Wyczekiwany sequel jednego z najbardziej cenionych tytułów Free to Play debiutuje w wersji Early Access. Jaką oferuje zawartość? Wszystko wyjaśniamy poniżej.
Warto zacząć od informacji dotyczącej tego, ile czasu gra spędzi na Steamie w dziale Wczesnego Dostępu po premierze 6 grudnia. Twórcy chcą, by okres ten nie trwał więcej niż rok – ale dopuszczają też możliwość wydania wersji 1.0 nawet w czerwcu 2025 roku, o ile wszystko będzie szło po ich myśli w kwestiach eliminowania błędów, balansu i prac nad zawartością.
Teraz skupmy się na bardziej szczegółowych kwestiach.
Cena i Free to Play
Path of Exile jest kojarzone z modelem F2P, jednak trzeba podkreślić, że dostęp do wczesnej wersji sequela jest obecnie płatny – musimy zapłacić 124 zł. W tej cenie otrzymujemy również 300 punktów na zakupy w grze (przedmioty kosmetyczne lub zakładki do skrytki na przedmioty).
Gra będzie jednak darmowa, gdy Grinding Gear Games opublikuje wersję 1.0, tym samym kończąc okres wczesnego dostępu. System mikrotransakcji będzie działać identycznie, jak w oryginale.
Path of Exile 2 nie będzie oferować żadnych usług czy przedmiotów, które pozwolą uczynić naszą postać silniejszą czy bardziej efektywną w bitwach z hordami wrogów. Nie bez powodu pierwsze PoE uznawane jest za przykład jednego z najlepszych modeli Free to Play w historii.
Zawartość wczesnej wersji
Co znajdziemy we wczesnej wersji? Nie jest to kompletna gra, ale jej zawartość i tak imponuje. Twórcy przygotowali trzy z sześciu aktów kampanii, a ich ukończenie ma zająć początkującym graczom ponad 30 godzin. Spotkamy setki wrogów i ponad 50 zupełnie innych bossów (a w pełnej wersji dwa razy więcej).
Po ukończeniu trzech aktów trzeba przejść je ponownie na wyższym poziomie trudności. W ten sposób deweloperzy chcą dać graczom szansę na rozwój postaci, by była gotowa do rozgrywki w tzw. endgamie.
Wspomniany endgame zaoferuje nieskończoną mapę świata, na której znajdziemy kolejne mapy, a na nich różne mechanizmy rozgrywki pozwalające wybierać swoje ulubione sposoby na walkę z potworami i zdobywanie lootu. Endgame to oczywiście większe wyzwanie, trudniejsi wrogowie i najpotężniejsi bossowie.
Early Access zawiera w momencie premiery sześć z dwunastu planowanych klas postaci. Są to: wojownik, mnich, czarodziejka, wiedźma, najemnik i łuczniczka. Każda z tych klas otrzyma początkowo dwie specjalizacje do wyboru – a w przyszłości jeszcze po jednej.
Crossplay i kooperacja
Path of Exile 2 pozwoli na rozgrywkę międzyplatformową. W kooperacji zagrają ze sobą użytkownicy PC i konsol. Możliwe jest też przenoszenie swoich postępów na inną platformę.
Warto zaznaczyć, że nawet na komputerach gra pozwoli na zabawę przy jednym ekranie – maksymalnie dla dwóch osób (w przypadku co-opa online to nawet do sześciu użytkowników). To mile widziane rozwiązanie, spotykane coraz rzadziej we współczesnych produkcjach.
Trzeba jednak podkreślić, że grając na jednym urządzeniu, gość nie będzie mógł grać na własnym koncie – a na koncie właściciela danego PC czy konta Steam. Możliwość grania na swoich kontach zostanie wprowadzona w przyszłości, bliżej premiery wersji 1.0.
Najważniejsze nowości i różnice
Na koniec warto jeszcze przypomnieć, czym Path of Exile 2 różni się od pierwszej części. W końcu nie bez powodu twórcy zdecydowali, że będzie to sequel, a nie aktualizacja do oryginału – a dwie gry mają być stale rozwijane.
Przede wszystkim, PoE 2 jest nieco bardziej metodyczne. Nadal możliwe będzie stworzenie bardzo szybkiej postaci, jednak ogólne tempo rozgrywki jest trochę wolniejsze. Wprowadzenie uniku niczym z gier soulslike ma sprawić, że dynamika starć będzie przyjemna.
Umiejętności bohaterów nadal są prezentowane pod postacią klejnotów (gemów). Tym razem jednak nie umieszczamy ich w kolorowych otworach w przedmiotach, a po prostu instalujemy w odpowiednich oknach specjalnego menu. Ta zmiana powoduje, że nie natkniemy się na częsty problem z pierwszego Path of Exile, gdy znajdowaliśmy ciekawą broń czy zbroję, ale nie mogliśmy jej od razu używać, bo nie pasowały do nich nasze gemy z umiejętnościami.
Warto też dodać, że istotną nowością z perspektywy rozwoju postaci jest też ograniczenie umiejętności wspierających. W pierwszej części mogliśmy używać tzw. support gemów – wzmacniających główne skille – przy kilku różnych zdolnościach. W PoE 2 każdego klejnotu wspierającego (na przykład zmieniającego pocisk w trzy mniejsze pociski, czy dodającego obrażenia od ognia) można użyć tylko przy jednej umiejętności.
To wszystkie najważniejsze informacje o Path of Exile 2. Do głębszego poznania gry zachęcamy przetestować ją osobiście. Odkrywanie różnych systemów, zmian i mechanik na własną rękę potrafi być naprawdę satysfakcjonujące.
Gatunek strategii czasu rzeczywistego nie zginął, choć w dzisiejszych czasach stał się niszowy. Nowe gry RTS nie odnoszą wielkich sukcesów, ale starsze wciąż potrafią sprawiać ogromną frajdę.
Nie wszystkie klasyczne strategie są przyjemne w odbiorze, bo niektóre po prostu źle się zestarzały. Są jednak takie, które doczekały się lekkich odświeżeń, a dzięki temu potrafią dostarczyć fantastycznych wrażeń z rozgrywki.
Jeśli chcecie zagrać w strategię, która mimo upływu lat wciąż przyciąga wielu graczy aktywnych w trybie multiplayer, chyba nie będzie lepszego wyboru niż edycja Definitive klasycznego Age of Empires 2.
Mnogość i różnorodność frakcji to gwarancja dobrej zabawy w testowaniu różnych taktyk w sieciowych potyczkach, które potrafią być szalenie wymagające. Co najważniejsze, rozgrywka cały czas niezwykle bawi i wciąga.
Gra oferuje też dużo zawartości single-player, łącznie z wieloma kampaniami historycznymi, dzięki którym można spędzić przy AoE2 nawet ponad sto godzin bez dotykania trybu wieloosobowego.
Starcraft 2
Kultowa produkcja od studia Blizzard nie cieszy się już taką popularnością, jeśli chodzi o rozgrywki online, lecz nie ma to większego znaczenia – trylogia Starcrafta 2 wciąż oferuje jedna z najlepszych kampanii fabularnych w strategiach.
Szczególnie pierwsza odsłona, Wings of Liberty, oferuje niezwykle angażującą historię Jima Raynora, który poluje na starożytne artefakty, by ocalić ukochaną Kerrigan od zergowego spaczenia, przy okazji zapobiegając wielkiej katastrofie.
Gameplay do dziś bawi, nawet w potyczkach z komputerowym przeciwnikiem. Trzy różnorodne frakcje oferują zupełnie odmienne style rozgrywki i możliwości, a odkrywanie wszystkiego i poznawanie tajników każdej dostępnej rasy sprawia mnóstwo frajdy.
Stronghold: Definitive Edition
Seria Twierdza to z pewnością jeden z najbardziej kultowych cyklów gier strategicznych. Szczególną popularnością oryginalne odsłony cieszyły się też w Polsce, a na Steamie dostępne są już od jakiegoś czasu nieco odświeżone edycje tych klasyków.
Twierdza wciąż niezwykle bawi, ponieważ oferuje rodzaj rozgrywki, którego na próżno szukać w innych strategiach czasu rzeczywistego. Ogromny nacisk jest tutaj położony bowiem na budowanie umocnień i fortyfikacji.
Pierwsza część Stronghold oferuje obszerną kampanię, która pozwoli cieszyć się grą przez wiele godzin. Warto też spróbować swoich sił w trybie multiplayer.
Warcraft 3
Nawet oryginalna wersja Warcrafta 3 wciąż jest dziś grywalna i przyjemna w odbiorze. Odświeżona edycja Reforged doczekała się natomiast niedawno aktualizacji, która poprawiła sporo premierowych niedociągnięć.
Ten hit od studia Blizzard to jedna z najbardziej wyjątkowych gier RTS w historii. Twórcy fenomenalnie połączyli założenia typowych strategii z elementami RPG – wprowadzeniem potężnych bohaterów i angażującej fabuły zaprezentowanej w świetnym stylu.
Nawet jeśli nie interesują was potyczki online, w których setki tysięcy graczy spędziły mnóstwo czasu, to sama kampania jest fantastyczną przygodą, która wciąga i potrafi wywołać mnóstwo emocji, także wzruszeń.
Command & Conquer: Red Alert 2
Mimo że tytuł ten liczy już sobie 24 lata, do dziś pozwala miło spędzić czas w rozbudowanej kampanii fabularnej – z jedną z najciekawiej zrealizowanych narracji w historii gatunku gier strategicznych. Wszystko dzięki wyjątkowym przerywnikom filmowym.
Dużą rolę odgrywa też specyficzny, lekko humorystyczny klimat opowieści o fikcyjnym konflikcie sił Aliantów i Sowietów. Setting z początku może wydawać się w miarę realistyczny, ale szybko orientujemy się, że sporo tu elementów science-fiction.
Wojska sowieckie, przykładowo, korzystają z technologii elektrycznych transformatorów Tesli. Alianci także dysponują eksperymentalnymi jednostkami – choćby czołgami, które strzelają potężnym laserem. Wszystko to składa się na doprawdy wyjątkowe doświadczenie.
Jeśli chcecie zagrać w strategię, która mimo upływu lat wciąż przyciąga wielu graczy aktywn
Zaawansowana technologia gamingowa znajduje zastosowanie w kosmosie! Mobilna konsola Lenovo Legion Go, znana z wydajności w świecie gamingu, okazała się niezastąpionym narzędziem w sterowaniu łazikiem marsjańskim Phoenix III, opracowanym przez grupę badawczą Silesian Phoenix z Politechniki Śląskiej.
Konsola umożliwiła studentom precyzyjne zarządzanie ruchami łazika podczas prestiżowego konkursu Canadian International Rover Challenge, gdzie zespół zdobył 8. miejsce, rywalizując z drużynami z Kanady i USA. Dzięki intuicyjnemu interfejsowi i niezrównanej wydajności Legion Go zapewnił sprawną komunikację z łazikiem, co pozwoliło na bezproblemowe testowanie i prezentowanie zaawansowanych funkcji urządzenia w trudnych warunkach symulujących marsjański krajobraz.
Phoenix III, stworzony przez interdyscyplinarne Koło Naukowe AI-METH, to nowoczesna konstrukcja wyróżniająca się innowacyjnymi materiałami, takimi jak włókno węglowe. Wsparcie technologiczne Lenovo, w tym wykorzystanie Legion Go, było kluczowe dla przeniesienia projektu na światowy poziom, podkreślając jednocześnie potencjał młodych inżynierów i możliwości zaawansowanych technologii w praktycznych zastosowaniach.
Gotowi na ekscytujące rozgrywki w Fortnite? Turniej Legion Santa Cup powraca, aby umilić tegoroczne Mikołajki! W dniach 6-8 grudnia 2024 r. odbędzie się już 8. edycja tego wydarzenia, prowadzona przez znanego gospodarza HajTV, a komentowana przez specjalnego gościa – Kamstar.
Jak się zgłosić? Zapisanie się do turnieju jest proste – wystarczy zamieścić komentarz na stronie wydarzenia https://cutt.ly/8legioncup i podać swój nick z Fortnite. Na udział mogą liczyć pierwsze 200 osób, które spełnią ten warunek. Rejestracja trwa od 22 listopada do 5 grudnia 2024 r., do godziny 23:59. W razie dużego zainteresowania przewidziane są eliminacje otwarte.
Szczegóły rozgrywek:
Format: tryb „zero budowania”.
Każdego dnia rozgrywane będą 3 gry custom, z których 5 najlepszych graczy przechodzi do kolejnego etapu.
Finał odbędzie się w niedzielę, 8 grudnia – wyłonieni zostaną zwycięzcy turnieju!
Wydarzenie będzie transmitowane na żywo na kanale @hajtv.
Nie ma na świecie osoby, która nie słyszała o Gwiezdnych Wojnach. Najbardziej popularne są oczywiście filmy, ale jest też parę gier spod szyldu Star Wars, które są po prostu doskonałe.
Są też rzecz jasna te nieco gorsze produkcje, ale w tym artykule chcieliśmy przypomnieć pięć najlepszych. To tytuły zarówno w miarę nowe, jak i te starsze, które mimo wielu lat na karku, potrafią naprawdę zachwycić pod pewnymi względami.
Knights of the Old Republic 2
Zaczynamy ryzykownie. Produkcja studia Obsidian jest bowiem niedopracowana technicznie – i ogrywanie jej na PC wiąże się z koniecznością instalowania fanowskiego patcha. To jednak mała cena za wielką nagrodę, jaką jest fenomenalna fabuła.
Jako Wygnaniec z Zakonu Jedi doświadczamy czegoś, czego praktycznie nie widujemy w innych dziełach popkultury związanych z Gwiezdnymi Wojnami. Z okropnym pokłosiem wojny, a także z naprawdę ciekawym sposobem spojrzenia na ideał Rycerzy Jedi.
Przygoda oferuje wyjątkową, ponurą atmosferę, będąc przeciwieństwem podniosłej i heroicznej otoczki pierwszej odsłony cyklu wyprodukowanej przez studio BioWare.
Star Wars Jedi: Ocalały
Teraz coś nowszego i – co ważne – dopracowanego. W momencie premiery Jedi: Ocalały borykał się z problemami technicznymi, lecz obecnie jest już usprawniony w zasadzie na wszystkich platformach.
Produkcja studia Respawn zasługuje na uznanie pod każdym względem. Historia wciąga, system walki angażuje i przez całą świetnie ewoluuje, a projekt lokacji to majstersztyk. Metroidvaniowy charakter gry czyni eksplorację niezwykle przyjemną.
Do tego otrzymujemy galerię barwnych, nieźle napisanych i zagranych bohaterów, z którymi łatwo się zżyć.
Jedi Knight: Jedi Outcast
Seria Jedi Knight obfituje w dobre gry, a praktycznie żadna część cyklu nie jest zła. Najciekawszą wydaje się jednak właśnie Jedi Outcast, czyli wyjątkowo interesujące fabularnie przygody Kyle’a Katarana.
Grę rozpoczynamy jako najemnik pracujący dla Nowej Republiki. Kyle świadomie odciął się od mocy w obawie przed wpływem jej ciemnej strony. Szybko jednak będzie musiał wrócić na ścieżkę Jedi, gdy zda sobie sprawę, że jest bezsilny wobec nowego zagrożenia.
Jedi Outcast wyróżnia fantastyczny model walki mieczem świetlnym, który… faktycznie sprawia wrażenie miecza świetlnego, a nie – jak w przypadku wielu gier – po prostu zwykłej broni do walki wręcz. Swego czasu gra oferowała też dopracowana i angażujące mody w trybie multiplayer.
Star Wars: Battlefront 2 (2005)
Pierwszy Battlefront był wyjątkowy i niezwykle wciągający, a sequel tylko usprawnił wszystkie elementy pierwowzoru. Walki z udziałem piechoty, pojazdów, bitwy na orbitach planet – całość doświadczenia twórcy zaplanowali i zrealizowali niemal perfekcyjnie.
Trzeba tylko zaznaczyć, że należy unikać remastera, czyli wersji zawartej w Battlefront Classic Collection – od premiery w marcu 2024 roku, nie została jeszcze poprawiona i boryka się z problemami technicznymi.
Oryginał natomiast wymaga instalacji modów, by bawić się w trybie sieciowym. Nie jest to na szczęście skomplikowany proces i każdy powinien sobie z tym poradzić.
Star Wars: Republic Commando
To jedna z najbardziej interesujących gier single-player spod szyldu Star Wars. Nie wcielamy się tu bowiem w Jedi, nie używamy miecza świetlnego – jesteśmy po prostu republikańskim komandosem.
Gra nie zachwyca już dziś oprawą graficzną, ale wciąż oferuje świetny klimat i wciągającą historię oddziału klonów wykonujących niebezpieczne misje na tyłach wroga.
Twórcy wprowadzili tu także innowacyjny, jak na swoje czasy, system zarządzania członkami drużyny. Możemy poczuć się jak prawdziwy dowódca. Warto też dodać, że na PC łatwo poprawić rozdzielczość za pomocą modów.
Najlepsze gry z uniwersum Star Wars
Nie ma na świecie osoby, która nie słyszała o Gwiezdnych Wojnach. Najbardziej popularne są oczywiście filmy, ale jest też parę gier spod szyldu Star Wars, które są po prostu doskonałe.
Są też rzecz jasna te nieco gorsze produkcje, ale w tym artykule chcieliśmy przypomnieć pięć najlepszych. To tytuły zarówno w miarę nowe, jak i te starsze, które mimo wielu lat na karku, potrafią naprawdę zachwycić pod pewnymi względami.
Knights of the Old Republic 2
Zaczynamy ryzykownie. Produkcja studia Obsidian jest bowiem niedopracowana technicznie – i ogrywanie jej na PC wiąże się z koniecznością instalowania fanowskiego patcha. To jednak mała cena za wielką nagrodę, jaką jest fenomenalna fabuła.
Jako Wygnaniec z Zakonu Jedi doświadczamy czegoś, czego praktycznie nie widujemy w innych dziełach popkultury związanych z Gwiezdnymi Wojnami. Z okropnym pokłosiem wojny, a także z naprawdę ciekawym sposobem spojrzenia na ideał Rycerzy Jedi.
Przygoda oferuje wyjątkową, ponurą atmosferę, będąc przeciwieństwem podniosłej i heroicznej otoczki pierwszej odsłony cyklu wyprodukowanej przez studio BioWare.
Star Wars Jedi: Ocalały
Teraz coś nowszego i – co ważne – dopracowanego. W momencie premiery Jedi: Ocalały borykał się z problemami technicznymi, lecz obecnie jest już usprawniony w zasadzie na wszystkich platformach.
Produkcja studia Respawn zasługuje na uznanie pod każdym względem. Historia wciąga, system walki angażuje i przez całą świetnie ewoluuje, a projekt lokacji to majstersztyk. Metroidvaniowy charakter gry czyni eksplorację niezwykle przyjemną.
Do tego otrzymujemy galerię barwnych, nieźle napisanych i zagranych bohaterów, z którymi łatwo się zżyć.
Jedi Knight: Jedi Outcast
Seria Jedi Knight obfituje w dobre gry, a praktycznie żadna część cyklu nie jest zła. Najciekawszą wydaje się jednak właśnie Jedi Outcast, czyli wyjątkowo interesujące fabularnie przygody Kyle’a Katarana.
Grę rozpoczynamy jako najemnik pracujący dla Nowej Republiki. Kyle świadomie odciął się od mocy w obawie przed wpływem jej ciemnej strony. Szybko jednak będzie musiał wrócić na ścieżkę Jedi, gdy zda sobie sprawę, że jest bezsilny wobec nowego zagrożenia.
Jedi Outcast wyróżnia fantastyczny model walki mieczem świetlnym, który… faktycznie sprawia wrażenie miecza świetlnego, a nie – jak w przypadku wielu gier – po prostu zwykłej broni do walki wręcz. Swego czasu gra oferowała też dopracowana i angażujące mody w trybie multiplayer.
Star Wars: Battlefront 2 (2005)
Pierwszy Battlefront był wyjątkowy i niezwykle wciągający, a sequel tylko usprawnił wszystkie elementy pierwowzoru. Walki z udziałem piechoty, pojazdów, bitwy na orbitach planet – całość doświadczenia twórcy zaplanowali i zrealizowali niemal perfekcyjnie.
Trzeba tylko zaznaczyć, że należy unikać remastera, czyli wersji zawartej w Battlefront Classic Collection – od premiery w marcu 2024 roku, nie została jeszcze poprawiona i boryka się z problemami technicznymi.
Oryginał natomiast wymaga instalacji modów, by bawić się w trybie sieciowym. Nie jest to na szczęście skomplikowany proces i każdy powinien sobie z tym poradzić.
Star Wars: Republic Commando
To jedna z najbardziej interesujących gier single-player spod szyldu Star Wars. Nie wcielamy się tu bowiem w Jedi, nie używamy miecza świetlnego – jesteśmy po prostu republikańskim komandosem.
Gra nie zachwyca już dziś oprawą graficzną, ale wciąż oferuje świetny klimat i wciągającą historię oddziału klonów wykonujących niebezpieczne misje na tyłach wroga.
Twórcy wprowadzili tu także innowacyjny, jak na swoje czasy, system zarządzania członkami drużyny. Możemy poczuć się jak prawdziwy dowódca. Warto też dodać, że na PC łatwo poprawić rozdzielczość za pomocą modów.
Wielkie wieści dla fanów gamingu i technologii! Topowy laptop gamingowy Lenovo Legion Pro 7 Gen 8 zdobył nominację w prestiżowym plebiscycie Tech Awards 2024. To wydarzenie, które wyróżnia najlepsze produkty technologiczne na rynku, a Wasz głos może pomóc mu zdobyć tytuł Produktu Roku 2024!
Dlaczego warto? Legion Pro 7 Gen 8 to sprzęt, który redefiniuje standardy gamingu – moc, wydajność i innowacje, które sprawiają, że każda rozgrywka staje się epicka. Jeśli uważasz, że to właśnie ten laptop zasługuje na zwycięstwo, nie zwlekaj!
Głosowanie trwa do końca listopada. Każdy głos się liczy, więc wspieraj najlepszy sprzęt gamingowy 2024 roku!
Serię Metal Slug wielu starszych graczy pamięta jeszcze z automatów arcade. Cykl strzelanek doczekał się mnóstwa różnych odsłon, ale Tactics jest wyjątkowe – to już nie shooter, a turowa strategia.
Deweloperzy ze studia Leikir wpadli na ryzykowny pomysł. Przenoszenie znanej marki do zupełnie innego gatunku gier nigdy nie jest bezpiecznym i łatwym posunięciem. Efekty ich pracy pokazują jednak, że warto było to ryzyko podjąć. Chociaż Metal Slug Tactics nie jest pozbawione błędów, to oferuje naprawdę angażującą rozgrywkę i sporo ciekawych pomysłów.
Dopóki nie przyzwyczaimy się do pewnych ważnych zasad i reguł gry, zabawa wydaje się naprawdę trudna. Wszystko przez to, że – w nietypowy dla gatunku sposób – Tactics premiuje przede wszystkim poruszanie się po mapie. Dlaczego? Otóż, im dalej jednostka pójdzie w jednej turze, tym więcej zyska obronnych zasobów, które zwiększą szansę na unik.
Kluczowe jest też wykorzystywanie systemu synchronizacji ataków. Kiedy bowiem jedna postać zaatakuje wroga znajdującego się na linii strzału sojusznika, to ów sojusznik automatycznie tego przeciwnika zaatakuje – poza swoją turą. To niezwykle przydatna i efektywna zagrywka.
Przejmujemy kontrolę nad małym oddziałem składającym się z trójki żołnierzy. Fani serii Metal Slug oczywiście od razu rozpoznają bohaterów. Każda postać ma inne zestawy broni i zdolności specjalnych, więc mamy tutaj odpowiednią dozę różnorodności.
Mapy, na których walczymy, są małe i przywodzą na myśl te z genialnego indyka Into the Breach. W tym wypadku jednak misje bywają wieloetapowe i czasem mapa automatycznie rozbudowuje się, gdy zostaje do niej po prostu dołączony kolejny mały obszar. Zarówno lokacje, jak też lokacje, wykonane są w przyjemnej dla oka, retropikselowej stylistyce.
Turowe walki są proste w założeniach – musimy wykonać ruch (naprawdę nie warto tu stać w miejscu), a następnie wykonać akcję, czyli zaatakować lub użyć specjalnej umiejętności. Cele bywają różne. Czasem trzeba po prostu wyeliminować wrogów, czasem przetrwać określoną liczbę tur, albo też pokonać tylko wskazanych przeciwników, czy też eskortować sojusznika do punktu wyjścia.
Wyjątkowo ciekawe są walki z bossami. Jak na markę Metal Slug przystało, są to w większości przypadków ogromne machiny bojowe. Takie starcia wymagają od nas skupienia i pamiętania o wszystkich mechanizmach rozgrywki. Choćby o tym, jak działają obszarowe bombardowania.
Zdarza się tutaj, że ktoś namierzy naszą jednostkę – i w kolejnej turze spadną na nią pociski, rakiety czy inne bomby. Nie możemy wtedy uciec spod ostrzału, a jedynym wyjściem jest znalezienie osłony i zbudowanie odpowiedniego poziomu uniku. Przy okazji możemy też ustawić się tak, by bombardowanie zadało obrażenia innym przeciwnikom. To rozwiązanie z początku wydaje się frustrujące, ale z czasem uczymy się je skutecznie wykorzystywać.
Podczas gry zdobywamy doświadczenie i różne nagrody. Modyfikacje broni mogą znacznie wpłynąć na sposób ich funkcjonowania, z kolei dodatkowe umiejętności pozwalają rozwinąć wachlarz możliwości każdego bohatera. Mamy tu przyjemne poczucie postępów i rozwoju.
Warto jednak wspomnieć, że Metal Slug Tactics to gra typu roguelite. Oznacza to, że kiedy wszyscy bohaterowie zginą w trakcie misji – zaczynamy całą kampanię od początku. Przy kolejnych podejściach możemy wybierać inne zadania, rozkład wrogów też jest oczywiście zmieniony, byśmy nie musieli grać dokładnie w to samo. Odblokowujemy też dodatkowe jednostki, co także urozmaica zabawę.
Fabuła jest tutaj tylko tłem. Ot, walczymy ze złym generałem i jego poplecznikami. Nie jest to absolutnie nic angażującego. Nikt chyba nie spodziewa się jednak wciągającej historii po tego typu grze taktycznej.
Trzeba też podkreślić, że pecetowa wersja boryka się z drobnymi bugami, często związanymi z niepoprawnie działającym interfejsem. Zdarza się, że jakieś pole na mapie walki jest po prostu niedostępne, albo okienko z jakąś pomocną wiadomością nie znika z ekranu. Nie są to jednak bardzo poważne błędy, choć potrafią zirytować.
Metal Slug Tactics to w ogólnym rozrachunku udana próba stworzenia gry taktycznej na podstawie serii wymagających strzelanek. Chociaż rogalikowa formuła nie jest dla każdego, to fani interesującej i wymagającej rozgrywki powinni być zadowoleni.
Zakończyły się otwarte testy Monster Hunter Wilds. Nie ma wątpliwości, że fani serii doczekają się w lutym prawdopodobnie najlepszej odsłony cyklu. Oby tylko udało się poprawić optymalizację.
Tak naprawdę to właśnie kwestie techniczne to jedyny problem gry. Użytkownicy, których komputery spełniają rekomendowane wymagania mieli sporo problemów z osiągnięciem płynnej rozgrywki. Okazjonalnie kłopoty pojawiały się także na mocniejszych konfiguracjach.
Capcom zaznaczył jednak, że premierowa wersja zaoferuje maksymalnie najwyższą jakość, jeśli chodzi o technikalia. Można też się domyślać, że beta to build, który liczy już kilka miesięcy – a premiera przecież dopiero pod koniec lutego… Niestety, ponieważ po zagraniu w testową wersję Wilds człowiek naprawdę chce więcej.
Nowa część popularnej serii wprowadza sporo zmian, mniejszych i większych. Całościowo składają się one na najbardziej ekscytującą ewolucję sprawdzonej, angażującej formuły polowania na potwory.
Najważniejszy jest fakt, że tym razem otrzymujemy o wiele większe obszary, mniej korytarzowe niż w Monster Hunter World. Jednocześnie nie wydają się one zbyt duże, częściowo za sprawą wierzchowca, dzięki któremu poruszanie się po mapie jest szybkie i wygodne. Dodatkowa zaleta opierzonego raptora, którego dosiadamy, jest możliwość przechowywania na nim drugiej broni – w praktyce dostępnej zawsze, kiedy tylko zechcemy.
Fabuła nigdy nie jest najbardziej istotnym elementem w tej serii, jednak tym razem stanowi uzasadnienie lekkiej zmiany formuły. Trafiamy bowiem do tytułowej dziczy – regionu, w którym cywilizacja dopiero się rozwija. Stąd też brak większych miast. Po raz pierwszy w serii po zakończonej misji nie zostajemy automatycznie przeniesieni do bazy, zamiast tego możemy zostać na miejscu i dalej zajmować się eksploracją czy polowaniami.
Świetną nowością związaną bezpośrednio z systemem walki jest mechanizm Skupienia. Pozwala on podświetlać czułe punkty potworów i dokładniej celować, co ma ogromne znaczenie szczególnie w przypadku powolnych broni.
Fani mieczy dwuręcznych są przyzwyczajeni do potężnych ciosów, które jednak nie aktywują się zbyt szybko, co sprawia, że czasem po prostu nie trafi się w stwora. Możliwość przycelowania jest w takim przypadku czymś absolutnie wyzwalającym i niesamowicie przyjemnym.
Poza tym, wszystkie rodzaje broni zyskały coś nowego dzięki wspomnianemu Skupieniu. Dopracowano też animacje, zarówno ataków postaci, jak i trafianych potworów. W efekcie typowo długie dla tej serii walki bawią przez cały czas.
Beta Monster Hunter Wilds nie zaoferowała zbyt wiele zawartości, całość można było przejść w niecałe trzy godziny. Testowa wersja pokazała jednak nową wizję Capcomu, która okazuje się czymś fantastycznym.
Wszystkie nowe pomysły związane z rozgrywką w połączeniu z drobnymi zmianami, które sprawiają, że granie jest po prostu wygodne, a do tego jeszcze rozgrywka międzyplatformowa i wprowadzenie pomocników NPC (jeśli nie chcemy współpracować z innymi graczami), składa się na świetne doświadczenie. Już teraz można powiedzieć, że Monster Hunter Wilds będzie jedną z najbardziej ekscytujących premier 2025 roku.
Byle tylko twórcom udało się faktycznie dopracować grę od strony technicznej.
Przed swoją premierą Diablo IV zapowiadało się obiecująco. Dłuższa rozgrywka pokazała jednak, że Blizzard nie do końca przemyślał wiele jego elementów. To sprawiało, że na dłuższą metę ta gra była po prostu męcząca. A jak jest teraz, po wielu aktualizacjach i premierze pierwszego rozszerzenia do Diablo IV? Sprawdziłam, co Diablo IV: Vessel of Hatred ma do zaoferowania.
Na wstępie musicie wiedzieć, że tuż po premierze Diablo IV spędziłam w tej grze kilkadziesiąt godzin. Stworzyłam nawet kilka postaci, ale tylko jedną przeszłam całą kampanię fabularną i doszłam do samego endgame’u. To powiedziawszy, nigdy nie osiągnęłam nią maksymalnego poziomu doświadczenia. Pod wieloma względami Diablo IV mnie znużyło, choć zapewne najbardziej przyczynił się do tego fakt, że z czasem gra zmuszała mnie do tego, by więcej czasu spędzać na czytaniu afiksów przedmiotów niż na faktycznym graniu.
Jeśli mnie pamięć nie myli, po pierwotnym porzuceniu Diablo IV, nie uruchomiłam tej gry ani razu do premiery dodatku Vessel of Hatred, która nastąpiła 8 października. Innymi słowy, przegapiłam wszelkie aktualizacje, które na przestrzeni ostatnich miesięcy otrzymała, wraz z jakimikolwiek zmianami poprawiający mi rozgrywkę. W niniejszym tekście porównuję więc Diablo IV: Vessel of Hatred do tego, co gra oferowała blisko półtora roku temu.
Ale jakie nowości Vessel of Hatred wprowadza do Diablo IV? Rozszerzenie kontynuuje linię fabularną zapoczątkowaną w podstawowej wersji gry, pozwala nam odwiedzić nowy obszar znany jako Nahantu, a co najważniejsze – wcielić się w nową klasę postaci – Spirytystę. Poza tym dodatek umożliwia rekrutację wyczekiwanych najemników i dodaje nowych typów engame’owych aktywności, a także runy i słowa runiczne.
Fabularnie dalej jest kiepsko
Skoro Diablo IV: Vessel of Hatred dodało do gry nową klasę postaci, to właśnie Spirytystą postanowiłam odbyć w dodatku moją przygodę. Spodobał mi się fakt, że rozgrywkę mogłam zacząć z pominięciem kampanii z podstawy. Konieczność jej ponownego przechodzenia byłaby bardzo nużąca.
Nowa kampania okazała się nieco dość krótka, i jak przystało na to, co Blizzard serwuje w ostatnich latach, dość infantylna, ale na szczęście przepleciono ją świetnie wyglądającymi przerywnikami filmowymi. Poza tym pozwoliła nam ona odwiedzić bardzo dobrze zaprojektowane obszary, na czele z kilkoma miejscami znanymi z Diablo II. Nahantu to bowiem miejsce, w którym znajduje się Kurast.
Wspomnę jeszcze, że Blizzard powinien naprawdę zatrudnić lepszych scenarzystów, albowiem można odnieść wrażenie, że fabuła Vessel of Hatred była tak naprawdę wstępem do kolejnego dodatku, który będzie mocniej poświęcony Panu Nienawiści. Rozszerzenie uratowało jedynie to, że dzięki niemu i wcześniejszym aktualizacjom rozgrywka w Diablo IV Vessel of Hatred w końcu jest satysfakcjonująca na dłuższą metę.
Spirytysta to naprawdę dobra klasa postaci
Nie można powiedzieć, że klasa Spirytysty jest w stu procentach oryginalna, albowiem sprawia ona wrażenie, jakby była mieszanką Mnicha i Szamana z Diablo III, natomiast przynajmniej dla mnie jest to jedna z lepiej zaprojektowanych klas w Diablo IV. To dlatego, że rozgrywka nią jest niesamowicie dynamiczna, a jej arsenał umiejętności daje duże pole do popisu.
Oczywiście w sieci możecie znaleźć wiele buildów dla Spirytysty, w tym wiele endgame’owych. Jeden z nich wybrałam dla siebie i zaskoczyło mnie to, jak szybko stopniowe kompletowanie tego buildu pozwoliło mi wskoczyć na poziomy umiejętności Udręka. Co jednak ważne, musiałam poświęcić wiele godzin na zdobycie lepszych przedmiotów i kolejnych poziomów paragonowych, aby w końcu swobodnie grać na Udręce IV. To jednak dobrze, albowiem tym razem proces ulepszania mojej postaci nie był tak nużący jak wcześniej. Odnoszę wrażenie, że w ciągu ostatnich miesięcy Blizzard uprościł nie tylko wszystkie afiksy przedmiotów, ale ogólnie rzecz biorąc całą itemizację tak, aby obchodzenie się z przedmiotami w końcu było przyjemne.
Warto dodać, że Blizzard zmienił nieco system levelowania w Diablo IV. Teraz maksymalny poziom to poziom 60. Po jego zdobyciu możemy osiągnąć maksymalnie 300 poziom paragonowy, przy czym każdy kolejny poziom paragonowy daje kolejny punkt do wydania na tablicach sezonowych. Moim zdaniem to zmiana na plus, przekładająca się na większą czytelność systemu poziomów.
Rozgrywka w końcu odpowiednio zróżnicowana
Dotychczas zdążyłam zdobyć moją postacią 200 paragonów i póki co mam w sobie chęci dobicia do poziomu 300. Obecnie rozgrywka w grze jest bowiem znacznie bardziej urozmaicona względem tego, z czym mieliśmy do czynienia w sezonie 1 gry.
Sezon 6, zapoczątkowany po premierze dodatku, pozwala nie tylko pokonywać podziemia koszmarów, wykonywać zadania dla Drzewa Szeptów czy stawiać czoła piekielnym falom, world bossom i wydarzeniom legionowym. Do dyspozycji mamy również „The Pit”, czyli odpowiednik Głębokich Szczelin z Diablo III, Podmiasto w Kurast, Piekielne Hordy, a także wydarzenia Realmwalker. Każda z tych aktywności pozwala na ulepszanie swojego arsenał od innej strony, a więc aż chce się wykonywać na przemian.
Aha, w Diablo IV: Vessel of Hatred pojawiła się również nowa aktywność grupowa zwana Mroczną Cytadelą. Mnie osobiście przeszkadza jednak to, że można brać w niej udział tylko w kilku osobowych grupach. Po prostu wolę grać bowiem solo, a przecież chciałabym mieć dostęp do gwarantowanych przez nią nagród.
Wspomniałam, że Diablo IV wprowadza runy. Niestety nie pozwalają one tworzyć tak zaawansowanych słów runicznych jak w Diablo IV, a tylko łączyć runy w pary o specjalnych efektach, ale to i tak miły dodatek. Równie miłym dodatkiem są najemnicy, które w ciężkiej sytuacji potrafią uratować… sami wiecie co.
Podsumowanie
Chociaż Blizzard ponownie zawiódł mnie fabularnie, wprowadzając do świata gry mało ciekawe postaci, postępujące niezbyt racjonalnie, w ostatecznym rozrachunku Vessel of Hatred się broni. Tak jak to kiedyś było w przypadku Diablo III, Diablo IV nareszcie stało się przyjemną produkcją.
Czy od teraz zamierzam wracać do Diablo IV co sezon? Zdecydowanie nie, ale na pewno zajrzę dla tej gry raz na jakiś czas, gdy poczuję potrzebę bezmyślnego po zabijania hord demonów.
Mam nadzieję, że w najbliższej przyszłości Blizzard pójdzie za ciosem i wprowadzi do Diablo IV kolejne ciekawe systemy, a także klasy postaci, co najmniej równie dobre co świetny Spirytysta. Oczekuję również, że po Vessel of Hatred zadebiutują kolejne rozszerzenia do gry, ale ze zdecydowanie dłuższą i porządniejsze kampanią fabularną.
Gry w uniwersum powieści Lovecrafta – lub inspirowanych jego twórczością – powstaje naprawdę sporo. Każdego roku ukazuje się ich co najmniej kilka. Tym razem chcemy przypomnieć i zwrócić uwagę na pięć najlepszych gier, które można zaliczyć do tej kategorii.
Gra studia Headfirst Productions ma swoje problemy. Przede wszystkim różnego rodzaju techniczne niedociągnięcia. Nie zmienia to jednak faktu, że – jeśli oceniać fabułę oraz atmosferę – jest też jedną z najlepszych gier inspirowanych mitologią Cthulhu.
Dark Corners of the Earth łączy elementy strzelanki i gry przygodowej. Równie często walczymy tutaj z dziwnymi wrogami, co rozwiązujemy świetnie zaprojektowane zagadki.
Historia rozgrywa się w 1915 roku w Bostonie, gdzie detektyw Jake Walters musi zbadać tajemniczy, pozornie opuszczony dom. Posiadłość okazuje się jednak miejscem aktywności tajemniczego kultu.
Dredge
Kto by pomyślał, że gra o tak pozornie przyjemnej oprawie może oferować tak niepokojący, przejmujący klimat? Twórcy Dredge udowadniają, że realistyczna grafika czy też perspektywa FPP albo TPP nie są niezbędne, by uzyskać atmosferę grozy.
W grze sterujemy statkiem, a naszym głównym zajęciem jest połów ryb. W ogóle nie poruszamy się poza wierną łajbą – cały gameplay to żeglowanie oraz interakcje z postaciami w różnych portach.
Od początku czujemy jednak, że coś jest nie tak. W małym miasteczku portowym ludzie zachowują się dziwnie i ostrzegają, żeby zawsze wracać z morza przed zmrokiem. Szybko odkrywamy dziwne zjawiska po zachodzie słońca i wiemy, że musimy zbadać tajemnicę tej mrocznej okolicy.
Bloodborne
Bloodborne inspirowane Lovecraftem? Oczywiście – i doskonale wie o tym każdy, kto grę ukończył (a nawet dotarł wystarczająco daleko w głównym wątku). From Software stworzyło fantastycznego soulslike’a i umieściło go w otoczce genialnego kosmicznego horroru.
Pod względem klimatu gra nie ma sobie równych. Wielu graczy, którzy preferują rozgrywkę z serii Dark Souls czy nawet Elden Ring przyzna, że jeśli chodzi o historię i atmosferę, to właśnie Bloodborne wysuwa się na prowadzenie.
Opowieść o wiecznym śnie, tajemniczym mieście, kosmicznych, księżycowych bóstwach i przerażających konsekwencjach ich ingerencji w ludzki świat – wszystko to jest nie tylko szalenie intrygujące, ale i niepokojące.
Sherlock Holmes: The Awakened
Najsłynniejszy fikcyjny detektyw i Lovecraft? Tak, jak najbardziej. Takie właśnie połączenie oferuje bardzo ciepło przyjęta przez graczy i recenzentów gra przygodowa od studia Frogwares.
Holmes zostaje wplątany w intrygę związaną z tajemniczymi zaginięciami. Nie tylko w Anglii – podczas historii zwiedzamy także Szwajcarię czy amerykańską Luizjanę. Trop prowadzi do pewnej podejrzanej organizacji, niebezpiecznie przypominającej kult.
Detektyw z Baker Street znany jest z żelaznej logiki, dyscypliny i przyziemnego patrzenia na świat, dlatego też fascynujące jest doświadczanie jego zetknięcia się z mrocznymi siłami wyznawców nieopisanych bóstw.
The Sinking City
To kolejna gra ukraińskiego Frogwares, jeszcze bardziej przesiąknięta przytłaczającą, gęstą atmosferą uniwersum Lovecrafta. Trafiamy do podtopionego, nadmorskiego miasteczka Oakmont, które jest stopniowo opanowywane przez nadprzyrodzone siły.
Sporo rodzajów broni, świetny design wrogów, intrygująca historia, elementy eksploracji podwodnej, a także ciekawie zrealizowany system śledztwa – wszystko to sprawia, że przygoda wciąga.
Gra nie jest doskonała pod kątem kwestii technicznych, jednak całościowo to z pewnością intrygująca i – przede wszystkim – oferuje niesamowicie przejmujący klimat. Czekamy na sequel!