Recenzja Nioh 3. Najlepsza odsłona serii?

Recenzja Nioh 3. Najlepsza odsłona serii?

Świeżo po zapowiedzi Nioh 3 mogło wzbudzać podejrzenia wśród fanów – prezentowane zmiany i nowości wydawały się nie pasować do formuły cyklu. Nie można było się jednak bardziej mylić. Otrzymaliśmy fantastyczny i szalenie wciągający sequel.

Nioh 3 to świetna gra akcji z mocno zaznaczonym charakterem gatunku soulslike’ów. Ponownie jest to tytuł, który zabiera nas do Japonii pełnej mitycznych stworzeń yokai, a tym razem przyjdzie nam nawet podróżować w czasie, by w kilku okresach historycznych zmagać się z demonami i wrogimi frakcjami.

Fabuła nie jest szczególnie wciągająca i ciekawa, ale też nigdy tego nikt od serii Nioh nie wymagał. Wcielamy się w następcę szoguna, którego brat – opętany przez złe moce – postanawia odebrać nam prawo do przejęcia władzy i sam zapanować nad światem. Na przestrzeni około 90 godzin rozgrywki obejrzymy całkiem sporo efektownych scenek przerywnikowych, bo Nioh 3 opowiada historię o wiele bardziej wprost niż gry From Software.

Jedną z dwóch dużych nowości w trzeciej części jest otwarta struktura świata. Na szczęście nie jest on zbyt duży i przytłaczający, ponieważ deweloperzy sprytnie połączyli bardziej rozległe regiony z obszarami liniowymi, co sprawia, że gra nie zatraciła swojego charakteru i wierni fani nie poczują się tutaj nieswojo.

W różnych regionach wykonujemy mnóstwo aktywności – misje poboczne, likwidowanie wrogich baz, szukanie sekretów, skrzyń ze skarbami, gorących źródeł. Ostatecznie trafiamy na główne zadania fabularne i na obszary zwane Crucible, czyli zamknięte tereny opanowane przez demoniczne siły – w tych lokacjach poziom trudności jest nieco zwiększony, ale możemy tam też znaleźć wyjątkowe rodzaje broni.

Najwięcej czasu spędzamy oczywiście na walce, która jest w Nioh 3 po prostu fantastyczna. To lekka ewolucja tego, co znamy już z poprzedniej odsłony. Gra premiuje agresywne podejście i zachęca do dynamicznej rozgrywki, oferując też mnóstwo różnorodnych rodzajów uzbrojenia.

Tutaj pojawia się druga najważniejsza nowość, czyli wprowadzenie podziału na dwa style walki – Samuraja i Ninja. Przełączamy się między nimi w dowolnym momencie jednym przyciskiem, wymieniając tym samym całe uzbrojenie i wyposażenie. To świetny system, który pozytywnie wpływa na urozmaicenie zabawy.

Rozgrywka w stylu Samuraja to w zasadzie to, co znają już fani serii – czyli skupienie się na metodycznej walce, odzyskiwaniu energii poprzez tak zwane pulsy Ki, a także parowanie ciosów. Samuraj ma też dostęp do trzech postaw dla każdej ze swoich broni, wśród których znajdziemy topory, wielkie miecze czy włócznie.

Ninja to już jednak inna bajka. W tym stylu walki skupiamy się na szybkości, używaniu gadżetów (takich jak bomby czy shurikeny), a także odblokowujemy zdolności pozwalające nam szybko unikać ciosów, czy też przedostawać się za plecy wroga, by zyskać premię do ataku. Gameplay w takiej formie niezwykle mocno wciąga i jest miłą odmianą od stylu Samuraja.

Rozwój postaci jest w Nioh 3 wielowymiarowy i głęboki. Zwiększamy atrybuty, ale aktywujemy też pasywne umiejętności, a także odblokowujemy nowe ciosy i zdolności w drzewkach talentów dla każdej broni i każdego stylu walki. Łącznie z odpowiednim doborem ekwipunku, stworzymy więc sobie takiego wojownika, jakiego zechcemy.

Poziom trudności jest tutaj spory, podobnie jak w Nioh 2. Szczególnie niektóre walki z bossami potrafią być bolesne, chociaż frustrująca jest tylko ostatnia potyczka – głównie przez irytujące ataki obszarowe. Wyzwanie zawsze można jednak zmniejszyć, korzystając z opcji kooperacji lub przyzywania duchów innych graczy.

Po przejściu gry możemy bawić się w New Game Plus, gdzie czeka na nas dodatkowy poziom jakości przedmiotów, a także opcja resetowania różnych misji i wyzwań, by zastąpić w nich zwykłych wrogów bardziej potężnymi przeciwnikami. Co ważne, zachowujemy wszystko to, co odsłoniliśmy na mapie przy pierwszym podejściu do gry – łącznie z punktami szybkiej podróży.

Do doskonałości Nioh 3 brakuje tylko lepszej optymalizacji oraz polskiej wersji językowej. Poza tymi wadami, to naprawdę fantastyczna gra akcji, od której ciężko się oderwać. Team Ninja udowodniło, że nadal potrafi stworzyć coś świetnego.

Half Sword to absolutna makabra. Wrażenia z wersji Early Access

Half Sword to absolutna makabra. Wrażenia z wersji Early Access

Kiedy na Steam trafiło demo Half Sword, tytuł ten zyskał oddane grono wiernych fanów, którzy wyczekiwali premiery wersji Early Access. Ta już zadebiutowała i bez wątpienia potrafi sprawić frajdę. Problem w tym, że stan techniczny pozostawia sporo do życzenia.

To gra dosyć trudna do szybkiego zaszufladkowania. Jest to produkcja dla jednego gracza, jednak pozbawiona jakiejkolwiek kampanii czy trybu fabularnego. Podstawą rozgrywki są po prostu walki na arenach z różnymi przeciwnikami, a głównym celem jest wygrywanie kolejnych pojedynków i potyczek (także grupowych), by odblokowywać starcia z lepszymi rywalami i coraz bardziej profesjonalne wyposażenie.

Zaczynamy bowiem z niczym – w samej koszuli i wytartych spodniach, a za broń służy nam młotek, narzędzia kowalskie czy sierp albo motyka. Dopiero po jakimś czasie mamy dostęp do pierwszych mieczy, poważniejszej zbroi oraz hełmu. Na samym szczycie takiej „kariery” możemy już kupić i wyposażyć pełną zbroję płytową i pobawić się w rycerza z prawdziwego zdarzenia.

Słowo „pobawić” jest tu niezwykle istotne, bo Half Sword to przede wszystkim czysta frajda z mechaniki rozgrywki. System operowania bronią jest oparty na zaawansowanym modelu fizyki – ruszając myszką, sterujemy bezpośrednio ostrzem (czy inną końcówką, zależnie do dzierżonej broni), tak jakby było ono przedłużeniem naszej dłoni.

W praktyce wypada to śmiesznie, gdy rozpoczynamy grę i dopiero zaczynamy się uczyć. Postać szaleńczo wymachuje bronią i zazwyczaj udaje się kogoś trafić. Jednak kolejne godziny spędzone z Half Sword pokazują, że nauka faktycznie czyni mistrza. Kiedy poznamy tajniki sterowania, nawet najmniejsze ruchy myszką sprawią, że wykonamy takie cięcie czy uderzenie, jak chcemy.

W zasadzie każdy rodzaj broni jest tutaj trochę odkrywaniem gry od nowa. Zupełnie inaczej walczy się mieczem półtoraręcznym, a inaczej halabardą – każdy oręż ma swoje plusy oraz minusy. Niektóre sprawują się lepiej w typowych pojedynkach, ale okażą się słabsze, kiedy staniemy naprzeciwko grupy wrogów.

Model obrażeń jest realistyczny, więc wystarczy celne trafienie – przykładowo – w szyję czy głowę, by powalić oponenta, jeśli nie ma odpowiedniej ochrony. Half Sword jest też niezwykle brutalne i krwawe, więc niektóre walki szybko potrafią zamienić się w iście makabryczne sceny. Tu warto nadmienić, że poziom brutalności można modyfikować w opcjach.

Rozgrywka jest więc wciągająca i przyjemna, aczkolwiek na drodze do pełnej radochy płynącej z gry staje optymalizacja. Wczesna wersja Half Sword działa gorzej niż dostępne wcześniej demo i nawet na konfiguracjach spełniających zalecane wymagania sprzętowe potrafi działać po prostu beznadziejnie. Do tego dochodzą okazjonalne crashe.

Deweloperzy są świadomi problemów i w pocie czoła pracują nad poprawkami. Wstępne aktualizacje zostały już wprowadzone, jednak nie ma co się oszukiwać – z zakupem lepiej chwilę poczekać. Pełna wersja i tak zadebiutuje najpewniej dopiero w 2027 roku. Half Sword ma bowiem ogromny potencjał, ale naprawdę satysfakcjonujące będzie dopiero wtedy, gdy możliwe będzie bezproblemowe cieszenie się płynną rozgrywką.

Recenzja Highguard. To faktycznie wielka wtopa?

Recenzja Highguard. To faktycznie wielka wtopa?

Highguard spotkało się z wielką falą hejtu zaraz po zapowiedzi, a premiera też przysporzyła grze kłopotów. To wcale nie jest jednak najgorsza sieciowa strzelanka ostatnich lat – tylko po prostu nieco pogubiona.

Podstawowe założenia gry są proste. Bierzemy udział w zmaganiach dwóch trzyosobowych lub pięcioosobowych drużyn na sporych mapach, a głównym celem jest zniszczenie bazy wroga. Sterujemy różnymi bohaterami, ponieważ Highguard należy do gatunku tzw. hero shooterów. Każda postać nie tylko wygląda inaczej, ale dysponuje też innymi zdolnościami specjalnymi.

Na początku każdej rundy mamy minutę na zaplanowanie naszych działań i fortyfikację niektórych ścian w naszej bazie, a dopiero potem możemy ją opuścić, by eksplorować mapę. Priorytetem nie jest wtedy wcale walka z przeciwnikami, a raczej szukanie zasobów, za które można kupić przedmioty oraz ulepszenia.

Podczas poruszania się po lokacji trafiamy też na skrzynie z lootem, niczym w grach typu battle royale. Najczęściej znajdziemy tam broń, a arsenał – klasycznie dla wielu strzelanek z łupem – dzieli się kolorystycznie na różne stopnie jakości (zielone, niebieskie, fioletowe i tak dalej).

W trakcie eksploracji możemy też korzystać z wierzchowca, którego przyzywamy błyskawicznie i dosłownie pojawia się on pod nami, sprawiając, że używanie mountów jest szybkie, wygodne i bardzo przydatne. To ciekawy system, szczególnie że z grzbietu konia czy innego czworonoga możemy też walczyć – nawet strzelać.

Sam model strzelania jest naprawdę niezły. Kiedy już dochodzi do wymiany ognia, można poczuć, że za grę odpowiada część deweloperów, którzy w studiu Respawn odpowiadali kiedyś za Apex Legends. Nawet wizualny projekt broni przywodzi momentami na myśl tamtą właśnie produkcję od EA.

W pewnym momencie meczu na mapie pojawia się specjalny miecz – pierwszy poważny powód do rywalizacji. Oręż ten jest niezbędny, by zniszczyć osłonę bazy wroga, więc jego przechwycenie jest niezwykle istotne. Jeśli uda się go zdobyć, należy następnie przedostać się pod siedzibę przeciwnika i użyć miecza w jednym z kilku punktów – wtedy pojawi się ogromny taran, który w ciągu kilkudziesięciu sekund zniszczy barierę.

W takim właśnie momencie strzelaniny stają się najbardziej intensywne. Drużyna atakująca wpada do wrogiej bazy, starając się podłożyć ładunki wybuchowe przy generatorach, a obrońcy przeszkadzają napastnikom. Tutaj najważniejsza staje się koordynacja i praca zespołowa – i w takich chwilach Highguard naprawdę bywa satysfakcjonujące.

Problem w tym, że w grze jest sporo innych momentów, które nie budzą większych emocji. To na przykład pierwsze fazy meczu, kiedy biegamy po mapie i wydobywamy zasoby. Obrona bazy także jest niedopracowana, bo twórcy oferują bardzo skromne możliwości defensywne. Możemy wzmacniać ściany i… to wszystko. Nie ma tu żadnego zastawiania pułapek, ustawiania dodatkowych fortyfikacji. Można odnieść wrażenie, że zmarnowano tu trochę potencjał walki o bazę.

Optymalizacja gry też pozostawia nieco do życzenia. Spełnienie rekomendowanych wymagań sprzętowych wcale nie oznacza, że bez problemu osiągniemy poziom 60 klatek na sekundę, a sporo graczy narzeka też na irytujące crashe. Sytuacja jest już jednak lepsza niż w dniu premiery, a twórcy pracują w pocie czoła nad łatkami.

Ostatecznie, Highguard jest po prostu niezłą grą, która jednak niczym nie zachwyca. Na pewno widać, że deweloperzy słuchają społeczności, więc można mieć nadzieję, że w kolejnych miesiącach wszystkie elementy, które teraz budzą wątpliwości, zostaną zmienione i poprawione. Wtedy będzie można śmiało polecać dołączenie do sieciowych potyczek.

Wszystko, co wiemy o Diablo 4: Lord of Hatred

Wszystko, co wiemy o Diablo 4: Lord of Hatred

Drugie rozszerzenie Diablo 4 zapowiada się nie tylko na niezły dodatek, który zapewni wiele godzin dobrej zabawy, ale przy okazji na początek nowego rozdziału w rozwoju hitu od Blizzarda.

Lord of Hatred ukaże się już niedługo, bo 28 kwietnia. Wprowadzi do gry szereg nowości, nawet bardziej imponujących niż poprzednie DLC. Premierze będzie też towarzyszyć wydanie darmowej aktualizacji, która znacząco odświeży i przebuduje niektóre podstawowe systemy rozgrywki.

Fabuła ma kontynuować wątki rozpoczęte w Vessel of Hatred, a więc Mefisto ponownie odegra ważną rolę – i można śmiało przypuszczać, że to właśnie on będzie finałowym bossem nowego dodatku. Na walkę z nim (w prawdziwej formie) czekamy już bardzo długo, bo od potyczki z Diablo 2.

Historia zaprowadzi graczy do nowego regionu. Kraina Skovos to ojczyzna Amazonek i obszar o zupełnie nowym ekosystemie i środowisku. Lokacja ta każe też przypuszczać, że jedną z klas postaci wprowadzanych w Lord of Hatred będzie właśnie Amazonka, co z pewnością ucieszyłoby wielu fanów serii.

Rozszerzenie wprowadza też drugą nową klasę – Paladyna. W tym wypadku Blizzard zastosował jednak dosyć nietypowe rozwiązanie, udostępniając tego wojownika od razu, dla każdego, kto złożył zamówienie przedpremierowe. Można więc już powiedzieć, że to świetnie zaprojektowana klasa, przywodząca na myśl unowocześnioną wersję Paladyna z Diablo 2. Połączenie mieczy i tarcz z różnorodnymi aurami pozwala na ekscytującą zabawę z przyjemnym powiewem świeżości.

Poza tymi standardowymi nowościami, gracze otrzymają także nowy tryb rozgrywki w fazie endgame. Echoing Hatred będzie odpowiednikiem trybu Hordy ze strzelanek – zmierzymy się z atakami kolejnych fal wrogów, a poziom wyzwania ma wystawić na próbę nawet najlepsze buildy. Zdobędziemy sporo nagród, a w ich przeglądaniu pomoże filtr lootu. W końcu w Diablo 4 możliwe będzie zarządzanie tym, co widzimy na ekranie, gdy z wrogów wysypują się tony itemów.

War Plans to z kolei kolejny system endgame’owy, który, jak twierdzą twórcy, ma pozwolić nam kreować własną ścieżkę progresji. Informacje te są na razie zdawkowe, ale nie da się ukryć, że mechanika ta brzmi jak coś, co może przypominać system Atlasu znany z Path of Exile.

Z mniejszych nowości: wielu graczy zainteresuje z pewnością wprowadzenie mechaniki… łowienia ryb. Twórcy przygotowują wiele rodzajów wodnych stworzeń do schwytania, co ucieszy wszystkich miłośników kolekcjonowania i zbieractwa.

Wreszcie, Lord of Hatred to także wspomniana wcześniej aktualizacja podstaw Diablo 4. Doczekamy się przeprojektowania drzewka talentów dla każdej z klas, bo deweloperzy chcą w ten właśnie sposób pozwolić na planowanie i tworzenie większej liczby buildów. Powróci też znany z serii przedmiot Horadric Cube, który da szansę na przerabianie broni czy elementów pancerza, by nadawać im wyjątkowe cechy.

Czy Blizzard spełni wszystkie obietnice, a nowy dodatek faktycznie odmieni oblicze gry i sprawi, że będzie warto wracać do Diablo 4 na każdy sezon? Miejmy nadzieję, że tak właśnie się stanie.

Lenovo Legion LoL Showdown 2026 już 13 lutego!

Lenovo Legion LoL Showdown 2026 już 13 lutego!

Już 13 lutego Showroom Lenovo & Motorola stanie się areną rywalizacji w League of Legends! W ramach wydarzenia Lenovo Legion LoL Showdown 2026 rozegrany zostanie turniej w dynamicznym formacie z dodatkowym Second Chance Bracket, który daje uczestnikom drugą szansę na walkę o tytuł Underground Champion.

Podczas wydarzenia obecni będą twórcy i goście związani ze sceną League of Legends: BRZOZA, SILVAN oraz EIDAMIT. Ich udział obejmie obecność na miejscu oraz aktywności w komunikacji eventowej.

W turnieju przewidziano udział 50 graczy, a łączna liczba rozegranych spotkań wyniesie aż 75! Główny bracket wyłoni trzy najlepsze miejsca turnieju, natomiast osobna drabinka Second Chance pozwoli zawodnikom walczyć o tytuł Underground Champion. Drabinka rozgrywek zostanie wylosowana i udostępniona publicznie.

Rywalizacja będzie prowadzona według jasno określonych zasad. Obowiązuje globalny ban na postacie Ornn oraz na runę Demolish. Każdy gracz przed fazą champion selectu banuje trzy postacie. Mecz wygrywa drużyna, która zdobędzie dwa kille lub zniszczy jedną wieżę. Eliminacje typu execute nie są liczone jako kill.

Wydarzenie odbędzie się 13 lutego 2026 roku w godzinach 17:00–22:00 w Showroomie Lenovo & Motorola. Na miejscu zaplanowano również zaplecze eventowe, w tym strefę gastronomiczną oraz relacje prowadzone w mediach społecznościowych.

Szczegóły dotyczące wydarzenia dostępne są na stronie: https://lenovogaming.pl/showroom/

Do zobaczenia!

Najlepsze militarne shootery multiplayer

Najlepsze militarne shootery multiplayer

Na Steamie roi się od gier spokojnych, symulatorów farmy i różnych produkcji, które pozwalają nam się wyciszyć. Czasem jednak dobrze od nich odpocząć – najlepiej przy świetnie zaprojektowanym militarnym shooterze multiplayer, który podniesie nam poziom adrenaliny.

Dziś chcemy polecić Wam pięć najciekawszych gier tego typu, w których nie tylko sprawdzicie swoją celność, ale też wykażecie się zmysłem taktycznym. Przygotowaliśmy, jak zawsze, zestaw mocno różnorodny, więc każdy fan militariów znajdzie tutaj coś dla siebie.

Arma Reforger

Warto zacząć od gry naprawdę wyjątkowej, która cały czas przyciąga sporo nowych użytkowników. Jak inaczej określić bowiem produkcję, która przeniosła kultową serię na zupełnie nowy silnik, oferując oprawę, o jakiej wcześniej fani symulacji mogli tylko marzyć?

Arma Reforger to tytuł, który rzuca nas w realia zimnej wojny na ogromnych wyspach Everon i Arland. To znaczy, że nie tylko biegamy z karabinem, ale musimy opanować nawigację z mapą i kompasem w ręku, dbając o każdy detal naszej operacji w ramach niezwykle realistycznego konfliktu na wielką skalę.

Realistyczna rozgrywka zadowoli wszystkich fanów autentyzmu. Korzystanie z broni, pojazdów i gadżetów wymaga sporej wprawy. To też jedna z najciekawiej rozwijających się gier, która dzięki potężnym narzędziom moderskim pozwala na tworzenie własnych scenariuszy i niemal nieskończoną personalizację rozgrywki.

Squad

Ten tytuł od studia Offworld Industries to w zasadzie jedyna porządna propozycja dla tych, którzy oczekują maksymalnego nacisku na komunikację i współpracę w 100-osobowych bitwach w realiach współczesnego konfliktu zbrojnego.

W tej grze faktycznie można poczuć się jak członek prawdziwego oddziału – i to takiego, w którym każdy ma swoją rolę. Zajmujemy się tutaj nie tylko bezpośrednią walką, ale też budowaniem punktów odrodzenia, logistyką, dostarczaniem zaopatrzenia, a nawet obsługą zaawansowanych systemów przeciwlotniczych.

Do gry niezbędne jest korzystanie z systemu komunikacji głosowej, który wymusza na graczach koordynację działań. To sprawia, że jakość zabawy zależy od wspólnego planowania, co pozwala poczuć prawdziwy ciężar dowodzenia i satysfakcję ze współpracy.

Hell Let Loose

Nie sposób nie umieścić na tej liście tego klasyka, który zna chyba każdy fan okresu II wojny światowej. Jeśli jednak jakimś cudem ktoś nie grał w Hell Let Loose, zdecydowanie musi ten błąd nadrobić, by zobaczyć, jak powinny wyglądać epickie starcia historyczne.

Piękno gry tkwi w skali i chaosie bitwy. Jasne, możemy zająć się precyzyjnym eliminowaniem wrogów jako snajper, ale możemy też skupić się po prostu na obsłudze czołgu z dwoma kolegami czy dbaniu o to, by nasza artyleria celnie wspierała piechotę w zdobywaniu kolejnych sektorów mapy.

Podobnie jak w przypadku najlepszych symulatorów, Hell Let Loose oferuje niesamowitą atmosferę. Dźwięki wybuchów i świst kul są tu niemal namacalne. Gra regularnie otrzymuje nowe teatry działań, co pozwala przenieść się na fronty wschodnie, zachodnie, a nawet brać udział w bitwach na pustyniach Afryki.

Insurgency: Sandstorm

Weźcie klasyczne strzelanki drużynowe, dodajcie do tego brutalny realizm i otrzymacie Insurgency: Sandstorm. To jedna z najlepiej ocenianych gier na Steamie w swojej kategorii, która mimo upływu lat wciąż oferuje jedne z najbardziej satysfakcjonujących mechanik strzelania na rynku.

Gra jest niezwykle intensywna, a do tego nie irytuje zbędnymi uproszczeniami. Poziom realizmu dorównuje temu z Army czy Squad, lecz główną różnicą są mniejsze mapy – to sprawia, że otrzymujemy wyjątkowe połączenie autentycznego systemu strzelania oraz obrażeń ze skromniejszą skalą i krótszymi meczami.

Warto podkreślić, że po premierze twórcy wprowadzili tryb kooperacji, w którym wspólnie ze znajomymi oczyszczamy kolejne budynki z rąk przeciwników, którymi steruje sztuczna inteligencja.

Ready or Not

Ostatnia propozycja to coś dla fanów policyjnej taktyki, ale także nieco bardziej mrocznego klimatu niż w przypadku innych militarnych produkcji. W końcu czasem mamy ochotę na precyzyjne operacje w ciasnych korytarzach zamiast biegania po otwartych polach bitewnych.

Poza rozbudowanym arsenałem, gra oferuje też mocny nacisk na planowanie. Jako dowódca oddziału SWAT, musimy zadbać o to, by twoi ludzie byli odpowiednio wyposażeni w tarcze, granaty hukowe i kamery poddrzwiowe, a w trakcie akcji zachować zimną krew, by nie skrzywdzić cywilów.

Zajmujemy się tutaj jednak nie tylko eliminacją zagrożeń, a rozbudowanym systemem aresztowań i zabezpieczania terenu, co stanowi przyjemną odmianę od wymienionych wyżej wojskowych strzelanek. Ta gra jest po prostu świetnym połączeniem taktycznego shootera z gęstym klimatem współczesnych interwencji policyjnych.

„Wymień Stare na Nowe!” – rabaty do 2000 zł w Showroomie Lenovo & Motorola

„Wymień Stare na Nowe!” – rabaty do 2000 zł w Showroomie Lenovo & Motorola

W Showroomie Lenovo & Motorola w Warszawie ruszyła promocja pod hasłem „Wymień Stare na Nowe!”, skierowana do osób planujących zakup nowego sprzętu elektronicznego. Akcja trwa do 21 lutego 2026 r. lub do wyczerpania puli rabatów.

W ramach promocji klienci mogą przynieść swój używany notebook, tablet lub smartfon dowolnej marki i otrzymać rabat na zakup nowego urządzenia z tej samej kategorii. Maksymalna wartość zniżki sięga 2000 zł, a jej wysokość zależy od rodzaju i wartości wybranego nowego produktu.

Promocja obejmuje m.in. notebooki i tablety z oferty Lenovo oraz smartfony Motorola z serii moto g, edge i razr. Rabaty przy wymianie są zróżnicowane: w przypadku laptopów niższe wartości nowego sprzętu oznaczają mniejszy rabat, natomiast na droższe modele można uzyskać nawet pełne 2000 zł zniżki. Podobnie promocja dotyczy tabletów i smartfonów, przy czym warunki różnią się w zależności od ceny nowego urządzenia.

Aby skorzystać z oferty, klient musi jednocześnie przynieść swój używany sprzęt i dokonać zakupu nowego w Showroomie. Stary sprzęt musi być zużytym notebookiem, tabletem lub smartfonem tego samego typu, co kupowany produkt promocyjny. Przed oddaniem urządzenia należy usunąć z niego dane oraz wyjąć karty SIM i pamięci.

Promocja „Wymień Stare na Nowe!” odbywa się wyłącznie w Showroomie Lenovo & Motorola przy Placu Powstańców Warszawy 9 w Warszawie. Szczegóły warunków oraz regulamin dostępne są na miejscu u obsługi oraz na stronie showroomu: https://showroomlenovo.pl/promotions/wymien-stare-na-nowe/

W jaki farming sim warto zagrać? Najlepsze propozycje

W jaki farming sim warto zagrać? Najlepsze propozycje

Na Steamie roi się od gier brutalnych, strzelanek, dynamicznych produkcji, które wystawiają nasze umiejętności na próbę. Czasem dobrze od nich odpocząć – najlepiej przy świetnie zaprojektowanym farming simie.

Dziś chcemy polecić Wam pięć najciekawszych gier tego typu, w których nie tylko zadbacie o własną farmę, ale też zajmiecie się szeregiem aktywności pobocznych. Przygotowaliśmy, jak zawsze, zestaw mocno różnorodny, więc każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Spis treści

Rusty’s Retirement

Warto zacząć od gry naprawdę wyjątkowej i nietypowej. Jak inaczej określić bowiem produkcję, która nawet nie uruchamia się jak tradycyjna gra wideo?

Rusty’s Retirement to tytuł, który po odpaleniu widzimy nad paskiem systemowym Windowsa. To znaczy, że naszą farmę budujemy i pielęgnujemy na dole ekranu, a jednocześnie możemy zajmować się innymi sprawami w dokumentach czy przeglądarce.


Wiele aspektów gry jest zautomatyzowanych, ograniczając wymagane działania do minimum. To jedna z najbardziej relaksujących i rozbudowanych produkcji typu idle.

Farming Simulator 25

Najnowsza (obecnie, przynajmniej do premiery wersji 26, najpewniej już jesienią) odsłona popularnego cyklu od studia GIANTS to w zasadzie jedyna porządna propozycja dla tych, którzy oczekują realistycznej oprawy i rozgrywki.

W tej grze faktycznie poczujesz się jak właściciel farmy – i to ogromnej. Zajmujemy się tutaj nie tylko dbaniem o wiele upraw, ale też hodowlą zwierząt, sprzedażą, handlem, a dzięki różnym dodatkom nawet połowem i hodowlą ryb.

Wersja PC jest świetna, ponieważ oferuje dostęp do biblioteki fantastycznych modyfikacji, które często zwiększają jakość zabawy i pozwalają skorzystać z dodatkowych narzędzi i funkcji.

Stardew Valley

Nie sposób nie umieścić na tej liście tego klasyka, który zna każdy. Jeśli jednak jakimś cudem ktoś nie grał w Stardew Valley, zdecydowanie musi ten błąd nadrobić.

Piękno gry tkwi w swobodzie. Jasne, możemy zająć się rozbudowywaniem relacji z mieszkańcami wioski i robieniem zadań, ale możemy też skupić się po prostu na dbaniu o naszą farmę czy zarabianiu na łowieniu ryb.

Podobnie jak w przypadku Farming Simulatora, pecetowe Stardew Valley można rozbudować o mnóstwo genialnych modów – choćby takich, które wprowadzają na naszą farmę różne opcje automatyzacji procesu dbania o uprawy.

Fields of Mistria

Weźcie Stardew Valley, dodajcie do tego nutkę fantasy i otrzymacie Fields of Mistria. To jedna z najlepiej ocenianych gier 2024 roku na Steamie. Wciąż znajduje się w fazie Wczesnego Dostępu, ale oferuje już dziesiątki godzin dobrej zabawy.

Gra jest niezwykle relaksująca, a do tego nie irytuje, ponieważ naprawia błędy innych tego typu produkcji. Zapomnijcie na przykład o sklepach zamkniętych w nocy, czasowych limitach zadań czy niedokładnej mapie. Twórcy postawili tu przede wszystkim na wygodę.

Ponadto, elementy fantastyczne ułatwiają pracę na farmie. Po co latać z konewką przez dziesięć minut między grządkami, skoro można użyć zaklęcia przywołującego deszcz? W grze nie zabrakło też łowienia ryb, pracy w kopalni i nawiązywania znajomości z NPC-ami.

Rune Factory: Guardians of Azuma

Ostatnia propozycja to coś dla fanów stylistyki anime, ale także nieco bardziej rozbudowanej walki niż w przypadku innych popularnych farming simów. W końcu czasem mamy ochotę na coś więcej niż tylko banalne machanie mieczem czy proste strzelanie z łuku.

Poza rozbudowaną walką, gra oferuje też mocny nacisk na fabułę. Jako Tancerz Ziemi, bohater (lub bohaterka) muszą pomóc naprawić krainę po tajemniczym kataklizmie… a w chwili przerwy zająć się uprawą roślinek.

Zajmujemy się tutaj jednak nie tylko własną farmą, a rozbudowujemy całą osadę, co też stanowi przyjemną odmianę od – chociażby – wymienionego wyżej Fields of Mistria. Ta odsłona Rune Factory jest po prostu połączeniem farming sima z grą jRPG.

Call of Duty: Lenovo Team Battle 2026 za nami

Call of Duty: Lenovo Team Battle 2026 za nami

16 stycznia w Showroomie Lenovo & Motorola w ramach cyklicznych Gamingowych Piątków odbył się turniej Call of Duty: Lenovo Team Battle 2026. Wydarzenie zgromadziło graczy – fanów serii Call of Duty, którzy przez kilka godzin rywalizowali w formule drużynowej na sprzęcie Lenovo Legion.

W turnieju wzięło udział ponad 30 zawodników, a rozgrywki toczyły się w dynamicznej, esportowej atmosferze. Showroom ponownie stał się miejscem spotkania graczy, rywalizacji na wysokim poziomie i wspólnego grania na żywo. Zespoły walczyły nie tylko o zwycięstwo, ale również o nagrody przygotowane przez Lenovo. 

Wydarzenie poprowadził Kasper „GOLDZOR” Pasławski, który dołączył do rozgrywek jako gospodarz turnieju. Jego obecność dodatkowo podkręciła atmosferę i przyciągnęła fanów esportu oraz rywalizacji na żywo.

Turniej Call of Duty to kolejne wydarzenie gamingowe zrealizowane w Showroomie Lenovo & Motorola. Już wkrótce zaplanowane są następne spotkania, turnieje i aktywności dla społeczności graczy.

Aktualne informacje o wydarzeniach: https://lenovogaming.pl/showroom/

Zapraszamy do odwiedzenia Showroomu Lenovo & Motorola i doświadczenia najnowocześniejszych technologii gamingowych i biznesowych:
pl. Powstańców Warszawy 9,
00-039 Warszawa
(wejście od ul. Świętokrzyskiej)

5 najlepszych gier na podstawie filmów

5 najlepszych gier na podstawie filmów

Tak zwane egranizacje często nie kojarzą się najlepiej. Jednak istnieje parę tytułów na podstawie filmów, które są naprawdę doskonałe – nawet jeśli dziś zostały już nieco zapomniane.

Dziś chcemy przybliżyć – lub przypomnieć Wam – pięć tytułów, które zaskoczyły graczy jakością wykonania. Powstały na podstawie filmów, lub były nimi inspirowane, a okazały się fantastycznymi grami.

X-Men Origins: Wolverine

Film „X-Men Geneza” był absolutnym niewypałem, wspominanym dzisiaj jako wypadek przy pracy. Z końcowej jakości obrazu nieraz żartował nawet sam Deadpool, czyli Ryan Reynolds. Na szczęście z tytułem tym związana jest też gra – o niebo lepsza niż materiał źródłowy.

Origins: Wolverine to wspaniała gra akcji. Jest świetnie zaprojektowana i oferuje brutalny system walki, który idealnie pasuje do tego, w kogo się tutaj wcielamy. Logan i jego szpony to w końcu niezwykle niebezpieczne połączenie.

To idealny tytuł dla fanów liniowej rozwałki, która na wyższych poziomach trudności stanowi przyjemne wyzwanie. Bez zastanowienia można tę grę zaliczyć do topki produkcji komiksowych.

Władca Pierścieni: Powrót Króla

Growy Powrót Króla ciężko dziś kupić, ale na pewno nie można tego tytułu pominąć. To teoretycznie typowy filmowy tie-in („produkt towarzyszący”), ale jakością nie odbiegał od popularnych gier TPP z początku lat dwutysięcznych.

Gra była wyjątkowa przede wszystkim dzięki niesamowitemu oddaniu filmowego klimatu i innowacyjnym, jak na tamte czasy, przejściom między fragmentami filmu a właściwą rozgrywką. Wykorzystanie oryginalnej ścieżki dźwiękowej, narracja Iana McKellena oraz dbałość o detale sprawiały, że czuliśmy się częścią tego epickiego świata, a nie tylko odbiorcami prostej gry na licencji.

Do tego produkcja ta oferowała po prostu niezwykle satysfakcjonujący system walki i wciągający tryb kooperacji, który pozwalał godzinami bawić się ze znajomymi i rozprawiać z zastępami orków i innych potworów.

RoboCop: Rogue City

Ta polska produkcja to kolejny przykład gry, która nie tylko korzysta z popularnej licencji, ale przede wszystkim doskonale rozumie materiał źródłowy. Studio Teyon z niezwykłym pietyzmem odtworzyło brudny, satyryczny klimat Detroit z lat 80., dbając o każdy detal.

Największą zaletą jest perfekcyjne oddanie poczucia bycia niepowstrzymanym czołgiem. W przeciwieństwie do nowoczesnych shooterów, gdzie postacie są zwinne i chowają się za osłonami, tutaj poruszamy się powolnym, ciężkim krokiem, przyjmując grad pocisków na klatkę piersiową i odpowiadając niszczycielskim ogniem z ikonicznego Auto-9.

Przez to jaką postacią jest Robocop, gameplay w Rogue City (oraz w samodzielnym dodatku) jest po prostu wyjątkowy. Nie ma drugiej, podobnej strzelanki, co stanowi o sile polskiego projektu.

Kroniki Riddicka: Ucieczka z Butcher Bay

Escape from Butcher Bay to tytuł, który w dniu premiery wywołał spore zamieszanie, wyznaczając nowe standardy dla gier na licencji. Zamiast iść na łatwiznę, studio Starbreeze stworzyło mroczny, brutalny prequel do filmów, w którym Vin Diesel nie tylko użyczył głosu i wizerunku, ale brał czynny udział w procesie twórczym.

Tytuł sprawnie połączył perspektywę FPP z zaawansowanym systemem skradania i walki wręcz. Innowacyjny na tamte czasy brak klasycznego interfejsu potęgował natomiast immersję.

Wizualnie gra wyprzedzała swoją epokę, oferując system oświetlenia i cieniowania, który do dziś może się podobać. Kroniki Riddicka udowodniły, że gra na podstawie filmu może być nie tylko dobra, ale wręcz lepsza od kinowych sequeli, rozbudowując uniwersum o wątki i głębię, których brakowało w filmie.

Mad Max

Ten tytuł jest nie co prawda bezpośrednią adaptacją, ale powstał w tym samym czasie co film George’a Millera – i świetnie oddaje jego klimat. Avalanche stworzyło jedną z najbardziej atmosferycznych wersji postapokalipsy w historii gier. Pustkowia są tu jednocześnie przerażające i zachwycająco piękne.

Sercem gry jest Magnum Opus, czyli pojazd, który budujemy od podstaw i który staje się naszą najważniejszą bronią oraz domem. System walki samochodowej jest świetny, wyjątkowy i niesamowicie satysfakcjonujący. W końcu rozrywanie wrogich aut harpunami czy taranowanie ich przy akompaniamencie ryczących silników V8 daje poczucie, którego nie znajdziemy w innych grach.

Mimo że Mad Max zadebiutował w cieniu innych wielkich hitów, z czasem zyskał miano kultowego klasyka i coraz więcej osób docenia tę produkcję. Szkoda, że po tak długim czasie – bo szans na sequel już praktycznie nie ma.