealnie współgrać z klimatem pięknej Sycylii. To ponownie przypomina, że właśnie atmosfera jest jedną z głównych zalet nowej Mafii.

Mafia: Dawne strony to gra, która mogłaby ukazać się dekadę temu. Nie pędzi za trendami, oferując liniową, prostą rozgrywkę, która stawia na pierwszym miejscu fabułę i mafijny klimat. Niestety nie każdy aspekt rozgrywki jest dostatecznie dopracowany, a optymalizacja wymaga jeszcze poprawek.

Beta Battlefield 6 nastraja optymistycznie. Pierwsze wrażenia z gry

Beta Battlefield 6 nastraja optymistycznie. Pierwsze wrażenia z gry

Czy Battlefield 6 jest idealny? Oczywiście, że nie – żadna odsłona cyklu nigdy nie była pozbawiona wad w okresie testów i premiery. Najnowsza odsłona zapowiada się jednak na najlepszą od niemal dekady.

Beta najnowszej odsłony cyklu od EA pozwala przede wszystkim przekonać się, że fundamenty rozgrywki po prostu sprawiają frajdę. Zarówno poruszanie się żołnierzem, sterowanie pojazdami oraz – co najważniejsze – model strzelania są odpowiednio satysfakcjonujące.

Domyślny system klas budzi lekkie wątpliwości, bowiem wszystkie profesje mogą korzystać z dowolnego rodzaju broni. Zaburza to nieco unikatowy charakter każdej klasy, obecny w starszych częściach serii, choć z drugiej strony pozwala czasem dostosować się do warunków – i wybrać broń, która bardziej pasuje do sytuacji.

Twórcy przygotowują oddzielne Playlisty – listy rozgrywek, które pozwolą grać w systemie ograniczonego uzbrojenia. Wtedy już każdy będzie mógł wybrać przede wszystkim broń dedykowaną – inżynier skorzysta z pistoletów maszynowych, szturmowiec z karabinów automatycznych i tak dalej – jednak takie rozwiązanie wydaje się swego rodzaju półśrodkiem, szczególnie że nie oferuje się w ten sposób wszystkich dostępnych trybów gry.

Odnośnie broni, z pewnością można powiedzieć, że korzystanie z każdego typu uzbrojenia jest przyjemne. RKM-y mają odpowiednią moc, strzelby są zabójczo skuteczne z bliska, karabiny szturmowe są uniwersalne i posiadają świetnie wyważony odrzut. Rozprysk pocisków i wszystkie cechy broni możemy oczywiście modyfikować poprzez system dodatków i akcesoriów.

Wszystkie elementy związane z walką nie budzą raczej żadnych wątpliwości. Siła granatów jest odpowiednio zbalansowana, pojazdy nie są zbyt potężne, ale stanowią spore zagrożenie, a czas potrzebny do wyeliminowania wroga nie jest ani zbyt długi, ani zbyt krótki.

Mapy dostępne w becie mogą wydawać się małe w porównaniu z największymi lokacjami z poprzednich części, jednak ważniejsze jest to, że są zaprojektowane z głową – każdy punkt na mapie jest sensownie ulokowany, projektanci dobrze zaplanowali wszystkie budynki i elementy otoczenia, które mogą stanowić dla nas cenną osłonę.

Z pewnością pozytywnie wypadają mapy miejskie, których brakowało w Battlefield 2042. Twórcy bez wątpienia mieli większe szanse, by właśnie na takich mapach popisać się nowym systemem destrukcji. Ten – gdy odpowiednio działa – robi spore wrażenie, choćby wtedy, gdy po ataku czołgu zapada się cała fasada kamienicy.

Destrukcja nie wygląda jednak tak pięknie, jak na oficjalnym zwiastunie. Czasem musimy strzelić w ścianę pociskiem z wyrzutni trzy razy, zanim zniszczymy cel. Wypada to w praktyce nieco dziwne, ale jest pewnie podyktowane koniecznym dla balansu rozgrywki ograniczeniem szybkiej destrukcji całego otoczenia.

Świetnym dodatkiem związanym ze współpracą drużynową jest możliwość odciągania postrzelonych towarzyszy, tak by móc podnieść ich na nogi nieco dalej – poza wrogim ostrzałem. Cały system klasowych bonusów jest zresztą nieźle przemyślany, choć nie warto się na nim skupiać, bo do premiery na pewno zostanie jeszcze zmodyfikowany.

Battlefield 6 oferuje satysfakcjonujący system strzelania, dobrze zaprojektowane mapy, cieszącą oko oprawę i budujące niezły klimat udźwiękowienie. Gra w żadnym stopniu nie zachwyca, ale jest pozbawiona zupełnie chybionych pomysłów znanych z Battlefielda 2042 – i czuć, że na serwerach będzie można z dużą przyjemnością spędzić dziesiątki, albo setki godzin.

Recenzja Early Access RENNSPORT

Recenzja Early Access RENNSPORT

Wiecie, jak to jest.
Na rynku mamy mnóstwo symulatorów simracingowych, ale i tak wszyscy grają w starą, poczciwą Assetto Corsę. Jakąś popularność ma rFactor 2, coraz lepiej prezentuje się Automobilista 2, a o Assetto Corsa Competizione nawet nie wspomnę. Niemniej to właśnie leciwa AC nadal jest wyborem numer jeden dla simracerów – bo jej nowa odsłona ma jeszcze długą drogę do pokonania, zanim zbliży się do swojej poprzedniczki.

I właśnie na tym zdominowanym rynku pojawił się tytuł, który może naprawdę sporo namieszać (a przynajmniej mam taką nadzieję).
RENNSPORT – czyli drugie wyścigi samochodowe oparte na Unreal Engine 5 (pierwsze były polskie JDM: Race Wars). O tej grze mówiło się od dawna, ale dopiero teraz zadebiutowała w Early Access. Dlatego trudno dziś wyrokować, co z tego wszystkiego wyniknie. A jak jest na starcie?

Nieźle.
Mimo że oceny na Steamie są mieszane, nie warto się nimi sugerować. Lepiej samemu sprawdzić, co ten nowy symulator potrafi. Na ten moment RENNSPORT przypomina Assetto Corsa Competizione, bo skupia się głównie na klasie GT3, choć znajdziemy też samochody klasy LMHd. Na start dostajemy 14 aut – ale, podobnie jak w iRacing, trzeba je kupić. Na szczęście dostajemy za darmo BMW M2, więc mamy od czego zacząć. Resztę można dokupić, ale osobiście radziłbym poczekać i obserwować, jak gra będzie się rozwijać.

Twórcy oferują też pakiety crowdfundingowe, które mają pomóc w dalszym rozwoju – RENNSPORT jest bowiem darmowy, więc każda forma wsparcia się przyda. Pakiety są zróżnicowane i oferują ciekawe dodatki – od specjalnych modeli aut po naszą ksywkę na bandach i billboardach.

A jak z grafiką?
Gra – mimo że we wczesnym dostępie – wygląda naprawdę dobrze. Lepiej niż Assetto Corsa EVO. Tory są wykonane bardzo solidnie, a obecność toru Jeddah (jednego z moich ulubionych) to miłe zaskoczenie. Unreal Engine 5 pokazuje swoje możliwości – oprawa graficzna jest ładna, czysta i szczegółowa. Nie jest to jeszcze poziom „wow”, ale też nie ma się czego wstydzić. Jedyny problem? Stara AC na modach potrafi wyglądać lepiej, a to przecież gra sprzed ponad dekady. Jest dobrze – ale liczę na więcej.

Tylko czy grafika jest najważniejsza?
W symulatorach liczy się realizm. Gdyby chodziło tylko o grafikę, Live for Speed nie miałby dziś żadnych fanów, a ma – i to oddanych.
Fizyka jazdy w RENNSPORT jest przyzwoita. Czuć, że twórcy celują w coś pomiędzy Assetto CorsąCompetizione. Model jazdy przypomina ACC – ale tylko przypomina. Szczególnie, gdy opony zaczynają się grzać albo gubić przyczepność – wtedy nagle tracimy kontrolę i czujemy się jak na lodowisku. Auto zrywa przyczepność gwałtownie i zbyt łatwo. To oczywiście może się zmienić, bo jesteśmy na etapie Early Access. Potencjał jest – potrzeba dopracowania.

Zresztą, to nie pierwsza taka sytuacja.
Pamiętam doskonale, w jakim stanie wyszło Le Mans Ultimate. Wtedy większość simracerów wieszała na tej grze psy – a dziś niektórzy mówią, że to numer jeden. RENNSPORT na pewno wystartował lepiej niż Assetto Corsa EVO. Miał drobne problemy z moją kierownicą – gra nie widziała pedałów, ale po kilkukrotnym przepięciu USB w końcu je złapała. Gorzej z FFB – chwilami znika, po czym wraca. To do poprawy. Na dziś brak też VR – a przynajmniej ja nie znalazłem sposobu, by go odpalić. Jeśli Wam się udało – piszcie w komentarzach.

Podsumujmy.
Gra ma potencjał. Nie wiem jeszcze, na co dokładnie – ale ma. Twórcy sugerują, że skupią się na GT3 i Le Mans, ale… w tym segmencie konkurencja jest mordercza. ACC, LMU, AMS 2, a do tego nieśmiertelne Assetto.
Na ten moment RENNSPORT nie przebija żadnego z nich – ani fizyką, ani grafiką, ani zawartością. Plusem jest dobra optymalizacja i estetyka, ale to trochę za mało, by wygrać z gigantami pokroju Kunos, Studio 397 czy Reizy. To wszystko wygląda trochę jak kopia – i to (na razie) słabsza kopia.

Dziesięć lat temu RENNSPORT byłby sensacją. Pięć lat temu – mocnym graczem. Dziś? Poprzeczka jest zawieszona wysoko.
Ale wiecie co? I tak warto spróbować – bo gra jest darmowa. A jak mówi klasyk: za darmo to i ocet słodki.

RENNSPORT to jak nowy zawodnik w lidze mistrzów simracingu. Ma dobre CV, drogie buty, ładne zdjęcie w mediach – ale jeszcze musi udowodnić, że potrafi grać z najlepszymi. Może to będzie hit sezonu. Może kolejny zapomniany projekt. Na razie… jesteśmy na etapie przedsezonowego sparingu.  

PS. Nie porównuję do iRacing, bo to jednak zupełnie inna liga, inny model i inna historia.

Recenzja Killing Floor 3. Czy to falstart?

Recenzja Killing Floor 3. Czy to falstart?

Killing Floor 2 to jedna z najlepszych kooperacyjnych strzelanek w historii. Trzecia część okazuje się niestety niemal pod każdym względem nieco gorsza, a przed twórcami jeszcze trochę pracy.

Chociaż Killing Floor 3 nie dorównuje „dwójce”, to nie można jednak stwierdzić, że jest grą złą i zupełnie niewartą uwagi. Wydaje się nawet, że odbiorcom nieznającym tej serii najnowsza odsłona może sprawić sporo frajdy. Otrzymujemy tutaj bowiem porządne, co-opowe strzelanie do potworów, a pokonywanie fal wrogów potrafi dać odpowiednią satysfakcję.

Założenia nowej gry od Tripwire są niezwykle proste. Bierzemy udział w rozgrywkach opartych na zasadzie starć z następującymi po sobie, kolejnymi grupami przeciwników, by na samym końcu zmierzyć się z bossem. Na chwilę obecną nie ma żadnych dodatkowych trybów, które urozmaiciłyby zabawę – jak choćby zmagania PvP z poprzedniej części.

Likwidując Zedy – tak nazywają się tutaj zmodyfikowane cybernetycznie mutanty – zarabiamy pieniądze, które pomiędzy kolejnymi falami wykorzystujemy, by ulepszać swoją broń, uzupełniać zapasy amunicji i gadżetów, bądź też kupić inną pukawkę. Jeśli cierpimy na niedobór pieniędzy, możemy poprosić o garść banknotów naszych towarzyszy. W meczu może brać udział w sumie sześciu graczy.

Killing Floor 3 oferuje do wyboru sześć klas postaci, różnych bohaterów z innymi zestawami uzbrojenia, a także specjalnymi zdolnościami czy przedmiotami. Każdy powinien znaleźć tu coś dla siebie – mamy chociażby medyka z pistoletami maszynowymi, czy podpalającą wrogów Firebug, albo nawet wojownika Ninja, który jest mistrzem walki w zwarciu.

Broń, niezależnie od rodzaju, jest przyjemna w użyciu. Jeśli ktoś grał jednak w poprzednią odsłonę serii, to może odnieść wrażenie, że różne elementy związane ze strzelaniem – na przykład odrzut, poczucie mocy broni – są w trzeciej części trochę stonowane. Prawdopodobnie jednak tego spadku jakości nie odczują gracze, którzy w Killing Floor 2 nie grali. Model strzelania przywodzi tu natomiast na myśl współczesne odsłony Call of Duty.

Współpraca z naszymi towarzyszami jest oczywiście kluczowa, by odnieść sukces. Ważne jest pozostawanie w grupie, priorytetyzowanie najbardziej niebezpiecznych potworów, a także doby wybór miejsca, w którym będziemy się bronić przed falą mutantów. Najlepiej, rzecz jasna, gra się ze znajomymi – rozgrywka z przypadkowo dobranymi graczami może czasem frustrować, jak w wielu produkcjach tego typu.

Obecnie w Killing Floor 3 spotkać można tylko trzech bossów, z których – mówiąc zupełnie szczerze – żaden nie robi specjalnie dużego wrażenia i nie zapada w pamięć. Szkoda, bo poprzednia część może pochwalić się naprawdę świetnie zaprojektowanymi wrogami „ostatecznymi”.

Gra nie straciła wiele z mrocznego klimatu poprzednich części, chociaż otoczka nie jest tym razem aż tak ponura. Pod względem atmosfery strzelanka ta i tak dostatecznie wyróżnia się od konkurencji – jest tu naprawdę brutalnie i krwawo, ale jednocześnie mamy też dawkę czarnego humoru dostarczaną poprzez ironiczne komentarze naszych postaci.

Niestety w ucho nie zapada muzyka, poza jednym utworem, który można usłyszeć w menu głównym. Nawet podczas starć z bossami czy większymi grupami potworów, żaden utwór nie wyróżnia się na tle innych i nie pomaga budować emocji związanych z walką. Pod tym względem również poprzednia część wypadała lepiej.

Killing Floor 3 to niezła kooperacyjna strzelanka, o ile nie chcemy jej stale porównywać do poprzednika. Gra oferuje też obecnie trochę zbyt mało zawartości, a nie zaszkodziłyby też drobne poprawki związane z optymalizacją. Warto chyba poczekać i sięgnąć po ten tytuł dopiero przy okazji większej aktualizacji.

Oblivion Remastered zagrało już 9 milionów graczy. Bethesda szykuje się na więcej?

Oblivion Remastered zagrało już 9 milionów graczy. Bethesda szykuje się na więcej?


Odświeżona wersja kultowego RPG z 2006 roku – The Elder Scrolls IV: Oblivion Remastered – zdobyła serca graczy na całym świecie. Bethesda ogłosiła, że gra przekroczyła próg 9 milionów użytkowników na wszystkich platformach, co czyni ją jednym z największych sukcesów tegorocznego Xbox Game Pass. Ten imponujący wynik może otworzyć drzwi do kolejnych remasterów klasyków z portfolio studia.

Miliony graczy, setki wspomnień

Oblivion Remastered zadebiutowało 22 kwietnia 2025 roku i już w pierwszym tygodniu przyciągnęło 4 miliony graczy. Odświeżona wersja powstała przy współpracy z firmą Virtuos i wykorzystuje nowoczesny silnik Unreal Engine 5, oferując ulepszoną grafikę, lepsze animacje oraz szereg usprawnień jakości życia w rozgrywce. Choć większość opinii graczy była entuzjastyczna, wersja na PC zebrała mieszane recenzje na Steamie, głównie ze względu na problemy z optymalizacją i błędy techniczne.

Pomimo wprowadzonych aktualizacji, w tym dużego patcha 1.2 dodającego m.in. nowy poziom trudności i poprawki stabilności, wielu użytkowników nadal zgłasza trudności z działaniem gry. Krytycy wskazują również na zbyt wolne tempo prac naprawczych – co może być związane z doniesieniami o masowych zwolnieniach w studiu Virtuos.

Bethesda patrzy wstecz – i planuje przyszłość?

Sukces Oblivion Remastered przyciąga uwagę nie tylko graczy, ale też samego studia. 9 milionów użytkowników to wynik, który może zachęcić Bethesdę do sięgnięcia po inne tytuły z przeszłości. Wśród kandydatów do remasteru wymieniane są The Elder Scrolls III: Morrowind, Fallout 3, a nawet kultowy New Vegas. Ich odświeżone wersje mogłyby powtórzyć sukces Obliviona, szczególnie jeśli Bethesda wyciągnie wnioski z technicznych potknięć obecnego projektu.

Na razie firma podziękowała fanom w mediach społecznościowych, publikując humorystyczną grafikę z postacią Adoring Fana, którego fryzura układa się w cyfrę „9” – symbolizującą osiągnięty kamień milowy.

Obraz zawierający tekst, Ludzka twarz, plakat, ilustracjaZawartość wygenerowana przez AI może być niepoprawna.

Co dalej?

Oblivion Remastered pokazał, że klasyczne gry RPG nadal mają ogromny potencjał, zwłaszcza gdy otrzymają nowoczesną oprawę i trafiają do graczy bez dodatkowych kosztów – np. w ramach Xbox Game Pass. Choć techniczne niedociągnięcia pozostają problemem, liczby mówią same za siebie: gracze chcą wracać do Tamriel, a Bethesda zapewne nie zapomni o tym przy planowaniu kolejnych projektów.

Najlepsze gry z mechami na PC

Najlepsze gry z mechami na PC

Mechy mają w sobie coś wyjątkowego. Są po prostu wspaniałą kwintensencją słowa „cool”. Nie bez powodu gry z metalowymi maszynami w rolach głównych regularnie przyciągają wielu odbiorców.

Doczekaliśmy się sporej liczby różnorodnych gier z mechami, reprezentujących wiele gatunków. Dziś chcemy polecić te nieco bardziej współczesne, dostępne na PC, które zapewnią solidną porcję świetnej zabawy.

Spis treści

Armored Core 6

Zacznijmy od jednej z nowszych gier uznanego studia From Software. Najnowsza odsłona serii rzuca nas w sam środek konfliktu o tajemniczą substancję na planecie Rubicon. To, co wyróżnia tę produkcję, to niesamowicie dynamiczna i widowiskowa walka. Można zapomnieć o powolnych, ociężałych maszynach – tutaj nasze mechy ślizgają się, latają i wykonują błyskawiczne uniki.

Świetnym elementem gry są spore możliwości personalizacji naszego mecha – od wyboru nóg, korpusu i ramion, po montowanie dziesiątek rodzajów broni i wewnętrznych generatorów. Każda, nawet najmniejsza zmiana, ma realny wpływ na zachowanie mecha w walce.

Do tego gra oferuje po prostu naprawdę niepowtarzalny klimat. Minimalizm jest odczuwalny zarówno w warstwie fabularnej, jak też w lokacjach, które przemierzamy. Przez to wszystko trudno porównać Armored Core do innych gier z mechami.

Battletech

Jeśli zamiast zręcznościowej walki wolicie chłodną kalkulację i strategiczne planowanie, to Battletech jest propozycją idealną. To fantastyczna gra taktyczna osadzona w rozbudowanym uniwersum, w której dowodzimy oddziałem najemników pilotujących potężne mechy.

Rozgrywka toczy się w systemie turowym, gdzie każdy ruch trzeba starannie przemyśleć. Ciężar kilkudziesięciotonowych maszyn czuć na każdym kroku – nie ma tu miejsca na szybkie uniki, jest za to pozycyjonowanie, zarządzanie przegrzaniem i precyzyjne celowanie w konkretne części pancerza wroga.

Pomiędzy misjami zarządzamy naszą kompanią najemników, naprawiamy uszkodzone mechy, modyfikujemy ich uzbrojenie i dbamy o finanse. Niesamowitą satysfakcję daje możliwość odzyskiwania części ze zniszczonych na polu bitwy maszyn wroga i montowania ich we własnych jednostkach.

Metal Wolf Chaos XD

To jedna z najbardziej absurdalnych, a jednocześnie napakowanych akcją gier z mechami, jakie kiedykolwiek powstały. Metal Wolf Chaos to tytuł, który pierwotnie ukazał się tylko w Japonii.

Wcielamy się tu w Michaela Wilsona, 47. prezydenta Stanów Zjednoczonych, który w potężnym mechu bojowym musi własnoręcznie odbić kraj z rąk buntowników. Fabuła jest tu pretekstem do siania totalnej destrukcji.

Ta gra to czysta, nieskrępowana frajda. Nasz mech jest uzbrojony po zęby w arsenał, który obejmuje ponad sto różnych broni – od karabinów maszynowych, przez strzelby i wyrzutnie rakiet, aż po absurdalnie potężne działa. Celem jest zazwyczaj zniszczenie wszystkiego, co widzimy na ekranie, przy akompaniamencie patetycznej muzyki i celowo przerysowanych, komicznych dialogów.

Into the Breach

Into the Breach udowadnia, że do stworzenia genialnej gry strategicznej nie potrzeba fotorealistycznej grafiki, a jedynie fenomenalnego pomysłu. To minimalistyczna, turowa perełka od twórców FTL: Faster Than Light, którą można opisać jako szachy z mechami i potworami.

Dowodzimy tu trzyosobowym oddziałem mechów, broniącym resztek ludzkości przed inwazją gigantycznych bestii zwanych Vek. Każda bitwa toczy się na niewielkiej, ośmiopolowej planszy, a naszym celem jest przetrwanie określonej liczby tur i ochrona cywilnych budynków.

Fenomen tej gry polega na tym, że znamy każdy ruch, który przeciwnik wykona w następnej turze. Naszym zadaniem nie jest więc bezmyślne atakowanie, a inteligentne reagowanie – przesuwanie wrogów za pomocą naszych ataków tak, by strzelali w siebie nawzajem, blokowali się lub wpadali do wody. Każda potyczka to fascynująca łamigłówka.

Titanfall 2

Na końcu małe oszustwo – w końcu w Titanfall 2 sterujemy także człowiekiem, a nie tylko mechem. Jednak z uwagi na to, jak świetnie zaprojektowano rozgrywkę za sterami Tytana, trudno było po prostu pominąć ten wspaniały tytuł od studia Respawn.

Gra oferuje jedną z najlepszych i najciekawiej zaprojektowanych kampanii fabularnych w historii pierwszoosobowych strzelanek, co do tego zgodni są niemal wszyscy. Choćby już dlatego warto po ten tytuł sięgnąć.

Ponadto, multiplayer na PC cały czas jest aktywny – i to właśnie w trybie wieloosobowym możemy przetestować kilka różnych mechów, by stawić czoła innym graczom, wykorzystując szereg efektownych ataków i zdolności wielkich maszyn.

Najciekawsze gry w stylu serii XCOM

Najciekawsze gry w stylu serii XCOM

Kiedy XCOM: Enemy Unknown przypomniał światu o tym, jak wciągające mogą być tego typu taktyczne strategie, a XCOM 2 pobił rekordy popularności, wielu zainspirowało się projektami studia Firaxis.

Chociaż prawdziwy boom na gry w stylu XCOM-a już minął, to przez ostatnie lata na rynek trafiło mnóstwo gier oferujących podobną rozgrywkę. Właśnie dlatego to najlepszy moment, by polecić te najbardziej godne uwagi – i zignorować te nieco gorszej jakości. Oto pięć propozycji, wśród których każdy znajdzie choć jeden świetny tytuł dla siebie.

Spis treści

Battle Brothers

Jedyną wadą tej produkcji, niezwykle mocno docenionej przez graczy, jest oprawa graficzna – twórcy zdecydowali się bowiem na styl, który pewnie nie każdemu przypadnie do gustu.

Rozgrywka jest jednak świetnie przemyślana i niezwykle wciągająca. Budowanie swojej kompanii wojowników od podstaw uzależnia, podobnie jak rozwijanie jednostek i starcia z coraz trudniejszymi wrogami.

Turowa walka jest prosta w założeniach, ale starcia bywają niezwykle wymagające. Każda decyzja na placu boju ma duże znaczenie. Zdobywana z czasem wiedza i umiejętności pozwalają nam grać coraz lepiej, a taka nauka gry naprawdę sprawia frajdę.

Warhammer 40,000: Mechanicus

Pozycja obowiązkowa dla fanów uniwersum Warhammera, choć nie tylko. Mechanicus to po prostu świetnie zrealizowana gra taktyczna z niesamowitym klimatem.

Kierujemy tutaj poczynaniami grupy Adeptus Mechanicus, czyli cybernetycznych Tech-Kapłanów, którzy muszą stawić czoła mrocznym siłom Necronów wybudzonych z wielotysięcznego snu.

Twórcom udało się perfekcyjnie uchwycić charakter frakcji technologicznych fanatyków z marsa, co doskonale słychać chociażby we wspaniałej ścieżce dźwiękowej. Oprawie wideo też nie można nic zarzucić, a rozgrywka po prostu wciąga.

Jagged Alliance 3

Trzecia część tej kultowej serii ukazała się w 2023 roku i udowodniła, że studio Haemimont Games. To fantastyczna gra taktyczna, oferująca wymagającą, ale dobrze zbalansowaną i rozbudowaną kampanię.

Naszym celem jest zbudowanie oddziału najemników o różnych talentach, by odbić tropikalną wyspę z rąk wojskowej junty. Odbijamy kolejne regiony, zarabiamy pieniądze, a później kierujemy nawet kilkoma oddziałami żołnierzy ulokowanymi w różnych obszarach.

To nie tylko gra o walce z wrogiem, ale też z czasem i ograniczonym budżetem. Takie podejście zmusza nas do podejmowania rozsądnych decyzji odnośnie przebiegu kampanii, dbania o nasze jednostki i ostrożności. Całość jest zrealizowana niemal bezbłędnie.

Gears Tactics

Tak, tak – Gears Tactics nie jest grą tak rozbudowaną i głęboką jak choćby XCOM 2 czy niektóre tytuły obecne w naszym zestawieniu. Jest jednak niezwykle przyjemną taktyczną produkcją, która może stanowić idealną propozycję dla wszystkich, którzy chcą w tym gatunku postawić pierwsze kroki.

Wszystko jest tu wygodne, przemyślane i solidnie dopracowane. Gra działa płynnie, skróty klawiszowe są intuicyjne, a wszystkie informacje są zawsze pod ręką. Wraz z postępami rekrutujemy nowych żołnierzy i rozwijamy ich umiejętności. Każda z pięciu klas posiada rozbudowane drzewko talentów, co pozwala specjalizować nawet dwie jednostki tej samej profesji w zupełnie różny sposób.

Na szczególną uwagę zasługują starcia z bossami – choć nieliczne, robią wrażenie. Te potyczki zmuszają do porzucenia utartych schematów i często wymagają wykorzystania ataków samego bossa do eliminowania zwykłych wrogów.

Mutant Year Zero: Road to Eden

Macie ochotę na grę w stylu XCOM, lecz oferującą niebagatelny świat, a także proponująca przemyślane i wyjątkowe rozwiązania w rozgrywce? W takim razie na pewno musicie zainteresować się tym tytułem.

Mutant Year Zero pozwala sterować naszym oddziałem w czasie rzeczywistym. Walka turowa rozpoczyna się dopiero wtedy, gdy oddamy pierwszy strzał, albo też kiedy dostrzegą nas przeciwnicy. Takie podejście jest naprawdę niesamowicie przyjemnym powiewem świeżości w gatunku taktycznych turówek.

Akcja gry osadzona jest w uniwersum postapokaliptycznym, a członkowie naszego oddziału to różnorodne mutanty – człekokształtny dzik czy też kaczka. Nie zabrakło tu także jednak ludzi, nieraz dysponujących świetną zręcznością. Każdy bohater posiada inne umiejętności, dzięki czemu walka nigdy nie nudzi.

W końcu zagrałam w Helldivers 2 i mam jeden wniosek

W końcu zagrałam w Helldivers 2 i mam jeden wniosek

Helldivers 2 to tytuł, który od momentu premiery wzbudzał niemałe emocje. Mam wrażenie, że większość graczy zachwycała się jego intensywną akcją i satysfakcjonującym systemem walki, a tylko nieliczni narzekali na panujący w nim chaos, wysoki poziom trudności i okazjonalne problemy techniczne. Jednak mimo że o tej grze było tak głośno, nic nigdy nie skłoniło mnie, by ją wypróbować – aż do teraz. W końcu i ja, zachęcona do zabawy przez znajomych, przekonałam się, co Helldivers 2 ma do zaaferowania. Wniosek? To gra, która właśnie dopiero w towarzystwie znajomych osiąga swój pełen potencjał.

Spis treści

Na wstępie warto wspomnieć, na czym gra w Helldivers 2 polega

W skrócie, wcielamy się w niej w tytułowych Helldiversów – żołnierzy, którzy walczą „w obronie” swojej planety Superziemi. Jako Ci żołnierze wypełniamy misje na przeróżnych innych planetach, walcząc z Terminidami, Automatonami, a także Illuminatami – oczywiście szerząc demokrację jak bohaterowie Żołnierzy kosmosu (ang. Starship Troopers).

W Helldivers 2 nie tworzymy własnych postaci. Otrzymujemy za to własny statek, którym możemy poruszać się po galaktyce, arsenał który możemy spersonalizować, poszerzyć i ulepszyć dzięki zdobytym poziomom doświadczenia i walucie, a także możliwość łączenia się w grupy z innymi graczami i kooperacji.

W tej ostatniej kwestii Helldivers 2 daje pewną swobodę. Jeśli chcemy, możemy zamknąć się na innych graczy i zablokować im dostęp do naszej rozgrywki. Możemy też pozwolić na to, aby w szerzeniu demokracji pomogli nam inni, którzy zechcą do nas dołączyć, czy to z poziomu konsoli czy peceta. Możemy też sami dołączyć do grup innych graczy albo zagrać wyłącznie ze znajomymi.

Ja w Helldivers 2 grałam zarówno sama, jak i z losowymi graczami oraz znajomymi. Najprzyjemniej grało mi się jednak ze znajomymi. Dlaczego?

Kooperacja? Tak, ale tylko z odpowiednią ekipą

Zacznijmy od tego, że rozgrywka w Helldivers 2 jest dosyć… powtarzalna. Tak, trzeba to powiedzieć. Misje przygotowane przez deweloperów są bowiem bardzo schematyczne i mało zróżnicowane. Zatem, łatwo wpaść tu w rutynę, zwłaszcza na niższych poziomach trudności. W przypadku wyższych brak odpowiedniej komunikacji z kolei utrudnia zabawę. Czasami nawet najlepszy sprzęt nie rekompensuje tego, że nikt nie odzywa się na czacie głosowym. Wszystko zmienia się, gdy na polu bitwy stajemy ze „znajomymi twarzami”, które wspólnie z nami siedzą na Discordzie.

Tak, w każdą grę multiplayer gra się lepiej ze znajomymi, ale Helldivers 2 to czołowy reprezentant spełniający tę regułę. Gra w Helldivers 2 ze znajomymi to bowiem nieustanne balansowanie między chaosem a taktyką, gdzie każdy błąd może zakończyć się spektakularną katastrofą – i salwą śmiechu.

Powtarzalność znika w dobrym towarzystwie

Sukces misji w tym tytule szczególnie na wyższych poziomach trudności zależy od zgrania i wzajemnego wsparcia. W drużynie każdy ma zadanie do wykonania – jeden rozstawia wieżyczkę, drugi wzywa nalot, trzeci osłania tyły, a czwarty… no z tym bywa różnie. Ale największą frajdę w Helldivers 2 daje właśnie to, że tu nie wszystko idzie doskonale. System ognia sojuszniczego sprawia, że nie trudno o powód do śmiechu. Kiedy jedna osoba przez przypadek wezwie z orbity zrzut bomb prosto na głowę towarzysza, a inna z paniką stawia wieżyczkę pośrodku starcia, zaczyna się prawdziwa zabawa. To właśnie te momenty, pełne emocji, spontanicznych reakcji i improwizowanej współpracy, tworzą to, co najlepsze w tej grze. A gdy grasz ze znajomymi, to na bieżąco żartujesz z tych momentów, zapominając o powtarzalności samej rozgrywki.

Podsumowując – graj, ale nie samotnie

Jeśli zastanawiasz się nad tym, czy zagrać w Helldivers 2, weź moje przemyślenia pod uwagę. Jeśli nie masz znajomych, z którymi mógłbyś spędzić w tej produkcji czas, podejrzewam, że ta bardzo szybko Ci się znudzi. Zbierz zatem grupę znajomych, zachęć ich do tego, aby też kupili Helldivers 2 (na dowolnej platformie, bo gra obsługuje crossplay), wyposażcie się w mikrofony, odpalcie Discorda i zacznijcie grać razem.

Dopiero wtedy zobaczysz, jak wiele ta gra ma do zaoferowania – i ile śmiechu potrafi przy tym dostarczyć. Nie chodzi tu tylko o samo wykonywanie misji i strzelanie do przeciwników, ale o te wszystkie nieprzewidziane sytuacje, które powstają z połączenia ognia sojuszniczego, nieporozumień i typowo ludzkich błędów. Każda z takich chwil buduje wspomnienia, które zostają na dłużej. Jedna nieudana misja potrafi dać więcej frajdy niż dziesięć udanych, jeśli kończy się ogólnym chaosem i wspólnym śmiechem.

Helldivers 2 jest trochę jak impreza: możesz pójść na nią sam, ale dopiero w gronie znajomych nabiera sensu. I nawet jeśli na koniec wszyscy skończycie martwi na polu bitwy, to i tak będziecie chcieli wrócić po więcej. Bo w tym całym zamieszaniu i absurdzie chodzi właśnie o zabawę – a ta smakuje najlepiej, gdy współdzielisz ją z innymi.