Marzec 2026 zapowiada się na jeden z tych miesięcy, w których doba będzie się wydawać za krótka. Na horyzoncie jest wiele interesujących gier. Czekają nas wielkie powroty do kultowych uniwersów, długo wyczekiwane kontynuacje niezależnych hitów oraz wysokobudżetowe produkcje, które obiecują przesunąć granice oprawy graficznej. Przekonajcie się sami!
World of Warcraft: Midnight [PC]
Gatunek: MMO RPG
Data premiery: 2 marca 2026
To nie jest zwykły dodatek – to drugi rozdział ambitnej trylogii The Worldsoul Saga. W Midnight Blizzard zabiera nas z powrotem do Quel’Thalas, ojczyzny Krwawych Elfów. Tym razem jednak kraina ta nie lśni złotem; siły Pustki (The Void) rozpoczęły inwazję, by zgasić Słoneczną Studnię i pogrążyć Azeroth w wiecznym mroku. Gracze będą musieli zjednoczyć rozproszone plemiona elfów i stanąć do walki z kosmicznym horrorem. Spodziewajcie się ogromnych zmian w starych strefach świata oraz nowych mechanik związanych z mocami Pustki.
Scott Pilgrim EX [PC, PS4, PS5, XSX, NS, NS2]
Gatunek: chodzona bijatyka
Data premiery: 3 marca
Dla fanów komiksów Bryana Lee O’Malleya to pozycja obowiązkowa. Edycja EX to coś więcej niż remaster – to celebracja marki. Oprócz kultowej ścieżki dźwiękowej od Anamanaguchi i pixelartowej grafiki, gra oferuje nowe postacie grywalne (w tym długo wyczekiwane cameo z animacji Netflixa) oraz tryb „World Tour”, pozwalający na wspólną zabawę online z pełnym systemem progresji. Walka jest szybka, chaotyczna i niesamowicie satysfakcjonująca.
Esoteric Ebb [PC]
Gatunek: RPG
Data premiery: 3 marca
Jeśli kochasz Disco Elysium, ale brakuje Ci w nim rzutów kostką z D&D, to gra dla Ciebie. Wcielasz się w urzędnika państwowego w surrealistycznym mieście, w którym magia jest równie powszechna co korupcja. Twoim zadaniem jest rozwiązanie zagadki spisku politycznego tuż przed przełomowymi wyborami. Gra korzysta z mechaniki 5. edycji Dungeons & Dragons, ale interpretuje ją w sposób niezwykle świeży i dziwny. Każdy dialog może zakończyć się sukcesem lub spektakularną porażką, która tylko pcha historię w nowym, nieoczekiwanym kierunku.
Never Grave: The Witch and The Curse [PC, PS4, PS5, XSX, NS, NS2]
Gatunek: platformówka
Data premiery: 4/5 marca
Produkcja, która przyciąga wzrok stylem zbliżonym do Hollow Knight, ale dodaje unikalny twist: mechanikę opętywania przeciwników za pomocą magicznego kapelusza. Możesz przejmować ciała wrogów i wykorzystywać ich specyficzne zdolności do eksploracji. Gra oferuje tryb kooperacji dla 4 osób, co w tym gatunku jest rzadkością.
Dysplaced [PC]
Gatunek: survival, gra akcji [PC]
Data premiery: 5 marca (Wczesny Dostęp)
Mroczna gra o przetrwaniu z widokiem izometrycznym. Trafiasz do tajemniczej, wrogiej krainy i musisz zbudować swój nowy dom od zera. Kluczem do sukcesu jest nie tylko zbieranie surowców, ale też opanowanie zaawansowanego systemu walki i magii, aby odpierać nocne ataki przedziwnych stworzeń.
Kromlech [PC]
Gatunek: przygodówka
Data premiery: 5 marca (Wczesny Dostęp)
Brutalny i stylowy slasher 2.5D osadzony w świecie inspirowanym mitologią celtycką i epoką żelaza. Gra wyróżnia się surowym, „brudnym” stylem graficznym i wymagającym systemem walki, w którym każdy cios ma swoją wagę. Eksploracja świata pełnego megalitycznych budowli łączy się tu z ciężką, gęstą atmosferą.
Marathon [PC, PS5, XSX]
Gatunek: strzelanka
Data premiery: 5 marca
Bungie wraca do korzeni, ale w nowoczesnym wydaniu. Marathon to nie kampania single-player, a nastawiony na rywalizację extraction shooter sci-fi. Jako cybernetyczni najemnicy zwani Runnerami, gracze lądują na opuszczonej kolonii na Tau Ceti IV. Celem jest zdobycie cennych artefaktów i ewakuacja, zanim zrobią to inni (lub zanim zabiją nas systemy obronne planety). Gra wyróżnia się niesamowitym stylem graficznym – neonowe barwy mieszają się tu z surowym, futurystycznym designem.
Slay the Spire 2 [PC]
Gatunek: karcianka
Data premiery: 5 marca (Wczesny Dostęp)
Król gatunku powraca. Slay the Spire 2 zostało stworzone od podstaw na nowym silniku, co pozwoliło twórcom na wprowadzenie mechanik, które w „jedynce” były niemożliwe. Nowa klasa postaci – Necrobinder – operuje armią szkieletów, co całkowicie zmienia dynamikę starć. Twórcy obiecują nowe rodzaje przeciwników, potężne artefakty i jeszcze więcej synergii między kartami, które pozwolą tworzyć „zepsute”, absurdalnie mocne talie.
Peregrino [PC]
Gatunek: survival horror
Data premiery: 6 marca
Gęsty, niepokojący horror inspirowany brazylijskimi legendami. Gra stawia na psychologiczny lęk i zarządzanie bardzo ograniczonymi zasobami. Jako zagubiony podróżnik musisz przetrwać w lesie, który zmienia się pod wpływem Twoich działań, unikając istot, których często nie da się pokonać tradycyjną bronią.
1348 Ex Voto [PC, PS5, XSX]
Gatunek: przygodowa gra akcji
Data premiery: 12 marca
To nie jest tylko „przygodówka o dżumie”. To ambitna, trzecioosobowa gra akcji osadzona w średniowiecznej Italii. Wcielasz się w Aetę, młodą rycerkę, która wyrusza na krwawą misję ratunkową, by odnaleźć swoją przyjaciółkę Biancę. Kluczem jest tu system walki, opracowany na podstawie faktycznych europejskich technik.
DarkSwitch [PC]
Gatunek: city builder
Data premiery: 12 marca
To unikalne połączenie city buildera z elementami tower defense. Nie budujesz zwykłego miasta na ziemi, lecz osadę w konarach gigantycznego drzewa. Twoim największym wrogiem jest zabójcza Mgła, która nocą przynosi potwory. Musisz zarządzać Solium (specjalnym surowcem), aby zasilać wieże obronne i oświetlać pionowe ulice swojej metropolii.
GreedFall: The Dying World [PC, PS5, XSX]
Gatunek: RPG
Data premiery: 12 marca
Choć to prequel, gra wprowadza ogromne zmiany w formule. Tym razem nie jesteś kolonizatorem, lecz rodowitym mieszkańcem Teer Fradee, który zostaje uprowadzony do Starego Świata – kontynentu Gacane. Świat ten umiera z powodu plag i wojen politycznych. Gra oferuje znacznie bardziej taktyczny system walki (z aktywną pauzą) niż część pierwsza oraz kładzie jeszcze większy nacisk na relacje z towarzyszami i wpływ naszych decyzji na losy całych narodów.
Solasta II [PC]
Gatunek: RPG
Data premiery: 12 marca (Wczesny Dostęp)
Druga część gry uznawanej za jedną z najlepszych adaptacji zasad D&D 5. edycji. Twórcy skupili się na poprawie oprawy graficznej i jeszcze większym wykorzystaniu pionowości terenu podczas walki. Nowa kampania ma być bardziej nieliniowa, a system relacji między członkami drużyny – bardziej naturalny.
Crimson Desert [PC, PS5, XSX]
Gatunek: gra akcji
Data premiery: 19 marca
Prawdopodobnie najbardziej imponująca graficznie gra 2026 roku. Jako Kliff, lider grupy najemników, przemierzamy brutalny świat Pywel. Gra łączy w sobie swobodę eksploracji znaną z Wiedźmina 3 z widowiskowym systemem walki, który przypomina połączenie Dragon’s Dogma z filmami o gladiatorach. Możesz wspinać się na ogromne stwory, niszczyć budynki i brać udział w bitwach na wielką skalę. To epopeja o honorze, zdradzie i przetrwaniu w świecie, gdzie zima nie wybacza błędów.
Life is Strange: Reunion [PC, PS5, XSX]
Gatunek: przygodówka
Data premiery: 26 marca
Twórcy Life is Strange postanowili na nowo przyciągnąć nas do serii, uderzając w najczulsze struny nostalgii. Nie tylko znowu zagramy jako Max (która nadal dysponuje nadnaturalnymi mocami), ale też znowu zobaczymy Chloe. Wszystko to w otoczcie zbliżającej się katastrofy, wizjami której pierwsza bohaterka jest dręczona.
Tutaj chcemy polecić Wam kilka najciekawszych naszym zdaniem wersji demo gier, które ukażą się w najbliższej przyszłości. To wyjątkowo różnorodny zestaw tytułów, więc z pewnością każdy znajdzie wśród nich choć jeden idealny dla siebie. Pamiętajcie, że Next Fest trwa tylko do 2 marca.
Tutaj chcemy polecić Wam kilka najciekawszych naszym zdaniem wersji demo gier, które ukażą się w najbliższej przyszłości. To wyjątkowo różnorodny zestaw tytułów, więc z pewnością każdy znajdzie wśród nich choć jeden idealny dla siebie. Pamiętajcie, że Next Fest trwa tylko do 2 marca.
Replaced
Na ten tytuł czekamy od wielu lat – premierę zaplanowano na kwiecień. To cyberpunkowa przygodowa gra akcji, która pod pewnymi względami przypomina tytuły takie jak Limbo czy Inside, kładąc jednak większy nacisk na walkę i oferując inny, pięknie pikselowy styl graficzny.
Replaced zachwyca przede wszystkim warstwą wizualną i dźwiękową, ale rozgrywka także okazuje się świetna. Choć demo nie jest zbyt długie, to pozwala zapoznać się z systemem potyczek, który jest wyraźnie inspirowany mechaniką walki z cyklu Batman Arkham, co dla wielu graczy może być dużym plusem.
Wyjątkowy, cyberpunkowy klimat buduje nie tylko oprawa graficzna, ale też projekt różnych przedmiotów, choćby tableta informacyjnego, z którego korzysta bohater. Cały świat i wszystkie jego elementy są tutaj po prostu bardzo spójne.
The Eternal Life of Goldman
Produkcja studia Weappy to jedna z najlepiej zapowiadających się platformówek 2D w tym roku. Rzeczą, która od razu rzuca się w oczy jest tu oczywiście przepiękna, ręcznie rysowana oprawa wizualna, ale nie samą grafiką ten tytuł stoi.
Twórcy przygotowali całkiem interesującą fabułę, która powoli odkrywa tajemnice z życia tytułowego bohatera. Poza tym, rzecz jasna, sam gameplay nie odstaje jakościowo od najlepszych gier platformowych.
Z czasem odblokowujemy nowe umiejętności związane z poruszaniem się, które zachęcają do powrotu do poprzednich lokacji, by zdobywać kolejne sekrety. Jest tu więc nawet nutka metroidvanii.
Starship Troopers: Ultimate Bug War
Kto ma ochotę na fantastycznego retro shootera? Dzieło studia Auroch Digital to bez wątpienia jeden z najlepszych przedstawicieli tego specyficznego podgatunku strzelanek, odnoszącego się do klasyków z dawnych czasów. Już od dema trudno się oderwać.
W przeciwieństwie do tzw. boomer shooterów, Ultimate Bug War inspiruje się mocniej grami takimi jak Medal of Honor: Allied Assault niż Doomem czy Quakiem. Czuć to w sposobie poruszania się postaci czy też w ograniczonym arsenale – mamy przy sobie tylko dwie bronie jednocześnie.
Najważniejsze jednak, że rozwałka i eksterminacja hord kosmicznych robali sprawia niesamowitą frajdę. System strzelania jest świetny, a otwarte, duże lokacje to miła odskocznia od liniowych i korytarzowych produkcji tego typu.
Dungeons of DUSK
DUSK to jedna z pierwszych popularnych strzelanek typu boomer shooter, ciesząca się ogromnym uznaniem. Wielkim zaskoczeniem była więc zapowiedź Dungeons of DUSK, które nie jest już strzelanką, a… klasycznym dungeon-crawlerem w stylu Legend of Grimrock czy starych odsłon Might & Magic. Demo udowadnia jednak, że to wcale nie takie szalone.
Sterujemy tu co prawda jednym bohaterem, ale wszystko inne przywodzi na myśl wymienione tytuły. Poruszamy się pole po polu, a wrogowie zawsze wykonują ruch wtedy, kiedy my – niczym w tradycyjnych roguelike’ach sprzed lat. To w praktyce gra turowa, ale opakowana w otoczkę, którą znamy z DUSK-a.
Wersja demonstracyjna pozwala zapoznać się z systemem walki, który oferuje ataki podstawowe i specjalne, broń białą i palną, a przy okazji pokazuje, że ten typ rozgrywki naprawdę potrafi wciągnąć.
Denshattack
Ta szalona produkcja łączy stylistykę Jet Set Radio z rozgrywką, która przypominać może serie OlliOlli, dorzuca do tego szalone tempo oraz fakt, że sterujemy tutaj pociągiem, co jest – trzeba przyznać – dosyć nietypowym rozwiązaniem. Pasującym jednak do absurdalnej otoczki i kreskówkowej oprawy.
Pędzimy po szynach, musimy szybko reagować, zmianiać tory, a przede wszystkim wykonywać triki, niczym w grze deskorolkowej. Gameplay jest stosunkowo prosty, ale osiąganie porządnych wyników punktowych wymaga już skupienia i treningu.
Rozgrywce towarzyszy nie tylko świetna oprawa wizualna, ale też idealnie dopasowany soundtrack. Twórcy przygotowali nawet cut-scenki do trybu fabularnego, które przywodzą na myśl seriale anime.
Vampire Crawlers
Twórcy Vampire Survivors opisują swoją nową grę jako „hiper-turową karcianą demolkę z elementami roguelite”, ale żeby w pełni zrozumieć, o co chodzi deweloperom, po prostu trzeba zagrać w demo. Vampire Crawlers jest jedną z najbardziej nietypowych gier tego Next Festu i trudno opisać ją słowami.
To przygoda FPP, w której czuć lekkie inspiracje dungeon-crawlerami, ale jednocześnie tytuł ten to także turowy rogalik, w którym czujemy zawrotne tempo rozgrywki. Co chwila walczymy z kolejnymi wrogami, umiejętności – reprezentowanych poprzez karty – używamy błyskawicznie, często otrzymujemy kolejne zdolności i ulepszenia.
Jakimś cudem czuć tutaj ducha Vampire Survivors, mimo że gramy w coś zupełnie innego. Znajomy klimat buduje podobny styl oprawy graficznej, a także wykorzystanie przedmiotów i ataków, które znamy z oryginału.
Pięcioosobowe krakowskie studio Hot Potato Games zaczyna robić poważny hałas w świecie gier indie. Ich debiutancki projekt Loco: Rails & Tails – kooperacyjna gra akcji inspirowana hitami takimi jak Overcooked czy Unrailed! – nie tylko trafił właśnie na Steam, ale też przyciągnął uwagę dużych mediów z Japonii!
Loco: Rails & Tails to dynamiczna gra kooperacyjna dla 1-4 graczy, w której gracze wcielają się w antropomorficzne zwierzęta i wspólnie muszą prowadzić pędzący pociąg przez Dziki Zachód. Zadaniem drużyny jest nie tylko dostarczenie ładunku na czas, ale też budowanie torów, walka z bandytami oraz dbanie o to, by pociąg nie wypadł z szyn w najmniej oczekiwanym momencie. Premiera gry ma się odbyć w tym roku.
Będzie można grać lokalnie i online. To kooperacyjne podejście oraz mieszanka strategii i chaosu przypominają Overcooked czy Unrailed!, ale z własnym, zachodnim klimatem i humorem.
Kto za tym stoi? Hot Potato Games (https://www.facebook.com/people/Hot-Potato-Games/61583541644230/) to mały zespół z Krakowa (tylko pięć osób). Przedstawiciela firmy, Filipa Odzierejko, który pełni funkcje Art Director i Concept Artist, podpytaliśmy o kilka szczegółów nadchodzącej premiery.
Lenovogaming.pl: Skąd wziął się pomysł na „pociągowy chaos” i dlaczego akurat jest to tematyka Dzikiego Zachodu i dlaczego są w niej zwierzęcy bohaterowie?
Filip Odzierejko: Uwielbiamy gry kooperacyjne i od początku wiedzieliśmy, że to właśnie na tym gatunku chcemy się skupić. Uważamy, że w co-opach wciąż jest spora nisza dla świeżych pomysłów. Wybór Dzikiego Zachodu był dla nas bardzo osobisty – po prostu wszyscy wychowaliśmy się na westernach i kochamy ten klimat. Zwierzęcy bohaterowie pojawili się w procesie projektowym bardzo naturalnie. Chcieliśmy, aby gra wyróżniała się wizualnie na tle innych tytułów, a zwierzęta dodały jej mnóstwo uroku i sprawiły, że świat gry stał się bardziej przystępny i sympatyczny.
Lenovogaming.pl: Jak wygląda wasz core loop w jednym zdaniu: co gracz robi w każdej minucie rozgrywki?
FO: Nasz core loop najlepiej podsumowuje opis z naszej strony na Steam: „Build rails, protect the train and deliver cargo on time” – w każdej minucie gracze muszą balansować między kładzeniem torów, dbaniem o bezpieczeństwo składu i walką z czasem, by dowieźć ładunek do celu.
Lenovogaming.pl: Jak rozwiązujecie balans kooperacji: co robicie, żeby gra była „śmieszna i chaotyczna”, ale nie frustrująca?
FO: Zastosowaliśmy podejście, w którym gra ma bawić, a nie karać. Na ten moment w naszej grze nie da się „nie skończyć” poziomu – gracz może co najwyżej wykręcić gorszy czas, co odzwierciedla nasz system medali. Same poziomy są krótkie, trwają zazwyczaj 4-5 minut, więc nawet jeśli ktoś chce powtórzyć etap, by zdobyć lepszy wynik, nie czuje frustracji. Krótkie sesje pozwalają utrzymać wysokie tempo bez poczucia zmęczenia porażką.
Lenovogaming.pl: Co było najtrudniejsze technicznie do wykonania?
FO: Mamy duże doświadczenie w gamedevie, ale to nasz pierwszy w pełni autorski projekt. Praca „na swoim” wymusiła dużą wszechstronność: nasz animator tworzy też modele 3D, a Art Director odpowiada za Level Art. Największym wyzwaniem technologicznym było opracowanie stabilnego kodu sieciowego.
Lenovogaming.pl: Bardzo szybko podchwyciła Was Japonia – dlaczego planowaliście wejść ten rynek? Macie pełną lokalizację dla języka japońskiego i dlaczego uznaliście to za priorytet?
FO: Tak, Japonia od początku była na celowniku. Mieliśmy przeczucie, że co-op i urocze zwierzęta to idealne połączenie na ten rynek, dlatego planujemy pełną lokalizację na język japoński.
Lenovogaming.pl: Jaki jest wasz największy „selling point”, którego nie widać na pierwszy rzut oka w trailerze – jedna rzecz, która ma zaskoczyć graczy po 10–15 minutach gry?
FO: Myślę, że jest to moment, w którym gracze zaczynają odkrywać drugie dno znanych im już mechanik. Gracze szybko odkrywają, że przeciwnicy to nie tylko zagrożenie, ale narzędzia – można ich sprowokować tak, by niechcący pomogli nam utorować drogę lub zdobyć surowce. To daje mnóstwo satysfakcji, gdy już opanuje się podstawy.
Na nową grę twórcy The Binding of Isaac czekaliśmy wiele lat, ale zdecydowanie było warto. Efekt końcowy zachwyca – nawet jeśli wizualna otoczka, wyjątkowo specyficzna, może niektórych odrzucić.
Mewgenics to dzieło wyjątkowe, które łączy założenia gatunku roguelite z taktyczną walką w turach na stosunkowo małych arenach, mogących przywodzić na myśl rozmiarami plansze z Into the Breach i podobnych tytułów. Kompaktowa forma map sprawia jednak, że rozgrywka zachowuje świetne tempo i nigdy się nie dłuży.
Założenia fabularne nie są szczególnie istotne, ale warto wspomnieć, że wcielamy się w anonimowego miłośnika kotów, który na przestrzeni gry zajmuje się ich hodowlą i rozmnażaniem, a wszystko po to, by wysyłać czworonogi na kolejne wyprawy – podczas których to właśnie zwierzaki zajmują się walką i zdobywaniem ulepszeń oraz coraz to nowszych przedmiotów.
Otoczka Mewgenics jest w podobnym stopniu dziwaczna i nieraz makabryczna, co w The Binding of Isaac. Zdeformowane postacie, odchody leżące sobie na polu bitwy, kopulacja kotów i inne tego typu sceny mogą wydać się niektórym odpychające, jednak szczerze powiedziawszy, bardzo szybko można się do tego specyficznego stylu przyzwyczaić. Pomaga na pewno celny i umiejętnie wpleciony do gry czarny humor.
Wysyłając koty na wyprawy przypisujemy im klasy. Jeden kociak może być magiem, inny tankiem, jeszcze inny łotrzykiem. W drużynie mamy maksymalnie cztery jednostki, a podczas podróży poruszamy się po mapie świata, wybierając kolejne cele niczym w Slay the Spire. Czasem trafiamy na jakieś specjalne wydarzenie, czasem do sklepu, a najczęściej na kolejne walki.
Podczas starć za każdym razem, gdy nadchodzi nasza tura, możemy zarówno wykonać ruch, jak też zwykły atak – a dodatkowo jeszcze, jeśli mamy punkty many, skorzystać z czaru czy specjalnej zdolności. Mamy więc całkiem sporo do roboty, bo nie ma tutaj ogólnego systemu punktów akcji, obejmujących poruszanie się i walkę, jak to czasem bywa w niektórych turówkach.
Starcia są wciągające i przyjemne, szczególnie wtedy, gdy gramy już dłuższą chwilę. Nasze koty zdobywają kolejne poziomy i coraz więcej różnych umiejętności oraz przedmiotów, a synergie między tymi wszystkimi rzeczami potrafią skutkować niesamowitymi efektami do wykorzystania w boju. Zwykły kot-wojownik może stać się zabójczą jednostką teleportującą się za plecy wroga, by zadawać ogromne obrażenia. Mnogość upgrade’ów jest tu tak wielka, że gra przez wiele godzin zaskakuje nas możliwościami.
Właśnie ta różnorodność jest największą zaletą Mewgenics. Podobnie zresztą było w The Binding of Isaac, a w nowej grze McMillena ponownie wiele zależy też – co warto podkreślić – od szczęścia. Losowość ma tutaj bardzo duże znaczenie i zdarzy się niejeden raz, że w nasze ręce oddane zostaną ulepszenia i bonusy, które akurat nie będą pasować do naszego preferowanego stylu gry czy kotów biorących udział w misji.
Aspekt rogalikowy jest tu dosyć interesujący. Jeśli polegniemy w boju, zaczynamy nową wyprawę, ale nawet po udanym powrocie z przygody, nie możemy już w kolejnej ekspedycji wykorzystać tych samych zwierzaków – stają się one automatycznie emerytowanymi kotami, które mogą tylko dalej się rozmnażać, albo możemy je wysłać do jednego z NPC-ów, by zyskiwać różne stałe ulepszenia bazy czy odblokowywać klasy.
Nowych kotów jednak zawsze przybywa w odpowiednim tempie, więc nigdy nie musimy się przejmować, że zabraknie nam jednostek. System rozmnażania zwierzaków ma sporo głębi, ale równie dobrze możemy po prostu dać się sprawom toczyć we własnym tempie – a i tak pojawią się nowe kociaki.
Mewgenics jest dziwne, wulgarne i brutalne, ale też niesamowicie wręcz angażujące. Dzięki ogromowi zdolności, przedmiotów i zmiennych, budowanie potęgi naszych kocich oddziałów wciąga naprawdę mocno. To bez dwóch zdań jedna z najlepszych gier typu roguelite, z jakimi mieliśmy do czynienia.
Świeżo po zapowiedzi Nioh 3 mogło wzbudzać podejrzenia wśród fanów – prezentowane zmiany i nowości wydawały się nie pasować do formuły cyklu. Nie można było się jednak bardziej mylić. Otrzymaliśmy fantastyczny i szalenie wciągający sequel.
Nioh 3 to świetna gra akcji z mocno zaznaczonym charakterem gatunku soulslike’ów. Ponownie jest to tytuł, który zabiera nas do Japonii pełnej mitycznych stworzeń yokai, a tym razem przyjdzie nam nawet podróżować w czasie, by w kilku okresach historycznych zmagać się z demonami i wrogimi frakcjami.
Fabuła nie jest szczególnie wciągająca i ciekawa, ale też nigdy tego nikt od serii Nioh nie wymagał. Wcielamy się w następcę szoguna, którego brat – opętany przez złe moce – postanawia odebrać nam prawo do przejęcia władzy i sam zapanować nad światem. Na przestrzeni około 90 godzin rozgrywki obejrzymy całkiem sporo efektownych scenek przerywnikowych, bo Nioh 3 opowiada historię o wiele bardziej wprost niż gry From Software.
Jedną z dwóch dużych nowości w trzeciej części jest otwarta struktura świata. Na szczęście nie jest on zbyt duży i przytłaczający, ponieważ deweloperzy sprytnie połączyli bardziej rozległe regiony z obszarami liniowymi, co sprawia, że gra nie zatraciła swojego charakteru i wierni fani nie poczują się tutaj nieswojo.
W różnych regionach wykonujemy mnóstwo aktywności – misje poboczne, likwidowanie wrogich baz, szukanie sekretów, skrzyń ze skarbami, gorących źródeł. Ostatecznie trafiamy na główne zadania fabularne i na obszary zwane Crucible, czyli zamknięte tereny opanowane przez demoniczne siły – w tych lokacjach poziom trudności jest nieco zwiększony, ale możemy tam też znaleźć wyjątkowe rodzaje broni.
Najwięcej czasu spędzamy oczywiście na walce, która jest w Nioh 3 po prostu fantastyczna. To lekka ewolucja tego, co znamy już z poprzedniej odsłony. Gra premiuje agresywne podejście i zachęca do dynamicznej rozgrywki, oferując też mnóstwo różnorodnych rodzajów uzbrojenia.
Tutaj pojawia się druga najważniejsza nowość, czyli wprowadzenie podziału na dwa style walki – Samuraja i Ninja. Przełączamy się między nimi w dowolnym momencie jednym przyciskiem, wymieniając tym samym całe uzbrojenie i wyposażenie. To świetny system, który pozytywnie wpływa na urozmaicenie zabawy.
Rozgrywka w stylu Samuraja to w zasadzie to, co znają już fani serii – czyli skupienie się na metodycznej walce, odzyskiwaniu energii poprzez tak zwane pulsy Ki, a także parowanie ciosów. Samuraj ma też dostęp do trzech postaw dla każdej ze swoich broni, wśród których znajdziemy topory, wielkie miecze czy włócznie.
Ninja to już jednak inna bajka. W tym stylu walki skupiamy się na szybkości, używaniu gadżetów (takich jak bomby czy shurikeny), a także odblokowujemy zdolności pozwalające nam szybko unikać ciosów, czy też przedostawać się za plecy wroga, by zyskać premię do ataku. Gameplay w takiej formie niezwykle mocno wciąga i jest miłą odmianą od stylu Samuraja.
Rozwój postaci jest w Nioh 3 wielowymiarowy i głęboki. Zwiększamy atrybuty, ale aktywujemy też pasywne umiejętności, a także odblokowujemy nowe ciosy i zdolności w drzewkach talentów dla każdej broni i każdego stylu walki. Łącznie z odpowiednim doborem ekwipunku, stworzymy więc sobie takiego wojownika, jakiego zechcemy.
Poziom trudności jest tutaj spory, podobnie jak w Nioh 2. Szczególnie niektóre walki z bossami potrafią być bolesne, chociaż frustrująca jest tylko ostatnia potyczka – głównie przez irytujące ataki obszarowe. Wyzwanie zawsze można jednak zmniejszyć, korzystając z opcji kooperacji lub przyzywania duchów innych graczy.
Po przejściu gry możemy bawić się w New Game Plus, gdzie czeka na nas dodatkowy poziom jakości przedmiotów, a także opcja resetowania różnych misji i wyzwań, by zastąpić w nich zwykłych wrogów bardziej potężnymi przeciwnikami. Co ważne, zachowujemy wszystko to, co odsłoniliśmy na mapie przy pierwszym podejściu do gry – łącznie z punktami szybkiej podróży.
Do doskonałości Nioh 3 brakuje tylko lepszej optymalizacji oraz polskiej wersji językowej. Poza tymi wadami, to naprawdę fantastyczna gra akcji, od której ciężko się oderwać. Team Ninja udowodniło, że nadal potrafi stworzyć coś świetnego.
Kiedy na Steam trafiło demo Half Sword, tytuł ten zyskał oddane grono wiernych fanów, którzy wyczekiwali premiery wersji Early Access. Ta już zadebiutowała i bez wątpienia potrafi sprawić frajdę. Problem w tym, że stan techniczny pozostawia sporo do życzenia.
To gra dosyć trudna do szybkiego zaszufladkowania. Jest to produkcja dla jednego gracza, jednak pozbawiona jakiejkolwiek kampanii czy trybu fabularnego. Podstawą rozgrywki są po prostu walki na arenach z różnymi przeciwnikami, a głównym celem jest wygrywanie kolejnych pojedynków i potyczek (także grupowych), by odblokowywać starcia z lepszymi rywalami i coraz bardziej profesjonalne wyposażenie.
Zaczynamy bowiem z niczym – w samej koszuli i wytartych spodniach, a za broń służy nam młotek, narzędzia kowalskie czy sierp albo motyka. Dopiero po jakimś czasie mamy dostęp do pierwszych mieczy, poważniejszej zbroi oraz hełmu. Na samym szczycie takiej „kariery” możemy już kupić i wyposażyć pełną zbroję płytową i pobawić się w rycerza z prawdziwego zdarzenia.
Słowo „pobawić” jest tu niezwykle istotne, bo Half Sword to przede wszystkim czysta frajda z mechaniki rozgrywki. System operowania bronią jest oparty na zaawansowanym modelu fizyki – ruszając myszką, sterujemy bezpośrednio ostrzem (czy inną końcówką, zależnie do dzierżonej broni), tak jakby było ono przedłużeniem naszej dłoni.
W praktyce wypada to śmiesznie, gdy rozpoczynamy grę i dopiero zaczynamy się uczyć. Postać szaleńczo wymachuje bronią i zazwyczaj udaje się kogoś trafić. Jednak kolejne godziny spędzone z Half Sword pokazują, że nauka faktycznie czyni mistrza. Kiedy poznamy tajniki sterowania, nawet najmniejsze ruchy myszką sprawią, że wykonamy takie cięcie czy uderzenie, jak chcemy.
W zasadzie każdy rodzaj broni jest tutaj trochę odkrywaniem gry od nowa. Zupełnie inaczej walczy się mieczem półtoraręcznym, a inaczej halabardą – każdy oręż ma swoje plusy oraz minusy. Niektóre sprawują się lepiej w typowych pojedynkach, ale okażą się słabsze, kiedy staniemy naprzeciwko grupy wrogów.
Model obrażeń jest realistyczny, więc wystarczy celne trafienie – przykładowo – w szyję czy głowę, by powalić oponenta, jeśli nie ma odpowiedniej ochrony. Half Sword jest też niezwykle brutalne i krwawe, więc niektóre walki szybko potrafią zamienić się w iście makabryczne sceny. Tu warto nadmienić, że poziom brutalności można modyfikować w opcjach.
Rozgrywka jest więc wciągająca i przyjemna, aczkolwiek na drodze do pełnej radochy płynącej z gry staje optymalizacja. Wczesna wersja Half Sword działa gorzej niż dostępne wcześniej demo i nawet na konfiguracjach spełniających zalecane wymagania sprzętowe potrafi działać po prostu beznadziejnie. Do tego dochodzą okazjonalne crashe.
Deweloperzy są świadomi problemów i w pocie czoła pracują nad poprawkami. Wstępne aktualizacje zostały już wprowadzone, jednak nie ma co się oszukiwać – z zakupem lepiej chwilę poczekać. Pełna wersja i tak zadebiutuje najpewniej dopiero w 2027 roku. Half Sword ma bowiem ogromny potencjał, ale naprawdę satysfakcjonujące będzie dopiero wtedy, gdy możliwe będzie bezproblemowe cieszenie się płynną rozgrywką.
Highguard spotkało się z wielką falą hejtu zaraz po zapowiedzi, a premiera też przysporzyła grze kłopotów. To wcale nie jest jednak najgorsza sieciowa strzelanka ostatnich lat – tylko po prostu nieco pogubiona.
Podstawowe założenia gry są proste. Bierzemy udział w zmaganiach dwóch trzyosobowych lub pięcioosobowych drużyn na sporych mapach, a głównym celem jest zniszczenie bazy wroga. Sterujemy różnymi bohaterami, ponieważ Highguard należy do gatunku tzw. hero shooterów. Każda postać nie tylko wygląda inaczej, ale dysponuje też innymi zdolnościami specjalnymi.
Na początku każdej rundy mamy minutę na zaplanowanie naszych działań i fortyfikację niektórych ścian w naszej bazie, a dopiero potem możemy ją opuścić, by eksplorować mapę. Priorytetem nie jest wtedy wcale walka z przeciwnikami, a raczej szukanie zasobów, za które można kupić przedmioty oraz ulepszenia.
Podczas poruszania się po lokacji trafiamy też na skrzynie z lootem, niczym w grach typu battle royale. Najczęściej znajdziemy tam broń, a arsenał – klasycznie dla wielu strzelanek z łupem – dzieli się kolorystycznie na różne stopnie jakości (zielone, niebieskie, fioletowe i tak dalej).
W trakcie eksploracji możemy też korzystać z wierzchowca, którego przyzywamy błyskawicznie i dosłownie pojawia się on pod nami, sprawiając, że używanie mountów jest szybkie, wygodne i bardzo przydatne. To ciekawy system, szczególnie że z grzbietu konia czy innego czworonoga możemy też walczyć – nawet strzelać.
Sam model strzelania jest naprawdę niezły. Kiedy już dochodzi do wymiany ognia, można poczuć, że za grę odpowiada część deweloperów, którzy w studiu Respawn odpowiadali kiedyś za Apex Legends. Nawet wizualny projekt broni przywodzi momentami na myśl tamtą właśnie produkcję od EA.
W pewnym momencie meczu na mapie pojawia się specjalny miecz – pierwszy poważny powód do rywalizacji. Oręż ten jest niezbędny, by zniszczyć osłonę bazy wroga, więc jego przechwycenie jest niezwykle istotne. Jeśli uda się go zdobyć, należy następnie przedostać się pod siedzibę przeciwnika i użyć miecza w jednym z kilku punktów – wtedy pojawi się ogromny taran, który w ciągu kilkudziesięciu sekund zniszczy barierę.
W takim właśnie momencie strzelaniny stają się najbardziej intensywne. Drużyna atakująca wpada do wrogiej bazy, starając się podłożyć ładunki wybuchowe przy generatorach, a obrońcy przeszkadzają napastnikom. Tutaj najważniejsza staje się koordynacja i praca zespołowa – i w takich chwilach Highguard naprawdę bywa satysfakcjonujące.
Problem w tym, że w grze jest sporo innych momentów, które nie budzą większych emocji. To na przykład pierwsze fazy meczu, kiedy biegamy po mapie i wydobywamy zasoby. Obrona bazy także jest niedopracowana, bo twórcy oferują bardzo skromne możliwości defensywne. Możemy wzmacniać ściany i… to wszystko. Nie ma tu żadnego zastawiania pułapek, ustawiania dodatkowych fortyfikacji. Można odnieść wrażenie, że zmarnowano tu trochę potencjał walki o bazę.
Optymalizacja gry też pozostawia nieco do życzenia. Spełnienie rekomendowanych wymagań sprzętowych wcale nie oznacza, że bez problemu osiągniemy poziom 60 klatek na sekundę, a sporo graczy narzeka też na irytujące crashe. Sytuacja jest już jednak lepsza niż w dniu premiery, a twórcy pracują w pocie czoła nad łatkami.
Ostatecznie, Highguard jest po prostu niezłą grą, która jednak niczym nie zachwyca. Na pewno widać, że deweloperzy słuchają społeczności, więc można mieć nadzieję, że w kolejnych miesiącach wszystkie elementy, które teraz budzą wątpliwości, zostaną zmienione i poprawione. Wtedy będzie można śmiało polecać dołączenie do sieciowych potyczek.
Drugie rozszerzenie Diablo 4 zapowiada się nie tylko na niezły dodatek, który zapewni wiele godzin dobrej zabawy, ale przy okazji na początek nowego rozdziału w rozwoju hitu od Blizzarda.
Lord of Hatred ukaże się już niedługo, bo 28 kwietnia. Wprowadzi do gry szereg nowości, nawet bardziej imponujących niż poprzednie DLC. Premierze będzie też towarzyszyć wydanie darmowej aktualizacji, która znacząco odświeży i przebuduje niektóre podstawowe systemy rozgrywki.
Fabuła ma kontynuować wątki rozpoczęte w Vessel of Hatred, a więc Mefisto ponownie odegra ważną rolę – i można śmiało przypuszczać, że to właśnie on będzie finałowym bossem nowego dodatku. Na walkę z nim (w prawdziwej formie) czekamy już bardzo długo, bo od potyczki z Diablo 2.
Historia zaprowadzi graczy do nowego regionu. Kraina Skovos to ojczyzna Amazonek i obszar o zupełnie nowym ekosystemie i środowisku. Lokacja ta każe też przypuszczać, że jedną z klas postaci wprowadzanych w Lord of Hatred będzie właśnie Amazonka, co z pewnością ucieszyłoby wielu fanów serii.
Rozszerzenie wprowadza też drugą nową klasę – Paladyna. W tym wypadku Blizzard zastosował jednak dosyć nietypowe rozwiązanie, udostępniając tego wojownika od razu, dla każdego, kto złożył zamówienie przedpremierowe. Można więc już powiedzieć, że to świetnie zaprojektowana klasa, przywodząca na myśl unowocześnioną wersję Paladyna z Diablo 2. Połączenie mieczy i tarcz z różnorodnymi aurami pozwala na ekscytującą zabawę z przyjemnym powiewem świeżości.
Poza tymi standardowymi nowościami, gracze otrzymają także nowy tryb rozgrywki w fazie endgame. Echoing Hatred będzie odpowiednikiem trybu Hordy ze strzelanek – zmierzymy się z atakami kolejnych fal wrogów, a poziom wyzwania ma wystawić na próbę nawet najlepsze buildy. Zdobędziemy sporo nagród, a w ich przeglądaniu pomoże filtr lootu. W końcu w Diablo 4 możliwe będzie zarządzanie tym, co widzimy na ekranie, gdy z wrogów wysypują się tony itemów.
War Plans to z kolei kolejny system endgame’owy, który, jak twierdzą twórcy, ma pozwolić nam kreować własną ścieżkę progresji. Informacje te są na razie zdawkowe, ale nie da się ukryć, że mechanika ta brzmi jak coś, co może przypominać system Atlasu znany z Path of Exile.
Z mniejszych nowości: wielu graczy zainteresuje z pewnością wprowadzenie mechaniki… łowienia ryb. Twórcy przygotowują wiele rodzajów wodnych stworzeń do schwytania, co ucieszy wszystkich miłośników kolekcjonowania i zbieractwa.
Wreszcie, Lord of Hatred to także wspomniana wcześniej aktualizacja podstaw Diablo 4. Doczekamy się przeprojektowania drzewka talentów dla każdej z klas, bo deweloperzy chcą w ten właśnie sposób pozwolić na planowanie i tworzenie większej liczby buildów. Powróci też znany z serii przedmiot Horadric Cube, który da szansę na przerabianie broni czy elementów pancerza, by nadawać im wyjątkowe cechy.
Czy Blizzard spełni wszystkie obietnice, a nowy dodatek faktycznie odmieni oblicze gry i sprawi, że będzie warto wracać do Diablo 4 na każdy sezon? Miejmy nadzieję, że tak właśnie się stanie.
Już 13 lutego Showroom Lenovo & Motorola stanie się areną rywalizacji w League of Legends! W ramach wydarzenia Lenovo Legion LoL Showdown 2026 rozegrany zostanie turniej w dynamicznym formacie z dodatkowym Second Chance Bracket, który daje uczestnikom drugą szansę na walkę o tytuł Underground Champion.
Podczas wydarzenia obecni będą twórcy i goście związani ze sceną League of Legends: BRZOZA, SILVAN oraz EIDAMIT. Ich udział obejmie obecność na miejscu oraz aktywności w komunikacji eventowej.
W turnieju przewidziano udział 50 graczy, a łączna liczba rozegranych spotkań wyniesie aż 75! Główny bracket wyłoni trzy najlepsze miejsca turnieju, natomiast osobna drabinka Second Chance pozwoli zawodnikom walczyć o tytuł Underground Champion. Drabinka rozgrywek zostanie wylosowana i udostępniona publicznie.
Rywalizacja będzie prowadzona według jasno określonych zasad. Obowiązuje globalny ban na postacie Ornn oraz na runę Demolish. Każdy gracz przed fazą champion selectu banuje trzy postacie. Mecz wygrywa drużyna, która zdobędzie dwa kille lub zniszczy jedną wieżę. Eliminacje typu execute nie są liczone jako kill.
Wydarzenie odbędzie się 13 lutego 2026 roku w godzinach 17:00–22:00 w Showroomie Lenovo & Motorola. Na miejscu zaplanowano również zaplecze eventowe, w tym strefę gastronomiczną oraz relacje prowadzone w mediach społecznościowych.
Na Steamie roi się od gier spokojnych, symulatorów farmy i różnych produkcji, które pozwalają nam się wyciszyć. Czasem jednak dobrze od nich odpocząć – najlepiej przy świetnie zaprojektowanym militarnym shooterze multiplayer, który podniesie nam poziom adrenaliny.
Dziś chcemy polecić Wam pięć najciekawszych gier tego typu, w których nie tylko sprawdzicie swoją celność, ale też wykażecie się zmysłem taktycznym. Przygotowaliśmy, jak zawsze, zestaw mocno różnorodny, więc każdy fan militariów znajdzie tutaj coś dla siebie.
Arma Reforger
Warto zacząć od gry naprawdę wyjątkowej, która cały czas przyciąga sporo nowych użytkowników. Jak inaczej określić bowiem produkcję, która przeniosła kultową serię na zupełnie nowy silnik, oferując oprawę, o jakiej wcześniej fani symulacji mogli tylko marzyć?
Arma Reforger to tytuł, który rzuca nas w realia zimnej wojny na ogromnych wyspach Everon i Arland. To znaczy, że nie tylko biegamy z karabinem, ale musimy opanować nawigację z mapą i kompasem w ręku, dbając o każdy detal naszej operacji w ramach niezwykle realistycznego konfliktu na wielką skalę.
Realistyczna rozgrywka zadowoli wszystkich fanów autentyzmu. Korzystanie z broni, pojazdów i gadżetów wymaga sporej wprawy. To też jedna z najciekawiej rozwijających się gier, która dzięki potężnym narzędziom moderskim pozwala na tworzenie własnych scenariuszy i niemal nieskończoną personalizację rozgrywki.
Squad
Ten tytuł od studia Offworld Industries to w zasadzie jedyna porządna propozycja dla tych, którzy oczekują maksymalnego nacisku na komunikację i współpracę w 100-osobowych bitwach w realiach współczesnego konfliktu zbrojnego.
W tej grze faktycznie można poczuć się jak członek prawdziwego oddziału – i to takiego, w którym każdy ma swoją rolę. Zajmujemy się tutaj nie tylko bezpośrednią walką, ale też budowaniem punktów odrodzenia, logistyką, dostarczaniem zaopatrzenia, a nawet obsługą zaawansowanych systemów przeciwlotniczych.
Do gry niezbędne jest korzystanie z systemu komunikacji głosowej, który wymusza na graczach koordynację działań. To sprawia, że jakość zabawy zależy od wspólnego planowania, co pozwala poczuć prawdziwy ciężar dowodzenia i satysfakcję ze współpracy.
Hell Let Loose
Nie sposób nie umieścić na tej liście tego klasyka, który zna chyba każdy fan okresu II wojny światowej. Jeśli jednak jakimś cudem ktoś nie grał w Hell Let Loose, zdecydowanie musi ten błąd nadrobić, by zobaczyć, jak powinny wyglądać epickie starcia historyczne.
Piękno gry tkwi w skali i chaosie bitwy. Jasne, możemy zająć się precyzyjnym eliminowaniem wrogów jako snajper, ale możemy też skupić się po prostu na obsłudze czołgu z dwoma kolegami czy dbaniu o to, by nasza artyleria celnie wspierała piechotę w zdobywaniu kolejnych sektorów mapy.
Podobnie jak w przypadku najlepszych symulatorów, Hell Let Loose oferuje niesamowitą atmosferę. Dźwięki wybuchów i świst kul są tu niemal namacalne. Gra regularnie otrzymuje nowe teatry działań, co pozwala przenieść się na fronty wschodnie, zachodnie, a nawet brać udział w bitwach na pustyniach Afryki.
Insurgency: Sandstorm
Weźcie klasyczne strzelanki drużynowe, dodajcie do tego brutalny realizm i otrzymacie Insurgency: Sandstorm. To jedna z najlepiej ocenianych gier na Steamie w swojej kategorii, która mimo upływu lat wciąż oferuje jedne z najbardziej satysfakcjonujących mechanik strzelania na rynku.
Gra jest niezwykle intensywna, a do tego nie irytuje zbędnymi uproszczeniami. Poziom realizmu dorównuje temu z Army czy Squad, lecz główną różnicą są mniejsze mapy – to sprawia, że otrzymujemy wyjątkowe połączenie autentycznego systemu strzelania oraz obrażeń ze skromniejszą skalą i krótszymi meczami.
Warto podkreślić, że po premierze twórcy wprowadzili tryb kooperacji, w którym wspólnie ze znajomymi oczyszczamy kolejne budynki z rąk przeciwników, którymi steruje sztuczna inteligencja.
Ready or Not
Ostatnia propozycja to coś dla fanów policyjnej taktyki, ale także nieco bardziej mrocznego klimatu niż w przypadku innych militarnych produkcji. W końcu czasem mamy ochotę na precyzyjne operacje w ciasnych korytarzach zamiast biegania po otwartych polach bitewnych.
Poza rozbudowanym arsenałem, gra oferuje też mocny nacisk na planowanie. Jako dowódca oddziału SWAT, musimy zadbać o to, by twoi ludzie byli odpowiednio wyposażeni w tarcze, granaty hukowe i kamery poddrzwiowe, a w trakcie akcji zachować zimną krew, by nie skrzywdzić cywilów.
Zajmujemy się tutaj jednak nie tylko eliminacją zagrożeń, a rozbudowanym systemem aresztowań i zabezpieczania terenu, co stanowi przyjemną odmianę od wymienionych wyżej wojskowych strzelanek. Ta gra jest po prostu świetnym połączeniem taktycznego shootera z gęstym klimatem współczesnych interwencji policyjnych.