Studio Digital Extremes od lat z wielkimi sukcesami rozwija i ulepsza darmową grę Warframe, a przed tym tytułem jeszcze dużo – zapewne coraz bardziej imponujących – dodatków i aktualizacji. Firma tworzy także zupełnie nowy projekt. Jak wypada?
Soulframe znajduje się obecnie w fazie alfa, choć postępy graczy nie zostaną skasowane, a całość płynnie przejdzie do wersji beta, a później do premierowej. Gra nie oferuje jeszcze zbyt dużo zawartości, jednak rozgrywka potrafi wciągnąć, a system postępów jest pod pewnymi względami nieco lepszy niż w Warframe.
Zacząć wypada od tego, że mamy do czynienia z grą akcji osadzoną w uniwersum fantasy, a więc otrzymujemy dużą odskocznię od zaawansowanego science-fiction z poprzedniej gry Digital Extremes. Świat w Soulframe jest świetnie przemyślany, a szczątkowa historia zapowiada się interesująco.
Trafiamy do krainy, którą podbiło złowrogie imperium przywodzące na myśl Garlean z Final Fantasy. Korzystający z technologii najeźdzcy starają się utrzymać kontrolę nad spokojną i żyjącą w zgodzie z naturą społecznością wyspy, na której rozgrywa się początkowy rozdział. Wrogowie wykorzystują też zasoby krainy, przy okazji zatruwając środowisko. Podczas różnych misji krzyżujemy im plany, a zajmujemy się też – w misjach opcjonalnych – ratowaniem zwierząt więzionych przez żołnierzy.
W różnych aspektach projektowych, na przykład wyglądzie zbroi, broni, czy nawet skrzyń, przejawia się oryginalny pomysł na charakter różnych frakcji, wrogów czy bóstw i ważnych postaci. Dzięki temu Soulframe nie jest „po prostu kolejnym fantasy”, ale oferuje dosyć unikatowy, intrygujący klimat.
Gra jest spokojniejsza i nie tak szybka jak Warframe, co może być dla wielu plusem. Mamy tu raczej typowe dla gatunku trzecioosobowych gier akcji tempo walki, w której wykorzystujemy różne rodzaje broni białej lub łuki czy magiczne kostury. Zestawy ciosów i ataków są raczej proste i nieduże, ale w potyczkach korzystamy też z magicznych zdolności.
Tak jak w Warframe, umiejętności związane są z klasą (Paktem), którą możemy wedle uznania wymieniać w każdej chwili na inną w naszej bazie, pod warunkiem, że mamy ją odblokowaną. Każda klasa to zupełnie inne talenty i drzewko ulepszeń. Mamy tu pakt skupiający sią na atakach ogniem, na unieruchamianiu wrogów, czy na wykorzystaniu błyskawic. Każdy znajdzie coś dla siebie.
Najważniejsze, że walka sprawia frajdę już na tak wczesnym etapie rozwoju Soulframe. Szczególnie korzystanie z łuku jest wyjątkowo satysfakcjonujące, chociaż inne rodzaje broni też potrafić zrobić wrażenie. Pokonywani wrogowie mają dopracowane animacje trafień, a wizualne efekty zdolności są wykonane bez zarzutu – choć czasem trafi się jakiś graficzny glitch. W końcu to jeszcze wersja alfa, która nie jest nawet dostępna na Steamie.
Soulframe oferuje już kilka zadań fabularnych, jednak ukończenie wszystkich to kwestia 3-4 godzin. Później większość czasu w obecnej wersji gry zajmują powtarzalna misje frakcji, albo po prostu tzw. grindowanie – pokonywanie bossów tylko po to, by zyskiwać z nich kolejne części ekwipunku, które dostarczamy postaci w bazie, by stworzyć nową broń lub pancerz.
Podobnie jak Warframe, nowa gra Digital Extremes w dużej mierze opiera się na „farmieniu”, czyli spędzaniu czasu na prostych wyzwaniach i walce głównie po to, by zbierać surowce i materiały. Fabuły mamy tu na razie mało, więc ten grind właśnie zdecydowanie przeważa – z tego też powodu trudno polecać zakup Pakietu Założyciela. Dostęp do gry można zdobyć w inny sposób, po prostu zgłaszając się na oficjalnej stronie i czekając na swoją kolej.
Soulframe już na wczesnym etapie robi wrażenie warstwą wizualną, niezwykle ciekawym uniwersum i przyjemną walką. Z każdą kolejną aktualizacją otrzymujemy więcej zawartości, więc można liczyć na to, że wersja beta będzie dosyć imponująca. Nie znamy jeszcze daty premiery, jednak nowy tytuł od Digital Extremes zdecydowanie warto mieć na oku.
Planujesz upgrade swojego stanowiska gamingowego? Teraz możesz otrzymać zwrot części kosztów zakupu. W ramach promocji Lenovo otrzymasz nawet 400 zł cashbacku za zakup wybranego monitora Lenovo w zestawie z laptopem lub komputerem stacjonarnym Lenovo.
Ile możesz zyskać?
50 zł – dla monitorów o wartości do 399 zł
200 zł – dla monitorów o wartości od 400 do 999 zł
400 zł – dla monitorów o wartości od 1000 zł wzwyż
Jak skorzystać z promocji?
Kup wybrany laptop lub komputer Lenovo oraz monitor Lenovo objęte promocją.
Zachowaj dowody zakupu oraz oryginalne opakowania z kodami kreskowymi.
W ciągu 14 dni od zakupu monitora wypełnij formularz zgłoszeniowy dostępny na stronie promocji.
Po pozytywnej weryfikacji otrzymasz cashback przelewem na konto.
Promocja obowiązuje od 1 grudnia 2025 r. do 31 stycznia 2026 r. lub do wyczerpania puli nagród.
Gatunek extraction shooterów jest popularny, ale wielu graczy odstrasza. Escape from Duckov to świetna propozycja dla tych, którzy nie przepadają za PvP, ale mają ochotę na solidną porcję wymagającej rozgrywki.
Chińska strzelanka podbiła Steama i zdobyła wielkie uznanie. To nie dziwi, ponieważ oferuje angażującą rozgrywkę, rozbudowany system postępów i satysfakcjonujące potyczki, a jednocześnie możemy tutaj bawić się całkowicie solo – bez potrzeby martwienia się innymi graczami.
W porównaniu do większości extraction shooterów, Escape from Duckov oferuje przede wszystkim inną perspektywę. Tutaj akcję obserwujemy od góry, a nie z oczu bohatera czy zza jego pleców. Wcielamy się też nie w człowieka, a w… kaczkę. Tudzież innego ptaka, zależnie od tego, jak spersonalizujemy wygląd postaci.
Po krótkim tutorialu trafiamy po raz pierwszy z naszej bazy na pierwszą mapę. Eksplorujemy lokacje, zbieramy zasoby, mamy szansę znaleźć nową, lepszą broń i pancerze – no i staramy się przeżyć spotkania z wrogo nastawionymi kurczakami czy innymi wrogami. Po powrocie rozpoczynamy aktywację pierwszych ulepszeń i stopniowo rozbudowujemy bazę.
Założenia rozgrywki są więc jasne i proste od samego początku. Gramy po to, by ulepszać zarówno naszego bohatera – poprzez zdolności pasywne odblokowywane w drzewku talentów – oraz bazę, którą wyposażamy w kolejne stanowiska craftingowe, by po wielu godzinach gry móc wytwarzać nawet całkiem porządne uzbrojenie. Zanim do tego dojdzie, kolejne rundy (w wypadku śmierci) zaczynamy tylko ze skromnym pistoletem.
Rozwój jest dobrze zaplanowany i przemyślany, nic się w tym zakresie nie dłuży. Jednak ten aspekt nie wystarczyłby, żeby Duckov było grą godną polecenia. Na szczęście gameplay związany z wypadami poza bazę jest szalenie przyjemny. Sterowanie jest precyzyjne i wygodne, a strzelanie jest jednocześnie wymagające, ale też po prostu bawi, szczególnie gdy dobrze nam idzie, rzecz jasna.
Twórcy zadbali o sporą różnorodność pistoletów, karabinów czy strzelb, a zabawę urozmaicają granaty, miny czy bomby gazowe. Jest tutaj system obciążenia, więc rzadko kiedy możemy nosić ze sobą wszystko, co byśmy chcieli – co wymusza na nas decyzje związane z wyposażeniem i związaną z nim taktyką odnośnie podejścia do potyczek.
https://www.youtube.com/watch?v=ewmV79zP5XQ
Deweloperom udało się też w ciekawy sposób zadbać o różne poziomy wyzwania. Począwszy od tradycyjnego wyboru trudności, możemy porwać się na coś poważniejszego, jeśli wybierzemy się na misję w nocy – kiedy spotkamy na przykład zupełnie innych wrogów, silniejszych niż ci, którzy występują za dnia.
Brak starć z innymi graczami i skupienie się na rywalizacji z botami wcale nie przeszkadza, ponieważ komputerowi wrogowie często potrafią dać w kość. Jednak nieobecność aspektu PvP z pewnością przekona wielu użytkowników, którzy nie przepadają za ideą „nękania” słabo uzbrojonych graczy przez innych, świetnie wyposażonych, którzy spędzili już w grze setki godzin.
Jedyną większą wadą Escape from Duckov jest nieco irytujący na dłuższą metę system ekwipunku. Zarządzanie wszystkimi zasobami, szczególnie gdy uzbieramy ich sporo, bywa frustrujące – co zresztą jest częstą przypadłością każdego przedstawiciela tej kategorii strzelanek.
Biorąc pod uwagę stosunkowo niską cenę i jakość podstaw rozgrywki, Escape from Duckov to gra bez dwóch zdań warta polecenia. To przyjemny, niezobowiązujący shooter, który jednak potrafi też rzucić spore wyzwanie, a przy okazji oferuje specyficzny, lekki i humorystyczny klimat.
Nowe Anno nie jest idealne, ale to wciąż jedna z najlepszych gier wydanych przez Ubisoft w ostatnim czasie. Świetnie rozwija pomysły z poprzedniej odsłony, choć kampania okazuje się sporym rozczarowaniem.
Pax Romana to strategia z gatunku city-builderów, a więc podstawą rozgrywki jest ponownie rozbudowa naszego miasta – czy nawet kilku miast w późniejszych fazach gry. Tak jak w Anno 1800, zaczynamy od wyznaczania ulic, stawiania pierwszych domów. Sequel ten bardzo przypomina odsłonę wydaną sześć lat temu.
W miarę zaspokajania potrzeb mieszkańców rozwijamy ich domostwa, by pozyskiwać obywateli coraz wyższych klas. W ten sposób dbamy o to, żeby dysponować pracownikami różnego rodzaju, w tym oczywiście tymi, którzy zajmą się pracą na roli czy w kopalniach. Nie możemy więc po prostu ulepszyć wszystkich dzielnic, bo zostaniemy bez robotników.
Produkowanie różnych dóbr także wygląda bardzo podobnie do systemu z Anno 1800. Budujemy zakłady, które razem z innymi miejscami pracy stanowią łańcuchy produkcyjne. Żeby tworzyć chleb, najpierw trzeba zbudować pole pszenicy, młyn i tak dalej. Cały system rozwoju nie będzie dla nas żadną zagadką, jeśli spędziliśmy w poprzedniej części chociaż parę godzin.
Oczywiście Anno 117 to zupełnie inny okres historyczny, więc dysponujemy innymi produktami, technologiami i możliwościami. Do nowości względem 1800 możemy zaliczyć też – w końcu – rozbudowane drzewko rozwoju technologicznego, które pozwala specjalizować się w różnych aspektach progresu: ekonomicznym, społecznym czy nawet militarnym.
Powraca też możliwość zakładania miasta w dodatkowym regionie i w tym wypadku jest to Albion, czyli Brytania. Tworzymy tam zupełnie inne budynki i przedmioty, dysponujemy innymi terenami – choćby bagnistymi – i rozwijamy ten obszar starając się wybierać między romanizacją obywateli, lub zachowywaniem ich celtyckich zwyczajów.
Dla wszystkich, którzy nie mieli styczności z serią, przygotowano fabularną kampanię. Ta okazuje się jednak sporym rozczarowaniem, a fani mogą ją spokojnie pominąć i po prostu cieszyć się rozgrywką w trybie sandboksowym. Kampania jest najzwyczajniej w świecie nudna, momentami irytująca – choćby przez obecność misji typu: „popłyń okrętem do punktu A na mapie, a potem do punktu B, żeby z kimś porozmawiać”.
Historia ma wręcz telenowelowy charakter, bohaterowie nie mają ciekawych osobowości, rozwój opowieści nie jest interesujący. Wydaje się wręcz, że suchy i pozbawiony fabuły tutorial byłby przyjemniejszy w odbiorze, a przy okazji mógłby mieć lepsze tempo.
Trudno jednak skupiać się na kampanii i jej jakości, skoro podstawy rozgrywki są świetnie przemyślane – w dużej mierze przez to, że mocno opierają się na Anno 1800, co dla niektórych też może być lekkim rozczarowaniem. Różne nowości w dobry sposób rozwijają jednak utartą formułę.
Poza drzewkiem technologii, otrzymujemy też w nowej części cyklu aspekt militarny. Walczyć z oponentami możemy już nie tylko na morzu, ponieważ możemy rekrutować lądowe oddziały piechoty, kawalerii, a nawet machiny oblężnicze. Takie rozwiązania były już wiele lat temu obecne w serii Anno, więc ich obecność zapewne ucieszy niektórych fanów. Trzeba jednak zaznaczyć, że w trybie gry swobodnej możemy sobie zupełnie możliwość wojny zablokować.
Anno 117 jest też grą bez wątpienia piękną. Jak na strategię tego typu oferuje bogatą w szczegóły oprawę, dzięki której aż chce się przybliżać widok, obserwować z bliska ulice, zakłady produkcyjne czy ludzi pracujących w polu. Przyjemna muzyka też pomaga budować sielski klimat towarzyszący zabawie.
Pax Romana jest grą, która mogłaby oferować lepszą kampanię fabularną, ale gameplay i systemy rozgrywki potrafią wciągnąć bez reszty. Być może warto trochę poczekać z zakupem, ale z pewnością grzechem byłoby nową produkcję Ubisoftu zupełnie zignorować.
Ogromny świat, mnóstwo rodzajów przeciwników, misji, aktywności i mnogość mechanik rozgrywki. W Crimson Desert niewątpliwie widać wielki potencjał, tylko czy deweloperzy będą w stanie w pełni go zrealizować?
Koreańskie Pearl Abyss to twórcy popularnego MMO akcji – Black Desert Online. Crimson Desert początkowo zresztą również miało być grą sieciową, jednak szybko z tego pomysłu zrezygnowano. Produkcja ta, która ma ukazać się w przyszłym roku, to singlowy RPG, w którym roi się od przeróżnych pomysłów.
Fundamenty są dosyć bezpieczne, a wielka ambicja deweloperów tkwi w szczegółach. Gra zaoferuje wielki open-world z kilkoma regionami, które przemierzymy jako Kliff Macduff – członek klanu Greymanów. Akcja toczy się na kontynencie Pywel, w świecie ogarniętym wojną i politycznymi intrygami, a całość łączy elementy mrocznej, epickiej fantasy i bardziej „brutalnej”, przyziemnej polityki rodem z Gry o Tron.
Twórcom zależy na zaoferowaniu dobrego poczucia eksploracji, a w zwiedzaniu ogromnego świata pomogą nie tylko wierzchowce, ale też system szybowania po skoku z dużej wysokości oraz mechanizm wspinaczki rodem z Breath of the Wild i podobnych tytułów. Nad kontynentem unoszą się powietrzne wyspy, więc okazji do skoków i swobodnego spadania na właściwą powierzchnię będzie pewnie sporo.
Ambicje Pearl Abyss najbardziej widać w systemie walki, który jest niezwykle głęboki i rozbudowany. Otrzymamy wiele rodzajów broni do wyboru, a każda zaoferuje mnóstwo ciosów, ataków specjalnych i kombosów. Podczas potyczek użyjemy też różnych rodzajów magii ofensywnej oraz defensywnej.
Twórcy określają walkę jako kinetyczną i mocno fizyczną. Widać zresztą, że przypomina nie tylko dynamiczne gry akcji, ale także… sporty walki w stylu MMA. Bohater używa mieczy, toporów czy włóczni, ale potrafi też chwycić wroga i przerzucić go za plecy, albo powalić niczym w zawodach wrestlingowych.
Dużą rolę odegra też parowanie ciosów, choć Crimson Desert to nie soulslike. To przede wszystkim gra, w której użytkownicy będą mogli poczuć się jak potężni wojownicy – szczególnie podczas starć z grupami zwykłych wrogów, ponieważ spotkania z bossami mogą już być większym wyzwaniem. Deweloperzy kładą duży nacisk na to, by wszyscy poważniejsi przeciwnicy byli bardzo różnorodni i za każdym razem czymś nas zaskakiwali.
Gra ma być wypełniona zawartością, a poza wątkiem głównym i fabularnymi misjami pobocznymi zajmiemy się craftingiem, alchemią, łowieniem ryb, szukaniem zbiegów czy nawet trenowaniem wierzchowca – a to tylko te przykłady, o których już słyszeliśmy. Twórcy mają pewnie parę asów w rękawie.
Tytuł prezentuje się też świetnie pod względem wizualnym, może poza jednym elementem, czyli efektami cząsteczkowymi, z którymi – podobnie jak w MMO Black Desert – trochę przesadzono. Pozostaje mieć nadzieję, że wśród opcji graficznych znajdzie się taka, która pozwoli zmniejszyć wizualny chaos na ekranie.
Crimson Desert ma dać nam niemal wszystko to, co znamy z innych gier RPG w otwartych światach, a nawet więcej. Wszystko to w ramach jednej produkcji. Czy Pearl Abyss faktycznie podoła, a koreańska produkcja zachwyci? Można podchodzić do tego sceptycznie, ale na pewno warto trzymać za ten projekt kciuki, bo jeśli się uda, to z pewnością będzie czymś wyjątkowym.
Już 5 grudnia 2025 r. od godziny 17:00 w Showroom Lenovo & Motorola w Warszawie odbędzie się turniej EA SPORTS F1 25 – wydarzenie łączące zaawansowaną technologię z pasją do królowej sportów motorowych.
Zawodnicy staną do rywalizacji na wirtualnych torach, a atmosfera będzie przypominała prawdziwy padok Formuły 1. Wśród uczestników pojawi się również gość specjalny — Patryk Krutyj, który weźmie udział w zmaganiach.
Nagrody
Najlepsi gracze zdobędą wartościowe nagrody, w tym sprzęt gamingowy Lenovo najwyższej klasy:
Lenovo Legion Go S (Windows 11 Home) – nagroda główna
Plecak Lenovo Select Targus 16’’
Słuchawki Lenovo Legion H600
Słuchawki Lenovo E310
Mysz Lenovo 300 Compact
Zapisy
Liczba uczestników jest ograniczona – o udziale decyduje kolejność zgłoszeń. Rejestracja dostępna pod adresem: https://cutt.ly/Turniej_EA_F1
Wybrane urządzenia gamingowe dostępne są teraz nawet do 1500 zł taniej.
To dobry moment, by wybrać nowy sprzęt, podnieść moc swojego stanowiska i skorzystać ze specjalnych zniżek. Promocja trwa do 7 grudnia 2025 roku lub do wyczerpania zapasów.
Świetna optymalizacja oraz oprawa audiowizualna, wciągający gameplay i wspaniale przemyślany świat gry – Arc Raiders ma to wszystko. To bez dwóch zdań jedna z najlepszych sieciowych strzelanek z ostatnich lat.
Gra szwedzkiego studia Embark, twórców The Finals, reprezentuje gatunek tzw. extraction shooterów, do którego zalicza się także Escape from Tarkov czy Hunt Showdown. Chodzi więc o eksplorowanie mapy i poszukiwanie cennych przedmiotów, by na końcu spróbować wydostać się z obszaru jedną z kilku dróg ewakuacji. Mogą nam w tym przeszkodzić nie tylko inni gracze, ale też przeciwnicy sterowani przez komputer.
Arc Raiders zabiera na do postapokaliptycznego świata, w którym ludzkość żyje w enklawach pod ziemią. Wyruszamy na powierzchnię, żeby zbierać różne cenne zasoby i stawiać czoła niebezpiecznym robotom, które bezwzględnie polują na każdego człowieka, jakiego tylko zobaczą.
Zarówno świat, jak też komputerowi wrogowie, to duże zalety tej strzelanki. Embark stworzyło klimatyczne uniwersum w stylu „low sci-fi”, co zaowocowało świetnie prezentującymi się projektami uzbrojenia i naprawdę niezłą atmosferą. Przeciwnicy z kolei stanowią spore wyzwanie.
W przeciwieństwie do innych gier tego typu, komputerowi wrogowie naprawdę potrafią stanowić poważne niebezpieczeństwo – z tego względu nieraz lepiej po prostu unikać robotów, niż z nimi walczyć. Można też pomyśleć o połączeniu sił z innymi graczami, by pokonać potężniejsze maszyny.
Co ważne, możliwe jest granie w pojedynkę, ponieważ trafiamy wtedy na innych użytkowników, którzy też zdecydowali się na zabawę solo. W takich przypadkach, co ciekawe, nieraz można spotkać się z przyjaznymi interakcjami – nie każde spotkanie z obcym graczem kończy się wymianą ognia. To miła odmiana od, chociażby, Escape from Tarkov.
Zabawa ze znajomymi to już inna bajka, ponieważ granie w grupach tworzy odmienną atmosferę i parcie na rywalizację jest większe. Częściej dochodzi do strzelanin, rzadziej rozmawia się z obcymi, a częściej strzela bez pytania. Walka z innymi graczami jest ryzykowna, ale kusząca – w końcu mogą przenosić cenne łupy.
System strzelania jest świetnie przemyślany. Zdrowie tracimy szybko, ale mamy też energetyczne osłony, które wydłużają tzw. time-to-kill. Z tego względu zawsze mamy czas na reakcję i nie giniemy w ułamku sekundy, nawet jeśli wróg zaatakuje nas z nienacka.
Arsenał jest odpowiednio różnorodny – zaczynamy od broni przypominających samoróbki, a są to na przykład karabiny jednostrzałowe czy pistolety maszynowe. Potem możemy znajdować (lub tworzyć z zebranych zasobów) nieco poważniejsze i bardziej profesjonalne pukawki, rewolwery czy karabiny maszynowe.
Najważniejsze, że model strzelania jest przyjemny i sprawia satysfakcję. Do tego dochodzi wykorzystanie gadżetów, takich jak granaty czy pułapki. W ostateczności możemy nawet wyjąć łom i wykończyć przeciwników bez marnowania amunicji, chociaż to dosyć ryzykowne rozwiązanie.
Po śmierci tracimy cały ekwipunek – taki jest już urok tego gatunku strzelanek. Możemy co prawda schować jeden przedmiot do bezpiecznej kieszeni, jednak w ogólnym rachunku strat to niewielka pociecha. Na szczęście zawsze stać nas na stworzenie nowej, prostej broni. Możemy też wybrać się na misję z darmowym rynsztunkiem – dobieranym losowo.
Między kolejnymi wyprawami na powierzchnię przyjmujemy misje do wykonania, rozwijamy warsztat do craftingu i rozdajemy punkty umiejętności w drzewku pasywnych talentów. System rozwoju nie jest przesadnie rozbudowany, ale wystarczający, byśmy mieli poczucie progresu.
Arc Raiders nie tylko świetnie wygląda, ale – przede wszystkim – jest jedną z najlepiej zoptymalizowanych gier na silniku Unreal Engine 5. Fantastycznie wypada też warstwa audio, co ma spore znaczenie. W końcu w wielu sytuacjach nasłuchiwanie kroków czy innych dźwięków wydawanych przez wrogów może dać nam przewagę.
Nowa strzelanka od Embark Studios wciąga jak bagno. Nieważne czy gramy solo, czy też w grupie, Arc Raiders nawet po wielu godzinach sprawia ogromną frajdę. Nawet jeśli nie przepadacie za extraction shooterami, to temu po prostu warto dać szansę.
W stolicy rozpoczęły się zapisy do pierwszej edycji E-Mistrzostw Warszawy by Lenovo – projektu, który łączy esport, kreatywność i nowoczesne technologie.
Uczestnicy zmierzą się w trzech emocjonujących konkurencjach: League of Legends, EA SPORTS FC 26 oraz w e-biegu, a dodatkowo będą mogli spróbować swoich sił w konkursie kreatywnym z wykorzystaniem sztucznej inteligencji.
Celem inicjatywy jest promowanie aktywności fizycznej, cyfrowych kompetencji i odpowiedzialnego korzystania z technologii. Wydarzenie jest otwarte dla wszystkich mieszkańców Warszawy, a szczególnie dla uczniów szkół ponadpodstawowych – to właśnie młodzi warszawiacy mają stać się ambasadorami nowoczesnych form rywalizacji i lokalnej tożsamości.
Kwalifikacje w grach esportowych odbędą się online: 22 listopada w FC 26 oraz 23 listopada w League of Legends, natomiast e-bieg i konkurs AI potrwają do 23 listopada. Wielki finał zaplanowano na 28 listopada w wyjątkowej przestrzeni Lenovo & Motorola Showroom, mieszczącej się w Hotelu Warszawa przy pl. Powstańców Warszawy 9. To tam spotkają się najlepsi uczestnicy, którzy wezmą udział w warsztatach poświęconych sztucznej inteligencji oraz uroczystej gali finałowej.
Gośćmi specjalnymi finału będą popularni twórcy i ambasadorzy projektu – Wojciech „Bezi” Wróbel oraz Robert „LisekHD” Liszka, którzy od lat wspierają rozwój polskiej sceny esportowej.
Na zwycięzców E-Mistrzostw czekają nagrody o łącznej wartości 20 000 zł – m.in. konsola Lenovo Legion Go S, monitory Lenovo Legion 27Q-10 240Hz, słuchawki Legion H600 oraz akcesoria gamingowe Lenovo. Dodatkowo najlepsi uczestnicy otrzymają bilety VIP na mecz Legii Warszawa i gadżety od Ekstraklasy.
Projekt organizowany jest przez Polski Związek Esportu we współpracy z Lenovo Polska, Miastem Stołecznym Warszawa, Europa Experience oraz Ekstraklasą.
Zapisy oraz szczegółowe informacje o harmonogramie dostępne są na stronie emistrzostwa.pl.
Doczekaliśmy się nowej gry od studia Riot Games, co samo w sobie jest sporym wydarzeniem. Tym razem jednak mamy do czynienia z produkcją reprezentującą gatunek nieco bardziej niszowy. Jak udała się bijatyka z postaciami z League of Legends?
Pod wieloma względami 2XKO jest grą bez dwóch zdań świetną – choć warto podkreślić na początku, że jest też grą nastawioną na tryb multiplayer, bez żadnych ciekawych trybów singlowych. Najważniejszy element, czyli rozgrywka i stojące za nią systemy, nie pozostawia wiele do życzenia. Potyczki są dynamiczne i angażujące, sterowanie responsywne, a nauka kombosów wciąga.
Podstawy są stosunkowo proste, tym bardziej, że twórcy świadomie zrezygnowali z wielokierunkowych ataków specjalnych. Przykładowo – zamiast, jak w wielu innych, tradycyjnych bijatykach, wciskać dwa kierunki przed atakiem (chociażby „dół”, „przód” i atak), wystarczy przytrzymać tylko jeden przycisk kierunkowych. Dzięki temu można skupić się na taktyce, odpowiednim dobieraniu ciosów i reagowaniu.
To uproszczenie nie sprawia jednak, że gra jest łatwa. Mnogość mechanizmów rozgrywki związana z faktem, że mamy do czynienia z tzw. bijatyką tagową – sterujemy tak naprawdę dwiema postaciami – skutkuje tym, że musimy stale mieć na uwadze wiele elementów, zmiennych i uważać na różne rzeczy.
Przygotowano nawet opcjonalny system auto-kombosów, które możemy wykonywać jednym przyciskiem. Ogranicza on w pewien sposób możliwości konstruowania zaawansowanych kombosów, jednak to dobre narzędzie, by początkujący nauczyli się fundamentów rozgrywki – pozycjonowania, blokowania – bez martwienia się jednocześnie o poprawne wykonywanie dłuższych serii ciosów.
Jeśli natomiast chodzi o podstawy, mamy atak silny, lekki i średni, a także przycisk odpowiedzialny za wymianę wojowników w trakcie meczu lub też ich ataki, gdy wpadają na moment na arenę, by nam pomóc. Są też dwa przyciski ataków specjalnych – dwa triggery, jeśli gramy na kontrolerze.
Tym, co najmocniej wyróżnia 2XKO, są jednak tzw. Fuses. Można określić je mianem specjalizacji, które możemy wybrać przed każdym meczem. Jedna z nich wzmacnia ataki zespołowe, inne pozwala częściej wykorzystywać asystę, a jeszcze inne umożliwiają skupienie się na sterowaniu tylko jedną postacią, oferując jej większe możliwości.
Wszystko to sprawia, że bijatyka od Riot Games to gra naprawdę rozbudowana i pełna głębi. Można spędzić tu dużo czasu na kombinowaniu i odkrywaniu kolejnych zagrań, synergii i zależności między postaciami oraz wspomnianymi specjalizacjami. Jest to naprawdę niezwykle wciągające, tym bardziej że system walki jest po prostu przyjemny.
Trochę boli jednak dosyć mała liczba postaci. Obecnie w grze mamy tylko 11 wojowników – jest to rozczarowujące, biorąc pod uwagę jaki ogrom bohaterów jest dostępny w League of Legends. Jest przecież z czego wybierać, ale najwyraźniej zespół odpowiedzialny za 2XKO dostał nieco mniejszy budżet, niż by chciał.
Produkcja jest grą Free to Play opartą na systemie znanym z innych gier studia Riot. Grając zarabiamy walutę, która służy do odblokowywania postaci oraz elementów kosmetycznych. Na próżno szukać tutaj jakiegokolwiek elementu „pay to win”.
2XKO zdecydowanie można polecić fanom bijatyk. Gra wygląda świetnie, potyczki sprawiają frajdę, a nauka i rozwój są satysfakcjonujące. Brak jakiejkolwiek poważnej zawartości dla pojedynczego gracza i skupienie się na trybie online mogą jednak sprawić, że sporo osób po prostu zignoruje ten tytuł.